MJ -David Malcolm ( przeł. Kamil Głośnicki)

****** Argus, 25 sierpnia 1883

Sąd Koronny hrabstwa ******. Rozprawę prowadzi sędzia Renwick.

Dzisiejszego dnia Roger Arneil został uznany za winnego publicznego podszywania się pod kobietę celem prowokowania u poddanych Jej Królewskiej Mości bezwstydnych i niemoralnych zachowań oraz podania fałszywego imienia policjantowi, za co został skazany na rok uwięzienia połączonego z ciężkimi robotami w Zakładzie Poprawczym w Searskin Flints. Arneil został pochwycony na początku miesiąca w domu publicznym Wschodzące Słońce na Llewleyn Lane. Arneil, którego rzekomy adres zamieszkania to Deepdale, 43 Broadmoor Crescent, został pojmany przez znanego z bezwzględności dla występku sierżanta Terence’a Bairda z miejskiego posterunku policji, który dłuższy czas obserwował podejrzanego. Sierżant Baird zeznał przed sądem, że aresztował Arneila, gdy ten zbliżał się do akwizytora, aby zaproponować mu usługi seksualne. Wydając wyrok, sędzia Renwick wyraził nadzieję, że surowość kary będzie przestrogą dla innych ludzi o podobnych skłonnościach i pomoże wyplenić moralną zarazę, która przyszła z metropolii i coraz bardziej się rozprzestrzeniała. Pogratulował także sierżantowi jego wytrwałości w nieprzerwanym pościgu za zwyrodnieniem.

Obudziłem się w parku, w krzakach tuż przy rzece. Moje gardło przypominało rynsztok przy pijalni dżinu po sobotniej nocy. Zachowując czujność, wyczołgałem się z zarośli. Nikogo nie było w pobliżu. Usiadłem na ławce i wróciłem myślami do wcześniejszych wydarzeń.

Po tym jak sąd skazał tego obrzydliwego zboczeńca Arneila, wróciłem zadowolony do domu. Dałem żonie porządnego całusa i zasugerowałem, że liczę na wieczorne igraszki w łóżku. Synowi Johnowi posłałem jedynie krótkie, karcące spojrzenie, widząc jak czyta jeden ze swoich przeklętych tomików poezji. Dostawał ode mnie w skórę za mniejsze przewinienia. Tej nocy, po wyśmienitej kolacji, wygrzmociłem mocno Elsę, chociaż twierdziła, że jest wykończona. Następnego dnia obudziłem się wesoły i pewny siebie, do tego stopnia, że nie zauważyłem spojrzenia sierżanta posterunkowego, kiedy powiedział, że komendant chce ze mną pomówić.

– Piekielnie dobra robota, Baird – powiedział inspektor Chisolm, kiwając głową. – W normalnych okolicznościach przekazałbym swoją rekomendację naczelnikowi policji. Teraz, cóż. Nie jestem w stanie.

Odchrząknąłem.

– Czy coś się stało, panie komendancie?

– Owszem – ten wstrętny dewiant zbiegł. Podejrzany został wysłany pociągiem do Searskin, gdzie prawdopodobnie musiał odurzyć posterunkowego, zabrać mu kluczyki i zdjąć kajdanki. Ostatnio widziano go, jak jechał w stronę Manchesteru. Wykręcił niezły numer. Ktoś musiał mu pomóc.

Numer jak cholera, pomyślałem. Mogłem się pożegnać z moją rekomendacją. Nie mówiąc o tym, że plugawy zboczeniec dał nogę. Byłem wściekły.

Poszedłem do księgarni Martina Deansa. Miałem zamiar przyszpilić go tej samej nocy, kiedy ująłem jego kumpla Arneila, ale jakimś trafem nie przyłączył się wtedy do zabawy.

Pomiędzy zakurzonymi, wysokimi regałami zastawionymi badziewiem nie było nikogo poza Deansem. Zabrałem go na zaplecze sklepu.

– Ty chodzący ekskremencie – warknąłem. – Gadaj, kto pomógł Arneilowi albo wyduszę to z ciebie siłą.

– Zabieraj łapy, ignorancki prostaku – syknął.

Jego twarz spotkała się z moją ręką. Upadł między swoje książki. Usłyszałem dzwonek przy drzwiach i odwróciłem się do wyjścia.

– Jeszcze tu wrócę – rzuciłem. – Niedługo będziesz żarł pakuły i biegał w kieracie.

– Gertrude. Akt trzeci, scena druga – wyszeptał, gdy wychodziłem.

Wróciłem na komisariat i przesiedziałem tam zamyślony bezczynnie całe popołudnie. Sierżant powiedział, że jakaś młoda osoba chce się ze mną zobaczyć.

Tym kimś okazała się ładniutka pokojówka, Jeanie Rea. Spostrzegłem, że mnie podziwia. Same moje wąsy dawały ku temu dobry powód. Czy mogę zobaczyć się z jej panią? Miała pewną sprawę, która wiązała się Arneilem. Zrobiła do mnie wielkie oczy. Podała adres dobrej ulicy w Arnswick. Pogładziłem wąsy i zgodziłem się.

Dom był jednym z tych dużych ceglanych, tuż przy lesie. Korytarz pachniał ledwie wyczuwalnie stęchlizną. Bardzo ciekawiło mnie, cóż pani domu ma mi do powiedzenia.

– Pani Washburton – przywitała mnie z uśmiechem.

– Proszę, niech pani mówi, w czym mogę pomóc.

Była kobietą niezwykłej urody – smukłą blondynką. Miała na sobie jasnoniebieski jedwab.

Historia, którą mi opowiedziała była z tych najsmutniejszych. Jej mąż zaczął gustować w okrutnych zachciankach. Sprowadzał do domu same bezwstydne osoby. W opowieści pojawiło się użycie chloroformu w celach erotycznych. Kobieta obawiała się, że mąż może być zamieszany w spisek mający na celu, jak mniemała, uwolnić degenerata Arneila.

– Jak dobrze jest wreszcie ujrzeć prawdziwego mężczyznę w tym domu – powiedziała zbliżając się. – Och, sierżancie. Od dawna pana obserwowałam, z daleka. Wiem, że występek jest dla pana tak obrzydliwy jak dla mnie. Niech mnie pan uwolni z tych kajdan.

Położyła ręce na mojej piersi. Spojrzała mi w oczy. Była bliska płaczu.

– Błagam pana.

Pocałowaliśmy się namiętnie. Poczułem jej dłoń na moim rozporku. Wyszeptała „proszę” i uklęknęła. Jęknąłem z rozkoszy. Za plecami usłyszałem śmiech. Pokojówka Jeanie pogładziła mnie po klatce piersiowej. „Och, sierżancie”. Sięgnąłem ręką do tyłu, między jej nogi. Wyczułem coś, czego się nie spodziewałem. Znalazłem się pomiędzy dwom kobietami (kobietami?). Odwróciłem się w stronę pani domu. Uniosła moją dłoń i skierowała ją pomiędzy swoje nogi. Wpatrywały się we mnie – długimi, chłodnymi, oceniającymi spojrzeniami.

Chciałbym móc powiedzieć, że czymś mnie odurzyły. Nie, to stało się później. Wtedy byłem po prostu rozochocony. Nie miałem nad sobą władzy, poruszałem się od jednej do drugiej i robiłem posłusznie, co mi kazały.

Byłem im posłuszny.

Wypiliśmy do dna jakiś rubinowy trunek. Widziałem tańce cieni i kształtów. Młodzi chłopcy stawali się dziewczynami. Chłopcy zabawiali się swawolnie ze sobą. Dziewczyny dosiadały ich i siebie nawzajem. Uprawiały trybadyzm. Czyżby była tam moja żona Eliza? Mój syn John?

Podniosłem się z ławki i pospiesznie udałem się do Arnswick. Był wczesny poranek. Nikt mnie nie widział. Dotarłem do ceglanego domu. Wyglądał na opuszczony. Zapukałem do drzwi. Przez mur wychylił się sąsiad.

– Nikogo tam nie ma. Wyjechali na południe rok temu.

– Ostatnia noc – wydukałem. – Słyszał pan straszną muzykę? Widział pan światła?

– Nie było mnie wczorajszej nocy – odparł, patrząc się na mnie podejrzliwie. – Czy to nie pan, panie sierżancie Baird? Pan wygląda strasznie. Czy wszystko w porządku?

Uciekłem.

Nie mogłem wrócić jeszcze do domu, nie w takim stanie. Znałem prostytutkę, która mieszkała w małym mieszkaniu w Fishergate. Martha pozwoliłaby mi się umyć i ogolić. Być może ma nawet czystą koszulę.

Przywitała mnie z nieszczerym uśmiechem. Rozebrałem się i umyłem ciepłą wodą z dzbanka. Narkotykowe odurzenie przestało działać. Zacząłem zdawać sobie sprawę z wszystkich dziwnych odczuć i bólów, które wcześniej tłumiło. Dopiero w lustrze u Marthy dostrzegłem, że wygolono mi włosy na całym ciele, a na pośladkach miałem wytatuowane czarnymi literami imię: „Mary Jane”.

Nekrolog. 12 stycznia 1910 roku.

Ze smutkiem zawiadamiamy o śmierci pana Terence’a Bairda, pracownika ****** w hrabstwie ******. Pan Baird, były posterunkowy, zostanie zapamiętany jako obrońca biednych, pokrzywdzonych i (trzeba o tym przypomnieć) potępianych w całym kraju. Był szanowaną osobistością, a jego pogrzeb z pewnością będzie powodem do szczerego smutku mężczyzn i kobiet z biedniejszych ulic naszego miasta. Pozostawił po sobie żonę Elizę i syna Johna Bairda, poetę.

Advertisements

One thought on “MJ -David Malcolm ( przeł. Kamil Głośnicki)”

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s