All posts by PaulDBrazill

Writer. Teacher.

OSTATNIE KORONKI – Nick Sweeney (PRZEŁ. ALEKSANDRA GUZIK)

To było zupełnie niespodziewane jak na tak spokojny dzień – podmuch wiatru poderwał kapelusz Magdy i ściągnął go z jej głowy. Wyciągnęła rękę, ale nie złapała go i zaklęła.

– Jesteśmy teraz na placu, Alicjo – powiedziała, nie mogąc się zdecydować, czy trzymać mocno córkę, czy schylić się po kapelusz, ale właśnie wtedy wiatr jeszcze raz się o niego upomniał i zdmuchnął go za róg.

W jej brzuchu zalęgła się pustka, która wzbierała niemal z wdziękiem – przesunęła się najpierw do piersi, potem osiadła w gardle, w ustach i nosie, aż w końcu wydostała się na zewnątrz i wsiąkła w powietrze. Magda przystanęła na chwilę, mrugając oczami i wypuściła z siebie oddech, który zdawał się trwać minutę, po czym ruszyła dalej.

Zerknęła na arkady we włoskim stylu i ukryte pośród nich okna, pilnując się, by nie zaglądać do środka. Już wcześniej próbowała w  kilku odnaleźć swój własny dom, jednak natknęła się wyłącznie na twarze zastygłe w niepokoju.

– Tu był sklep wuja Piotra – poinformowała Alicję. – Brata twojego dziadka. To był taki sklep z tym i tamtym, no, z takimi pierdółkami.

Oczami wyobraźni zobaczyła te wszystkie nitki, wełny i wstążki nawinięte na szpule, guziki we wszystkich kształtach, rozmiarach i kolorach, kartoniki z malutkimi haczykami, których zadaniem było przytrzymywanie damskiej bielizny, no i koronkę, kilometry koronki. Piotr świadczył usługi krawieckie pulchnym kobietom, uznając ich zauroczenie weselami, szkolnymi przedstawieniami, przyjęciami czy pogrzebami, na które trzeba było się przygotować i przemyśleć wszelakie błahostki i falbanki, za głupotę nabytą w podeszłym wieku. Jej ojciec zawsze powtarzał, że pracując w sklepie, Piotr sam zmienił się w taką podstarzałą kobietę – wysłuchiwał niekończących się plotek, a na te wszystkie dramaty otwierał szeroko oczy i zaokrąglał usta w literkę „O”.

– Zniknął podczas wojny – powiedziała Magda. – Zabrali go gdzieś na tyłach ciężarówki i już nigdy nie wrócił.

Jej ojca spotkał lepszy los, nawet jeśli stało się na ich oczach. Inteligencja miasta została powieszona na placu tylko dlatego, że zasiadała w zarządach, ustanawiała prawa przewozowe i organizowała bale przebierańców i światełka na Boże Narodzenie.

– A jednak nie byli wystarczająco inteligentni, żeby stąd spieprzyć – usłyszała pewnego kawiarnianego nieroba jakoś niedługo po wojnie. Spojrzała na niego, nie będąc w stanie wydusić ani słowa. Jeszcze tego samego dnia szukała go w tej kawiarni, przeczesywała wzrokiem nieruchome przedmioty i twarze, chwytała za włosy obce głowy i podnosiła je znad stołów, ale nie znalazła go. Splunęłaby mu prosto w oczy, a byłaby to i tak litościwa zemsta na człowieku, który nie robił nic w swoim życiu oprócz siedzenia w kawiarni i wygłaszania niekulturalnych spostrzeżeń.

Na placu matka zakryła dłońmi jej oczy, ale Magdzie nigdy nie udało się zapomnieć miarowego skrzypienia, jakie wydawała zapadnia – najgłośniejszego dźwięku w tym milczącym, odległym dniu.

– Tak było lepiej – uznała, że powinna wytłumaczyć to Alicji. – Przynajmniej wiedziałyśmy, nie musiałyśmy się zastanawiać, czy ojciec nie leży w jakiejś dziurze gdzieś na wschodzie. Miałam tyle lat co ty teraz, byłam w wieku, kiedy niektórych rzeczy nie trzeba rozumieć, po prostu trzeba je zrobić.

Poprowadziła Alicję koło domu nazwanego „Pod syrenką”, gdzie kiedyś mieściła się pierwsza apteka w kraju i, przelotnie, główna siedziba tajnej policji w ostatnich dniach wojny. Na szczęście nie była tego świadoma, dopóki miejsce nie stało się kawiarnią „Klub Literata”. Kiedy była studentką, przychodziła tam podczas wakacji rozmawiać o filozofii i książkach, żeby poczuć, że jest młoda, ważna i oczytana.

– Tam poznałam twojego ojca – przypomniała Alicji. Próbowała wyobrazić sobie go takim, jakim był wtedy – w ciemnym garniturze i ekscentrycznym, dziwacznym krawacie, z włosami gładko zaczesanymi w modnym w tamtych czasach stylu – ale przed oczami miała tylko jego obraz z tego dnia, kiedy widziała go po raz ostatni: bladego, starego i skulonego, usiłującego odnaleźć jakiś ostateczny spokój.

– A tam stoi dom, gdzie wygłosili obwieszczenie – powiedziała. Skinęła głową w stronę kamienicy czynszowej, której fryz udekorowany był postaciami rzemieślników, ale tak naprawdę wcale nie pamiętała, czy to na pewno był ten dom. Nie wiedziała też, o które obwieszczenie jej chodziło: to wygłoszone przez któregoś z jej ludzi, mobilizujące do buntu i powstania, czy sił okupujących, które w ten sposób zmuszały mieszkańców do pracy.

Zaraz nad ich głowami była kobieta ubrana w przepiękne czerwienie i biele typowe dla strojów wschodnich województw. Lekko kołysała się z poręczy balkonu na cienkiej linie zakończonej pętlą schowaną gdzieś w jej szyi. Obróciła się powoli z jedną ręką nieznacznie uniesioną. Magda miała na sobie taki sam strój na procesji Bożego Ciała, w szkolnych przedstawieniach, w zespołach tanecznych. Ona też unosiła dłonie i się obracała. Odsunęła od siebie ten obraz, pochylając głowę, ale za chwilę zastąpił go widok dziecka zastygłego w drzwiach ze zdziwieniem wymalowanym w szeroko otwartych woskowych oczach. Nie czekając, aż to intensywne spojrzenie ją sparaliżuje, Magda pognała z Alicją ulicą, która prowadziła do świętego Romualda. Zatrzymała się pod drzwiami kościoła, niepewna, czy wejść do środka.

– Tu zostałaś ochrzczona – powiedziała Alicji. – Ja też i twój ojciec, i nasi rodzice. Pobraliśmy się też tutaj.

Mogła iść dalej, wrócić do miasta, które kiedyś nieświadomie tętniło życiem, ale zaczęła ją ogarniać panika – najpierw mały skurcz, który potem zaczął rosnąć, zacisnął się na jej klatce piersiowej, kiedy porównywała ruchome obrazy z jej pamięci i historii z tym, co działo się dookoła niej. Sięgnęła do kapelusza, żeby naciągnąć go sobie na oczy i ze złością stwierdziła, że przecież już go nie ma.

 

***

Alicja powiedziała do słuchawki, że nic nie widzi, a Magda warknęła „Co ty wygadujesz?” tak zjadliwie, że doprowadziła córkę do płaczu.

– Daj mi porozmawiać z tatusiem – ponagliła ją.

– Nie widzę go. – Zdawało się, że to jedyne, co Alicja była w stanie powiedzieć. – Nie słyszę go – improwizowała dzielnie, aż po drugiej stronie zapadła miażdżąca cisza.

W wiadomościach powiedzieli, że nikt nie może wjechać do miasta ani z niego wyjechać. Dwóch młodych żołnierzy w skafandrach kosmicznych zatrzymało Magdę na ostatniej blokadzie drogi, chcieli wiedzieć, jak udało jej się ominąć pozostałe. Magda musiała więc im pokazać, musiała ich zastrzelić ze starego rewolweru, którego jej ojciec nigdy nie użył, bo ufał mocy słów – tylko po to, by wcisnęli mu je z powrotem do gardła przy pomocy liny.

– Jestem w tym wieku – wytłumaczyła jednemu z astronautów spowita ciężką chmurą dymu unoszącą się dookoła niej – kiedy niektórych rzeczy nie trzeba rozumieć, po prostu trzeba je zrobić.

Stała tam przez chwilę, po czym wsiadła z powrotem do samochodu. Spojrzała na iglice kościelnych wieży swojego miasta i, kawałek na wschód, tlące się ruiny dogasających wież i kominów elektrowni – pierwszej takiej w kraju, zbudowanej przez i dla ludzi jeszcze w tych dniach, kiedy rozpoczynali pełen optymizmu marsz w stronę rozświetlonej nocy dwudziestego wieku. Teraz, zaduszając miasto kłębowiskiem pyłu, dymu i trucizny, elektrownia przywracała ciemność.

***

Magda przeniosła Alicję przez tę część średniowiecznej ściany miasta, która służyła za bramę cmentarza. Starała się zignorować świeżo wykopane doły, zerknęła tylko na ich groteskowego strażnika, martwego astronautę ustawionego pionowo przy swojej łopacie – był jeszcze dzieckiem. Nie przyglądała się ani ciężarówce z otwartym nadwoziem, ani jej nadzwyczajnemu ładunkowi: kolejny młody astronauta leżał sztywny w  kabinie z licznikiem Geigera na kolanach tykającym tak pospiesznie, że brzmiał on raczej jak mruczenie jakiegoś drapieżnego kota.

Na szczycie rodzinnego grobowca także był chłopiec, biały anioł z kamienia, pełen wdzięku nawet z brakującym nosem. Wyznaczał najwyższy punkt cmentarza. Magda zaprowadziła Alicję na wzniesienie.

– Bądź dobrą dziewczynką i poczekaj tutaj – poinstruowała ją, wzięła łopatę i zaczęła kopać. Skończyła pracę jakieś czterdzieści minut później, kiedy Alicja – owinięta w zestarzałą, żółtawą koronkę, ostatnią z asortymentu wuja Piotra – została zakryta ostatnią garścią ziemi.

Magda nigdy nie była skora do płaczu, ale coś jej mówiło, że tym razem mogła płakać, jeśli tylko chciała. Przeciągnęła się i usiadła na grobie, znów ujrzała kościelne wieże i szczyty kamienic czynszowych na placu. To było ich renesansowe miasto położone na obrzeżach barbarzyńskiego wschodu i dorastając tam, nigdy nie mieli wątpliwości, że byli ostatnim bastionem światłej cywilizacji.

Spojrzała na wyblakłą tarczę swojego zegarka, ale musiała zgadywać, że jest około południa. I rzeczywiście, w tym momencie dzwony na wieży kościelnej zaczęły dzwonić. To była zagadka, nad którą z przyjemnością mogła się zastanowić w mieście rozciągającym się przed jej oczami – pełnym światła i kolorów, ruchów i odgłosów; błyszczącym nieznośną jasnością, która odbiła się od jej zegarka i zaczęła niknąć.

 

Advertisements

Śnieg, niebo i sosny – Gareth Spark (przeł. Aleksandra Guzik)

Tego dnia, kiedy porwał nas ojciec, padał śnieg – siedziałam w sali lekcyjnej i patrzyłam, jak mokre płatki uderzają w cienką szybę okna, po czym rozpadają się na drobinki lodu. Bębniłam gumową końcówką ołówka o obdrapaną nogę ławki: piętnastoletnia dziewczyna, która czuła, jakby była dwa razy starsza, obserwująca, jak podczas tej jednej lekcji dzień zdążył niemal dobiec końca, a niebo zaczęło powoli tracić swój blask. Sala lekcyjna była mała i śmierdziało w niej tanim dezodorantem, potem i kurzem. Próbowałam słuchać, jak pani Davies prowadzi lekcję o dramacie antycznym. Zerknęła na mnie i – być może dostrzegając mój nieobecny wyraz twarzy – spytała mnie o Medeę.

– Zabiła własne dzieci – powiedziałam, bo akurat to wiedziałam od dawna, to było coś, co utknęło gdzieś w odmętach moich snów, prawdopodobnie przemycone tam przez ojca, który sam był zbyt pochłonięty przez inny świat.

– Ale jak ona mogła? – zapytała pani Davies, odwracając się tyłem do klasy.

To właśnie w tym sennym momencie, kiedy zajęta byłam użalaniem się nad sobą, zauważyłam samochód. Najpierw zobaczyłam światła – przez koronkę śniegu szalejącego w zamieci na końcu drogi przezierał się dziwny pomarańczowy kolor, który zmienił się w dwa punkty przypominające rozbiegane oczy szaleńca, kiedy samochód nie mógł złapać przyczepności na mokrej drodze. Obserwowałam bez emocji, jak auto przedziera się przez błotnistą ulicę. Nie mogłam tego usłyszeć, ale czułam syk opon na roztapiającym się śniegu i lodzie. To wtedy zdałam sobie sprawę, że samochód należy do ojca. Moje odbicie w oknie zmarszczyło brwi. Nie widziałam go od ponad miesiąca, od półtora miesiąca. Na początku, po tym jak rozstał się z mamą sześć miesięcy wcześniej, odwiedzał nas regularnie, ale przestał, kiedy zeszła się z tym nowym facetem. Może nie mógł tego znieść – widzieć ją z kimś innym, chociaż to przecież on miał romans. Wciąż nie wiem, co skłaniało go do robienia tego wszystkiego, co robił.

Obserwowałam, jak auto wpada w lekki poślizg na śniegu, jakby coś popchnęło je z tyłu, zanim silnik przestał pracować. To było rdzawe Volvo – wtedy już raczej wysłużone, ale pamiętam, że było dla niego symbolem sukcesu, którym chełpił się, póki jego szczęście nie wyparowało jak wczorajsze wino. Patrzyłam na masywną sylwetkę mojego ojca, kiedy podnosił się z siedzenia kierowcy – wyglądał, jakby miał na koncie więcej lat niż trzydzieści pięć. Włosy przycięte jak w wojsku zdążyły trochę odrosnąć i zauważyłam, że na brodzie miał nieschludny kilkudniowy zarost. Miał na sobie czarną kurtkę, do której od razu zaczęły się przyczepiać płatki śniegu, i parę niebieskich dżinsów, które wyglądały tak, jakby wcześniej przez dłuższy czas leżały zwinięte w kulkę. Poczułam wstyd, a potem wstyd, że byłam zawstydzona. Otaksował budynek szkoły spojrzeniem zawilgotniałych niebieskich oczu, podczas gdy wiatr rozdmuchiwał jego cienkie czarne włosy, odkrywając zmarszczki na czole. Położył rękę na masce samochodu, by złapać równowagę. W oddali za jego plecami samochody prześlizgiwały się po głównej drodze od miasteczka Pretsby w stronę mroźnej północy. Odwróciłam się w nadziei, że nie zauważył mnie w oknie. Nauczycielka stała przed tablicą, gryzmoląc niebieskim markerem jakieś greckie słowa. Dziewczyny siedzące za mną szepnęły do siebie coś o papierosach, odwróciłam się na moment i zerknęłam na nie, zanim mój wzrok powrócił za okno, które zaczynało pokrywać się parą. Nie widziałam już ojca, jedynie ślady butów na chodniku, które zostawił w zmrożonym śniegu – pod ciężarem świeżego opadu otwierały się jak rany. Uniosłam rękę, ale z początku nauczycielka mnie zignorowała.

– Proszę pani – powiedziałam.

Spojrzała znad swojego długiego nosa.

– Tak?

– Muszę iść do toalety.

Jeden z chłopaków siedzących przede mną parsknął i powiedział coś na ucho swojemu koledze.

– Lekcja prawie się skończyła, Beth, nie możesz wytrzymać tych pięciu minut?

Nie zdążyłam odpowiedzieć. Ktoś mocno zapukał w okienko w drzwiach i pani Davies przeszła do nich przez salę i pociągnęła za klamkę, walcząc z ciężarem. Stał tam mój ojciec. Nawet z drugiego końca sali byłam w stanie wyczuć, że śmierdzi od niego whisky. Spróbował się uśmiechnąć, tak jak robił zawsze, gdy spotykał piękne kobiety, ale teraz jego odbarwione zęby psuły efekt i nauczycielka nieświadomie zrobiła kilka kroków w tył. Uniosła brew.

– W czym mogę pomóc?

– Jestem ojcem Beth, porucznik Heartfield. Przyjechałem, żeby ją stąd zabrać.

– Lekcje trwają jeszcze przez godzinę.

Ojciec zerknął na mnie. Pozostali uczniowie rozmawiali między sobą przyciszonymi głosami – komentowali to małe widowisko dnia, opowiadali żarty, kłamstwa, plotkowali. Ja nie mogłam oderwać wzroku od tego pijaczyny w drzwiach – pod tym uśmiechem i niemrawym drapaniem po głowie chowało się coś niewzruszonego, niemal złego.

– Chodzi o jej matkę – powiedział szybko, zawsze tak robił, kiedy chciał kogoś urobić. – Był wypadek, wie pani… – Zaczął szeptać. – Muszę ją stąd zabrać jak najszybciej, na pewno pani to rozumie.

Ktoś poruszył się za nim w drzwiach i zauważyłam mojego brata, Sandy’ego, miał płaszcz niedbale narzucony na ramiona, nawijał kosmyk czarnych włosów wokół kciuka. Patrzył na mnie swoimi wielkimi ciemnymi oczami, które nie zdradzały żadnych emocji. Jego plecak z Transformersami zwisał bezwładnie u jego boku zawieszony jedynie na zgiętym palcu. Zaczęłam pakować swoje rzeczy, kiedy nauczycielka odezwała się:

– Muszę zejść na dół do sekretariatu i to sprawdzić, czy mógłby pan poczekać na zewnątrz? – Odwróciła się go uczniów. – Przeczytajcie jeszcze raz początek rozdziału.

Wyprosiła mojego ojca na korytarz i zamknęła za sobą drzwi. Słyszałam, jak za drzwiami rozlega się jego dudniący głos, potem jej odpowiedź, a później miarowy stukot obcasów na lakierowanej posadzce. Kiedy kroki ucichły, drzwi znów stanęły otworem. Świecąca twarz mojego ojca pojawiła się na tle ciemności zewnętrznego świata.

– Beth – wychrypiał. – Chodź, idziemy stąd.

Miałam już spakowane rzeczy i czarny płaszcz naciągnięty na ramiona. Koledzy z mojej klasy zignorowali nas.

– Słucham? – spytałam jak kogoś obcego zgodnie ze zwyczajem, który ostatnio wszedł mi w nawyk.

– Wytłumaczę później, chodź już – powiedział, pospieszając mnie gestem.

– Gdzie twój zegarek? – spytałam, mając na myśli prezent, który dałam mu w ostatnie święta: tani zegarek ze stali.

– Zgubiłem. Chodź.

Przeszłam obok niego i wyszłam na drewniany korytarz pomalowany na jasnoróżowo. Ruszył za mną, trzymając mojego brata za rękę. Odwróciłam się.

– Wszystko w porządku, Sandy?

Pokiwał do mnie głową, w półmroku wiktoriańskiego korytarza twarz dziesięcioletniego dziecka niczego nie zdradzała, była pusta jak pierwsza, niezapisana jeszcze strona nowej książki.

– Oczywiście, że u niego wszystko w porządku – powiedział ojciec, mierzwiąc Sandy’emu włosy długą, chudą dłonią. – U nas wszystko spoko, co nie, młody? Weźmy już stąd wyjdźmy i wszystko będzie dobrze. Zaraz pojedziemy sobie spałaszować coś niezdrowego, co ty na to?

Gdzieś za nami otworzyły się drzwi i mój ojciec popchnął nas w kierunku ściany, a potem jakby wstrzymał oddech, zerkając nerwowo w stronę źródła dźwięku. To był nauczyciel plastyki, pan Fewster. Poszedł w drugim kierunku. Ojciec ścisnął moją rękę.

– Musimy się pospieszyć – powiedział.

– Coś jest nie tak – odezwałam się, czując się jak idiotka, że w ogóle muszę obwieszczać coś tak oczywistego. Odwrócił się do mnie i uśmiechnął się – jego twarz wydawała się mroczna i wygłodniała w przyćmionym świetle.

– Wszystko jest dobrze. – Jego głos brzmiał ciężko w dusznym powietrzu. – Po prostu musimy już stąd iść, ale nie chcę teraz mówić dlaczego. Chodźmy szybciej.

Stanęłam na szczycie niskich, ale szerokich schodów, które prowadziły do podwójnych drzwi – za nimi rozpościerał się biały świat.

– Coś jest nie tak – powiedziałam. – A ja chcę wiedzieć co.

– Beth, jestem twoim ojcem – odparł.

– Serio?

– Oczywiście, że jestem. Nie powinnaś do mnie tak mówić. Chodźmy stąd, zanim ta suka wróci, dokądkolwiek polazła. – Spojrzał na mnie błagalnie, wciąż kurczowo trzymając rękę mojego brata. – Wszystko ci wytłumaczę, obiecuję. Tak naprawdę to jeden z powodów, dla których musimy dziś razem jechać – bo chcę ci wszystko wytłumaczyć.

Wyszliśmy na zewnątrz i mroźne powietrze wdarło się do mojego gardła jak miniaturowy styczeń. Spomiędzy poszarpanych chmur wyzierał błękit nieba, a śnieg zmienił się w zagubione podmuchy, które przycisnęły się do moich policzków jak zimne dłonie. Spojrzałam na cichy budynek szkolny. Intuicja podpowiadała mi, że po tym dniu już nigdy nic nie miało być takie samo, że za legionami chmur, sunącymi po niebie, zbliżało się coś ciemnego – coś magnetycznego i zimnego, co już zawsze miało ścigać naszą trójkę.

Ojciec walczył przez chwilę z kluczykiem, kilka razy nie mogąc trafić nim do zamka, zupełnie jakby miał coś w oku, pyłek albo łzy – coś, co jeszcze bardziej ograniczało jego zdolność ostrego widzenia. Zaklął pod nosem, nim wreszcie udało mu się otworzyć drzwi. Sterta pustych puszek po piwie i opakowań po fastfoodach wypadła z samochodu na ziemię – ten kolorowy deszcz był pozostałością po jego nowym trybie życia. We wnętrzu unosił się zatęchły zapach niepranych ubrań.

– Wsiadaj – powiedział ojciec do Sandy’ego, pomagając mu się usadowić na tylnym siedzeniu i zapinając pas ciasno dookoła niego.

Od strony szkoły dobiegł nas trzask. Rozpoznałam pana Fellowa, nauczyciela wychowania fizycznego, i panią Davies – z hukiem otworzyli szklane drzwi i ruszyli biegiem w stronę samochodu. Ojciec wyprostował się i obserwował ich przez moment, a jego oddech opuścił ciężko pracujące płuca i uniósł się w powietrzu jako obłoczek, biały duszek, który spokojnie odpłynął w kierunku dwóch postaci w pośpiechu schodzących po schodach.

– Beth – powiedział. – Wsiadaj do wozu.

– Dokąd jedziemy? – spytałam, czując, że chcę z nim jechać i jednocześnie nie chcę zrobić czegoś równie głupiego jak to zniknięcie.

– Beth – powiedział, przenosząc na mnie spojrzenie swoich niebieskich oczu i wyciągnął rękę, żeby złapać mnie za ramię, jakby było czymś, co umierało i czego nie chciał zostawić.

Wiatr wprawiał w ruch przewody wiszące nad drogą. Szybko wspięłam się na miejsce pasażera, zrzucając pod nogi stertę papierów, które zaśmiecały siedzenie. Ojciec roześmiał się do siebie i biegiem okrążył samochód wokół oszronionej maski.

Jako pierwszy wyłożył się pan Fellows – jego długie, patykowate nogi ubrane w dres rozjeżdżały się na wszystkie strony na połaci grubego czarnego lodu, który rozciągał się na prawie cały podjazd szkoły. Instynkt kazał mu w trakcie lotu uchwycić się ramienia swojej koleżanki, w związku z czym pani Davies runęła zaraz za nim na rdzewiejącą poręcz. Jej podłużna twarz pozostała niewzruszona.

– Chryste – powiedział ojciec, trzęsącymi palcami przekręcając kluczyk w stacyjce Volva. Silnik zapalił i ojciec wycofał auto aż na sam koniec drogi. Raz na jakiś czas koła kręciły się niekontrolowanie w brudnym śniegu, nie mogąc złapać przyczepności na mokrym asfalcie. Wreszcie samochód wykręcił i wyjechał na drogę północną prowadzącą poza miasto.

Znów zaczął padać śnieg, a płatki zakleszczały się w artretycznych przednich wycieraczkach podobnie jak łzy pomiędzy rzęsami. Ojciec jechał ostrożnie, ale szybko. Kierowaliśmy się w stronę wyjazdu z miasta, mijaliśmy nieświadome istnienia pochwycone przez bursztynowy blask telewizorów, skryte za sznurkowymi zasłonami i zasuniętymi roletami. Mknęliśmy przez ulice społeczeństwa w stronę czarnych gór widniejących ponad północną linią horyzontu. Tego dnia, kiedy porwał nas ojciec, padał śnieg i przez ostatnie dziesięć lat wielu ludzi próbowało jakoś to wytłumaczyć – mnie, policji, czytelnikom gazet i niedzielnych dodatków, widzom telewizyjnych programów, Sandy’emu, mojej mamie. Nie sądzę, żeby ktokolwiek dobrze to wszystko rozumiał. Może nikt nigdy nie zrozumie.

Ojciec z trudnością odwrócił się na swoim siedzeniu, sprężyny zaskrzypiały pod jego ciężarem. Śmierdział alkoholem i potem, a twarz miał całą brudną.

– Wszystko w porządku, Sandy? – spytał, odwracając się lekko w stronę przedniej szyby, wciąż patrząc na drogę, która była cała biała, nie licząc dwóch czarnych śladów na samym środku szosy wyżłobionych przez opony. – Wiesz, kiedy ostatnio cię widziałem? – zapytał, po czym sam odpowiedział: – To był ten dzień, co? No, ale zapomnijmy o tym już, nie?

– Wszystko dobrze – powiedział Sandy cichutko, jego głos prawie zgubił się pośród ryku silnika i szumu, jaki wydawały opony sunące po śniegu. Bawił się zamkiem błyskawicznym przy swoim plecaku – rozpinał go kawałek, po czym zapinał z powrotem zdecydowanym ruchem tylko po to, żeby po chwili zacząć od nowa.

– No jasne, że dobrze – powiedział ojciec, ustawiając lusterko wsteczne, i zjechał z głównej drogi na podrzędną, która prowadziła za miasto. Teraz dookoła było mniej domów, a na linii horyzontu rozrzucone były rzędy czarnych drzew przyczajonych jak zapomniana armia, ciemnych na tle bieli świata. – Wyrwałeś się ze szkoły i masz wolne popołudnie, co? Jezu, kto by się nie cieszył na te wszystkie atrakcje, które zaplanowałem, no nie?

Było coś piskliwego i niepokojącego w jego głosie. Przypomniał mi się człowiek, którego kiedyś po wypadku wyciągali na moich oczach z samochodu – młody mężczyzna, z jego pokrytej krwawą maską twarzy wydobywał się głos z tak samo wysoką nutą, wypalając każde słowo jak ogień uwolniony z otworu wylotowego krematorium. Może to był strach, a może odgłos, jaki wydobywa się z człowieka nieświadomie – kiedy jest się zranionym tak bardzo, że twój własny głos jest jakby obcy.

Spojrzałam przez okno – zdążyło pokryć się parą, więc wytarłam część szyby grzbietem dłoni. Świat był wymarły i głęboki jak staw z grubą warstwą lodu, przez którą próbowałam coś dojrzeć, ale za tą mroźną barierą pojawiały się jedynie przebłyski życia. Jakieś dziwne uczucie promieniowało na całe moje ciało – zaczynało się gdzieś przy pępku i szło aż do mrowiących palców. Powiedziałam do siebie stanowczo, że to po prostu kolejny dzień, zwykła przejażdżka samochodem z tatą, że wszystko jest z nim w porządku, że wcale – pierwszy raz – się go nie bałam, tak jak bała się go moja matka.

Na lusterku wstecznym zawiesił tani różaniec, który podskakiwał gwałtownie zgodnie z rytmem drogi. Ojciec wyciągnął rękę, przytrzymał go między kciukiem a palcem wskazującym, żeby go unieruchomić, po czym puścił.

– Mówiłeś coś o mamie – powiedziałam przez zaciśnięte zęby, jakby to miało powstrzymać mój głos przed drżeniem.

– Co mówiłem?

– Powiedziałeś nauczycielce, że miała wypadek czy coś. Słyszałam, jak mówisz, że musimy do niej jechać. To prawda?

Widziałam, że jego jasne oczy błysnęły w zatłuszczonym lusterku, potem zerknął na mnie.

– Cóż – powiedział, sięgając do tylnej kieszeni płaszcza, żeby wyciągnąć srebrną piersiówkę, którą odkręcił jedną ręką. – Czasami trzeba mówić różne rzeczy, wiesz? Żeby dostać to, czego potrzebujesz. Tak działa ten świat, ale nie musisz się już niczym martwić. W każdym razie, rozmawiałem z waszą matką.

– Myślałam, że z tobą nie rozmawia? – powiedziałam cicho, pstrykając niemrawo w klamkę.

– No tym razem musiała.

– Ale jej się to nie podobało.

– A kogo obchodzi, co ona myśli, teraz to i tak nie ma znaczenia.

Pociągnął głęboki łyk z flaszki i zatrzymał samochód na szczycie wzgórza. Miasteczko Pretsby rozpościerało się przed nami, wypchnięte w stronę Morza Północnego, jak gdyby ziemia próbowała je utopić. Budynki były ciemne jak mokre skały poniżej nieba tak płaskiego i tak grubego jak stary chleb. Gdzieś w oddali morze próbowało pożreć klify piaskowcowe, wydając odgłos podobny do trzasku pioruna. Daleko pod nami budziły się do życia pierwsze uliczne światła – przyćmione czerwienie i biele zdawały się rozświetlać odrobinę tę zimową ponurość. Mój ojciec, nasz ojciec, wypatrywał w tym widoku czegoś, czego my z Sandym nie byliśmy w stanie dostrzec. Śnieg opadał miękko na zimną maskę samochodu i rozmazywał się na szybach. Ojciec bębnił palcami w kierownicę, jakby to było serce, które trzeba reanimować, i gorączkowo wpatrywał się na rozciągającą się w dole szarą drogę i sznur przednich reflektorów – przypominały mu o świecie, który miesiące temu pozostawił za sobą.

– Tato? – Sandy ziewnął. Słyszałam, jak burczy mu w brzuchu.

Ojciec znów napił się ze swojej piersiówki, tym razem był to duży łyk zakończony westchnięciem. – Tak, Sandy?

– Dokąd jedziemy?

Ojciec przeniósł wzrok z powrotem na śnieg, po czym uśmiechnął się szeroko w lusterku wstecznym, pokazując wszystkie zęby. – No – powiedział, pocierając nagle oczy – chyba czas się przekonać, co?

Znów odpalił samochód i ustawił koła prosto na pokryte mrokiem pobocze, po czym ruszył w stronę śniegu, nieba i sosen.

Koniec

 

Na księżycowej bani – Paul D. Brazill (PRZEŁ. Aneta Uszyńska )

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Wcześniej czy później przydarza się to niemal każdemu. Przy okazji szczególnie przykrej rocznicy urodzin, czy to po scysji z żoną…

Budzisz się przybity, dręczony mętnym poczuciem winy. Urywki poprzedniej nocy uporczywie wciskają się między myśli. W brzuchu dojrzewają mdłości, w ustach syf jak pod kurzą grzędą, a w głowie Keith Moon gra solo na bębnach.

Rozklejasz powieki, nieopatrznie wpuszczając łupiny posiekanego przez żaluzje światła. Wnętrze pokoju wygląda jak zaprojektowane przez cech żuli.

Zataczasz się do względnego pionu i wpadasz do bezlitośnie jasnej łazienki, żeby puścić pawia. Drżysz, pocisz się, skóra ci drętwieje jak podczas sesji akupunktury. Ubranie masz porwane i powalane krwią. Fala ciemnych wspomnień wlewa się z siłą tsunami.

Jak mówiłem, wcześniej czy później przydarza się to większości z nas. Mnie – zwykle raz na miesiąc. A ściślej – trzy razy.

I zdarzyło się znowu wczorajszej nocy.

ROZDZIAŁ DRUGI

Noc jak plama ropy rozpłynęła się w granitowym dniu, a na poranne niebo wtoczyły się wielkie wrogie chmury, kiedy przed wejściem do mojego apartamentowca charknęła docelowo żółta zdezelowana taksówka z ciemnymi szybami.

Wepchnąłem się przed wyfiokowaną Rosjankę usiłującą poskromić parasol, który szamotał się i łopotał jak wielki czarny nietoperz próbujący wyrwać się z jej uścisku. Głuchy na okrzyki protestu, złapałem za klamkę i otworzyłem drzwi.

Wpakowałem się na tylne siedzenie taksówki. Kierowca o imieniu Duffy wydmuchał zawartość nosa do bożonarodzeniowej serwetki i wyrzucił ją za okno. Jego poorana przez trądzik twarz przypominała wyssane jabłko karmelowe. Nad nią sterczała czarna jak atrament farbowana Elvisowska grzywka. Nie był to kojący widok.

– Gówniany poranek, co, Roman? – zagaił.

– Miewałem lepsze – odparłem opadając bezwładnie na tylne drzwi.

Mel Torme śpiewał w radiu „Ponurą niedzielę”. Mrucząc do wtóru, Duffy przeciągnął zapałkę po tabliczce z zakazem palenia i przypalił kubańskie cygaro.

– Aksamitna Mgła – powiedział Duffy unosząc krzaczaste brwi. Milczałem. – Tak go nazywają.

Nie zwracałem na niego uwagi. Kiedy odpalał samochód i przejeżdżał na czerwonym świetle, gapiłem się tępo przez okno. Ulice miały kontury nocnego koszmaru.

– Ściemnia się – powiedział Duffy. Miał spoconą twarz, mimo że w aucie było zimno jak w kostnicy. – Pora zmierzchu. Tak zwykliśmy nazywać tę godzinę. Jak w tej piosence.

Znów zamilkł. Słychać było jedynie jego szczękające zęby i przeskakującą raz po raz żuchwę.

Lawirując między samochodami, taksówka toczyła się z łoskotem wzdłuż wybrzeża upstrzonego pubami, podrzędnymi jadłodajniami i kebabowniami, by w końcu wydać z siebie ostatnie stęknięcie przed wejściem do baru U DAFFY’EGO. Lało jak z cebra. Niknące światła latarni połyskiwały na przedniej szybie samochodu.

Duffy wysiadł, podciągnął metalową kratę i otworzył drzwi wejściowe.

ROZDZIAŁ TRZECI

Włączył światła. Szafa grająca ożyła z hukiem.

Nie jestem przesądny… – zawarczał Howlin’ Wolf. Zająłem miejsce na swoim stołku przy barze i przez chwilę kontemplowałem podwójną szkocką, którą postawił przede mną Duffy. Kostki lodu szkliły się, lśniły i mieniły w nikłym świetle lamp. Prawdziwa pora zmierzchu.

Spojrzałem przez okno. Na mokrym chodniku migotało odbicie neonu U DUFFY’EGO, Patykowaty kształt podobny do stracha na wróble przeciął pędem ulicę. Wkrótce drzwi otworzyły się i wpadł przez nie jak stado wron wysoki długowłosy detektyw Iwan Walker, ciągnąc za sobą tuman deszczu i jesiennych liści. Jego znoszony czarny prochowiec załopotał na wietrze.

Usiadł na stołku obok mnie, kładąc na barze odznakę i rewolwer. Duffy podał mu asfaltowe espresso.

– Pora zmierzchu, Roman – zachrypiał Walker głosem jak tłuczone szkło.

– Podobno – odpowiedziałem.

Howlin’ Wolf ustąpił miejsca Dusty Springfield.

– Biała Murzynka – powiedział Duffy, spoglądając znad National Geographic. Tak ją nazywali. Bez rasistowskich podtekstów. – Facet był prawdziwą kopalnią wiedzy.

Przyjrzałem się bliżej Walkerowi.

Jego niemal dziecinną twarz pokrywała siatka blizn, na szyi widniał pięciokątny ślad po przypaleniu.

Trzęsły mi się ręce. Z żarliwością emerytowanego kanciarza w burdelu jednym haustem wlałem w siebie szkocką.

– Chluśniem, bo uśniem, co? – zagaił Walker. Nalałem sobie kolejną.

Nie odpowiedziałem. Byłem jeszcze bardziej zmęczony niż ten wyświechtany tekst. Dwie noce z rzędu robią swoje.

– Ciężki tydzień? – ciągnął Walker.

Wzruszyłem ramionami.

– Gówniane życie, co? – nie odpuszczał.

Puściłem tę wypowiedź mimo uszu. Zamknąłem oczy. Czułem przepływającą przez ciało falę alkoholu.

– Słyszeliście o morderstwach zeszłej nocy? – Walker przeciągnął się ziewając.

– Nie wydaje mi się – rzucił Duffy.

– Poważnie? – zdziwił się Walker. – Wszędzie o tym  trąbią.

– Nie czytam gazet – powiedział Duffy – Dołują mnie.

– Mam dla was coś naprawdę niezłego. Znaleźli paru chłopaków od Ton Ton Philippe’a dosłownie porozrywanych na strzępy pod Różowym Kociakiem.

Zignorowaliśmy go, chociaż znając Walkera nie wpadł tu, żeby sobie z nami pogawędzić.

– Co z tego? – spytałem nie otwierając oczu.

– Dla jasności – to śmiecie. W końcu pracowali dla tego haitańskiego świra. Niech im, kurwa, ziemia lekką będzie i order zasługi dla tego, kto ich załatwił. Ale brakuje poszlak. Na moje oko wygląda, że rozszarpała ich sfora dzikich psów. Może nawet ta sama, która zmasakrowała Micka „Klingę” McKinleya w zeszłym miesiącu.

– Mhm.

– Za to… – Walker pogmerał w kieszeni – …mamy pewien trop. Znaleźliśmy to w resztce pogryzionej ręki walającej się w drugim końcu zaułka.

Rozpoznałem ten metaliczny brzęk.

Otworzyłem oczy.

Na barze leżała moja odznaka. Odznaka detektywa.

Trzeba uważać na siebie w tym mieście, oficerze Dalton. – powiedział Walker wychylając filiżankę. Po czym poklepał mnie po plecach i skierował się do wyjścia.

– Ja pierdolę! – przeklął Duffy pijąc wódkę prosto z gwinta – Ton Ton Filip! – Pokręcił głową – Igrasz z ogniem, Roman.

Biała Murzynka śpiewała: Zamykam oczy i liczę do dziesięciu… Ja też zamknąłem oczy i policzyłem do stu.

ROZDZIAŁ CZWARTY

MIASTO – obwieszczał górujący nad dachami neon. Jego jaskrawe światło spływało z budynków zawiesiną cieni niosących schronienie plugawym miejskim sekretom, których oszałamiający fetor stale unosił się zaułkach, rynsztokach i barach. Na wielu zapach ten działał przytłaczająco, wręcz obezwładniająco. Nie na mnie. Brałem głęboki oddech i wciągałem go w nozdrza.

Byłem gliną od dwudziestu lat – rozboje, wykroczenia, zabójstwa… I nagle wszystko zmieniło się za sprawą zdarzenia, w którego środku znalazłem się zupełnie przypadkowo. Zwykła na pierwszy rzut oka, barowa bójka, w której przyszło mi uczestniczyć, złamała wszelkie zasady pijackiej obyczajowości.

Było już grubo po północy. W górze pełnia księżyca. Półprzytomny, siedziałem samochodzie przed klubem „Playhouse” w dole nadmorskiej ulicy, czatując na Micka „Klingę” McKinleya – kokainowego świra o szczurzej twarzy, który miał mi dostarczyć poszlak na Ton Ton Philippe’a, haitańskego gangstera, co jak zaraza panoszył się ostatnio w Mieście.

Odrażająca mieszanka wrzasków i skowytu przykleiła się do przelatującego podmuchu wiatru i dotarła niespodziewanie do okien mojego auta.

Księżycowa poświata pełzła po kocich łbach niczym żywe srebro, sącząc się w szpary i wczołgując do rynsztoków. Wysiadłem z samochodu i nieśpiesznie poszedłem w górę, niosąc przed sobą białe widmo własnego oddechu.

Gdy stanąłem przed barem Duffy’ego chłodny dreszcz przebiegł mi po plecach. Wtuliłem się w poły płaszcza, wymacałem swój pistolet i ostrożnie pchnąłem ciężkie dębowe drzwi.

Sala dławiła się od czerwonego aksamitu i skóry, z lustrzanych sufitów zwisały żyrandole. Podłogę pokrywały na wpół pożarte ciała, dookoła których ucztowały dwunożne włochate stwory o wilczych pyskach.

Kiedy instynktownie wystrzeliłem serię w ich stronę, nawet nie drgnęły. Nagle ruszyły w moim kierunku warcząc przez obnażone kły.

Przycupnięty na dębowym barze Duffy podpalił szmatę wystającą z butelki jakiegoś trunku i rzucił nią w stojącą obok poczwar szafę grającą.  Wybuchła niczym wulkan.

Przez kilka chwil grzmiało i dudniło jak na pokazie fajerwerków. Gdy kłęby dymu opadły, stojące tuż przede mną stwory rzuciły się z impetem w moją stronę.

ROZDZIAŁ PIĄTY

Obudziłem się w cuchnącym lizolem szpitalu. Siedzący obok mnie Walker jadł winogrona i rozwiązywał Sudoku. Powiedział mi, że po eksplozji jeden z żyrandoli Duffey’ego runął na moich napastników, którzy jednak zdołali wydostać się spod niego i uciec.

Po jakimś czasie Walker i jego chłopcy znaleźli trzy półnagie trupy włochatych harleyowców porzucone w zaułku. Cudaki najwyraźniej wpadły do Miasta, żeby się trochę rozerwać.

A ja? Cóż, podobno miałem szczęście, że wyszedłem z tego żywy. Lekarze stwierdzili spustoszenie organizmu i wysłali mnie na przedłużony urlop zdrowotny.

W obliczu żelaznej decyzji specjalistów zrobiłem to, co zrobiłaby większość moich kolegów po fachu i jak przystało na tytana policyjnej pracy spędziłem kolejne dni i noce oddając się bez reszty jedzeniu, piciu i telewizyjnemu odmóżdżeniu. Nie minął jednak miesiąc, kiedy krągły jak wielka srebrna dolarówka księżyc wypełnił ponownie jesienną noc, a ja poczułem znajomy zawrót głowy.

ROZDZIAŁ SZÓSTY

Dni krwawiły w tygodnie i miesiące, aż wreszcie zakradła się zima i ciemną płachtą udusiła burbonowo-żółtą jesienną aurę. Migający neon Duffy’ego przyciągał mnie co noc niczym pępowina. A może bardziej jak stryczek.

Był wczesny niedzielny wieczór, do pełni pozostał jeszcze tydzień. W lokalu panował średni ruch. Z Wurlitzera leciał stary szlagier Johnny’ego Laytona. Siedziałem na swoim stałym miejscu obserwując unoszącą się znad popielniczki smugę dymu, która niczym zjawa płynęła ku srebrnej gwieździe wiszącej nad barem.

Gwiazda zwisała przekrzywiona na lewo od popękanego, pokrytego pajęczynami zegara. Jej pozłacane brzegi złuszczyły się prawie doszczętnie, a życzenia Wesołych Świąt zdążyły oprószyć czerwonym brokatowym łupieżem tyle barowych głów, że były już prawie nieczytelne.

Nagle, silny podmuch wiatru otworzył drzwi na oścież. Duffy instynktownie wycofał się w cień. Na zewnątrz, jaskrawa poświata księżyca rozsrebrzała antracytowe niebo. Wysoka kobieta o włosach niczym krucze skrzydła maszerowała przez ulicę jak gdyby nieświadoma pędzących zewsząd samochodów. Duffy oblizał usta. Przy każdej o włos unikniętej kolizji w jego oczach pojawiał się szaleńczy błysk.

Nagle, jak na zamówienie, noc wypełnił huk sztucznych ogni i w pomieszczeniu pojawiła się Daria. Stanęła przede mną niczym szklanka chłodnej wody przed umierającym z pragnienia. Ostry jak damska szpilka dreszcz przeszył mnie na jej widok. Uśmiechnęła się, nadając pełnym krwistoczerwonym ustom kształt ciętej rany, jej świecące szmaragdową zielenią oczy pociemniały.

– Detektywie Dalton – powiedziała głosem ciemnym i gęstym jak dym z francuskiego papierosa.

– Były detektywie – wybełkotałem. Przeszedłem na emeryturę. Zasiliłem szeregi wolnych strzelców – Słowa wytaczały się z moich ust jak banda potykających się o siebie wzajemnie pijaków. Podałem Darii wymiętą wizytówkę. – Czy mogę zaproponować pani drinka?

– Noc jest jeszcze młoda, oficerze Dalton – powiedziała wchodząc na niewielką, monochromatycznie oświetloną scenę – W przeciwieństwie do pana!

Roześmiała się. Dwóch łysych osiłków z oczodołami jak rany postrzałowe wynurzyło się z cienia, aby pomóc jej zdjąć długi czarny płaszcz, po czym zajęło się ustawianiem perkusji, kontrabasu i starego mikrofonu radiowego. Daria sennie paliła czarnego papierosa.

Zwróciłem się do Duffy’ego pochylonego nad wyświechtaną kopią National Geographic.

– Jak interes wczoraj? – spytałem.

– Bal przebierańców był bardzo udany – odparł Duffy nie odrywając wzroku od lektury – Szkoda tylko, że goście przebrali się za stoły i krzesła.

Uśmiechnąłem się słabowicie, siląc się na jakąś zgrabną ripostę, ale szybko dałem za wygraną i zapaliłem kolejnego papierosa.

– Jeszcze jedną kolejkę? – zaproponował Duffy.

Wzruszyłem ramionami, potakując jednocześnie, co w moim stanie było nie lada wyczynem.

Nalał mi Danielsa i wyciągnął z kontaktu wtyczkę szafy grającej.

Nagle salę wypełnił śmiech Darii. Odwróciłem się w stronę sceny. Zaczęła śpiewać.

Na perkusję posypały się uderzenia miotełek, palce kontrabasisty zaczęły ślizgać się po gryfie, a ja poczułem jak kropla potu, niczym owad, wędruje w dół mojego grzbietu. Cichy jak ostatnie tchnienie półszept Darii śpiewającej o niespełnionej miłości wprowadził mnie w senny błogostan.

Szybko wychyliłem szklankę, zamówiłem jeszcze jedną i, jak za pociągnięciem spłuczki, udałem się w niebyt.

ROZDZIAŁ SIÓDMY

W górze wisiał pękaty jak bania zimowy księżyc. Oderwałem głowę Długiego Toma Shorta od jego ramion i cisnąłem nią w śnieg. Krwawe bryzgi zdawały się czarne w jaskrawej poświacie. Z dala słychać było pomruk nadjeżdżającego Mercedesa. W końcu mruczenie przeszło w ryk i sprzęgło się z moim skowytem, podrywając do lotu czerniejące wśród bieli stado wron.

Samochód zatrzymał się z piskiem opon przed wejściem do Różowego Kociaka, który obecnie zajmował podwoje byłego kościoła parafialnego. Kierowca z rewolwerem w dłoni wysiadł z samochodu i podążył w moją stronę przez opustoszały parking. Ubrany w czarny płaszcz i kapelusz z szerokim rondem wyglądał upiornie. Gdy podszedł bliżej, zawarczałem w jego stronę z trudem hamując swój wilczy instynkt.

– Leżeć! – rzucił komendę mój były partner detektyw Ivan Walker obrzucając wzrokiem sześć czy siedem ciał rozrzuconych po parkingu.

– Miałeś pracowity wieczór, Dalton – powiedział głosem jak papier ścierny. – Jak tak dalej pójdzie, Ton Ton Philippe będzie musiał wymienić całą ekipę. Albo cię sprzątnąć – Potarł lufą rewolweru pięcioramienną bliznę na szyi.

Z nieba zaczęło sypać śnieżne konfetti. Walker złapał Długiego Toma za kostki i powlókł broczący gargulec wielkiego trupa w kierunku ciemnego obskurnego zaułka, zostawiając za sobą pasmo krwi. Złapałem w nozdrza zapach śmierci. Moje serce biło jak dzwon.

Walker przeciągnął ciało do upstrzonego witrażowymi refleksami samochodu i otworzył bagażnik. Załadował zwłoki i walnął klapą.

W ustach miałem jeszcze smak ciepłego mięsa. Czerwone zmazy rozlewały mi się przed oczami niczym test Roschacha. Nie mogłem dłużej panować nad żądzą krwi. Wydając z siebie otchłanny ryk, rzuciłem się w stronę Walkera, który padł na kolana, wycelował rewolwer i strzelił mi prosto w serce.

Uderzyłem z impetem w tył samochodu i osunąłem się na ziemię. Walker podniósł się i stanął nade mną paląc cygaro. Dymne kółka wznosiły się nad jego głową jak aureola, czy korona cierniowa. Za jego plecami, w rogu zaułka dostrzegłem kształt wysokiej ciemnowłosej kobiety. Jej oczy zabłysły szmaragdową zielenią i znów pociemniały.

Zanurzyłem się w głębinach nieświadomości.

ROZDZIAŁ ÓSMY

Koszmarne fale wtoczyły się na brzeg mojego snu. Obudziłem się mokry od potu. Dałem oczom chwilę okrzepnąć i odwróciłem głowę. Cyfrowy budzik obok łóżka pokazywał południe. Czarna pościel, na której leżałem była w strzępach, a moje nagie ciało pokrywało graffiti ran i siniaków.

Dostrzegłem trzy nakłucia na swojej klatce piersiowej tuż nad sercem. Walker był doborowym strzelcem, a naboje wypełnione śladowymi ilościami srebra były silne na tyle tylko by ściąć mnie z nóg na jakiś czas.

Wziąłem prysznic, założyłem dżinsy i czarny golf. Było mi tak zimno, że swoją mocną czarną i spalony tost jadłem przytulony do rzężącego kaloryfera przy plastikowym stole. Nacisnąłem guzik bakelitowego radia, które nadawało właśnie piosenkę George’a Jonesa, i bezskutecznie próbowałem czytać „Mieć i nie mieć”. Nie po raz pierwszy miałem wrażenie,  że moja koncentracja została rozstrzelana i kona w męczarniach. Założyłem Martensy, zgarnąłem płaszcz i poszedłem do Duffy’ego.

 

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY

Rzecz w tym, że nie miało dla mnie większego znaczenia, czy mówi mi prawdę czy kłamie w żywe oczy, zważywszy że większość tego, co jej sam naopowiadałem była wygrzebana z jakiegoś mrocznego kąta na peryferiach uczciwości.

To było jak polowanie, w którym nie ma znaczenia kto jest myśliwym a kto zwierzyną.

– A więc? Zrobi pan to dla mnie? – spytała Daria popijając absynt. Nachyliła się w moją stronę, żeby usłyszeć odpowiedź. Owładnięci żądzą punkowego zgiełku Frogersi tłoczyli się wokół szafy grającej wywalając do niej stosy monet. Nie miałem siły oponować. Ludzie Ottona nie słynęli z dbałości o formy towarzyskie.

Jeśli Ton Ton Philippe miał rywala w mieście, był nim niewątpliwie Otton Rhino. Frogersi stanowili jego rzekomo niepokonany oddział specjalny. Ubrani w moro, wszyscy bez wyjątku mieli ponad dwa metry wzrostu i łapy jak dębowe konary.

– Więc? – powtórzyła. Jej perfumy były trucizną, której nigdy nie miałem dość. Wzruszyłem ramionami wiedząc doskonale, że zrobię dokładnie o co mnie prosi.

Gdzieś w rogu sali rozległ się dźwięk tłuczonego szkła. Nie zrobiło to na mnie wrażenia.

– Jasne. Wpadnę do Różowego Kociaka po pani siostrę. Z pewnością Ton Ton Philippe nie będzie miał nic przeciwko. Haitańscy wielcy kapłani voodoo są znani ze swojej anielskiej cierpliwości. Zwłaszcza ci, którzy kierują światem przestępczym.

Uśmiechnęła się bałamutnie.

– Proszę pamiętać też o armii oddanych mu zombie – Jej oczy błysnęły szkarłatem.

– Nie omieszkam.

– A więc? Wchodzi pan w to?

– Będzie to panią kosztowało.

– Zapłacę, detektywie. Mam czym.

– Wobec tego wchodzę. Jak Errol Flynn.

Daria odchyliła się na stołku i uśmiechnęła.

– Jeszcze jedną kolejkę! – rzuciła w stronę Duffy’ego.

Duffy chwycił butelkę absyntu i postawił ją na barze. Nagle stołek zatrząsł się pode mną. Dwóch czy trzech Frogersów miotało się w niedźwiedzich podskokach śpiewając, albo raczej wrzeszcząc, że są cranked up really high. Co zresztą było zgodne z prawdą.

Duffy właśnie nalewał do naszych kieliszków, kiedy jeden z Goliatów wpadł na mnie i rozlał wściekle zieloną ciecz na kontuar.

– Dupek! – wrzasnąłem bez zastanowienia.

– Co powiedziałeś? – huknął przerośnięty imbecyl.

Zanim zdążyłem odpowiedzieć złapał mnie swoją wielką grabą za gardło i jednym ruchem zerwał ze stołka jak źdźbło trawy.

Byłem bezradny. Widziałem jak Duffy sięga pod ladę po strzelbę, ale nim zdążył to zrobić szafa grająca zamilkła i nastała kompletna cisza.

Wkrótce, w powietrzu zadrgały pierwsze nuty melodii. Daria śpiewała klepiąc osiłka po ramieniu. Jej oczy lśniły szmaragdową zielenią. – Nie, Duke – padł rozkaz.

Nagle olbrzym załkał i opuścił mnie z powrotem na stołek.

Daria pogłaskała go po policzku.

– Idź i pobaw się ładnie, Duke – powiedziała łagodnie.

– Tak, psze pani – odpowiedział Duke pociągając nosem. – Przepraszam panią, pani Dario.

Duke dołączył do swoich kompanów, którzy siedzieli wokół stołu trzymając się za głowy.

Szafa grająca powróciła do życia. Miles Davis zatrąbił ciepło. Nikt nie miał nic przeciwko.

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY

Klientela Różowego Kociaka składała się z ludzi, którzy słowu „bagno” nadają ciężar gatunkowy. Politycy, wysokiej rangi stróże prawa, aktorzy… Chudy i blady jak pajęcza nitka DJ Neuman wyglądał jakby zmarł na początku zeszłej dekady, lecz nikt mu o tym nie doniósł. Pojawiał się w klubie co noc, serwując salwy ogłuszających basów. Parkiet tętnił od lepkich, gorących ciał. Na scenie, półnagie dzierlatki wiły się jak spaghetti na półmisku pijanego sycylijczyka.

Po południu nie było zbytniego ruchu. Tu i ówdzie niedobitki ludzkich karakanów gnieździły się w kątach i zakamarkach, pochrapując albo zalewając robaka. Czułem się prawie jak w domu.

Usiadłem przy barze i zerknąłem na zegarek. Tajemnica dzisiejszego sukcesu tkwiła w znalezieniu się we właściwym miejscu we właściwym czasie.

– Co podać? – rzucił zza baru wytatuowany smarkacz.

– Burbon.

Wziąłem szklankę i poszedłem w stronę ciemnego rogu sali, gdzie zwykle urzędował Ton Ton Phillippe. Kurdupel z irokezem i opaską na oku siedział rozparty na złotym tronie obok sceny. Wijące się wokół jego ramion węże syczały napastliwie, a na jego kolanach, zwinięta w kłębek niczym perski kot, spoczywała płowowłosa nastolatka.

– Detektyw Dalton – powitał mnie skinieniem. Nie wyprowadziłem go z błędu. – Co pana do mnie sprowadza?

– Ona – odpowiedziałem wskazując głową na wiercącą się małą.

– Obawiam się, że to soczyste mięsko zostało już zarezerwowane przez bardzo specjalnego klienta. A co Lao chcieć, Lao mieć.

Ledwo zdążył rzucić mi swoje mrożące spojrzenie, spozierała już na niego lufa mojego pistoletu.

– Nie kupuję. Biorę – powiedziałem przyciągając ją do siebie.

Rechot Phillippe’a rozniósł się echem po sali.

Wtedy pojawili się oni.

Było ich trzech.

Golemy. Porwane i poszarpane cielska. Szkliste oczy.

Czyżby? Zombie? Najwyraźniej pogłoski były prawdziwe. Nim zdążyłem zagłębić się w swoje rozważania, zbliżyły się do mnie i… zapadły ciemności.

ROZDZIAŁ JEDENASTY

W biurze Ton Tona panował niemiłosierny zaduch. Siedziałem przywiązany do metalowego krzesła jak owadzia inkluzja w kawałku bursztynu. W rogu pokoju skrzeczała papuga.

– No i co ja mam z tobą zrobić? – martwił się Philippe. – Zamordowanie funkcjonariusza policji może przysporzyć mi sporo kłopotów… ale z drugiej strony…

Jego głos docierał do mnie jak zza ściany.  Czułem znajome mrowienie na skórze. Już niedługo. Za oknem na atramentowym niebie wisiał mleczny księżyc. Przemieniłem się.

Wszystko utonęło w odmętach skowyczącego i krzyczącego szkarłatu.

Wkrótce zombie leżeli martwi, porozrywani na strzępy. Tylko Philippe rozpłynął się jak dym z papierosa.

Złapałem dziewczynę niczym szmacianą lalkę i rozbiłem szybę rzucając się przez okno w mroźną zimową noc.

ROZDZIAŁ DWUNASTY

– Dziękuję detektywie – powiedziała Daria. – Świetnie się pan spisał.

Siedzieliśmy przy chybotliwym stole w opustoszałym barze Duffy’ego. Blondwłosa podlotka siedząca na jej kolanach nie zdawała się nosić oznak najdalszego nawet pokrewieństwa. Nie całowała też jak krewna. Ktoś nabił mnie w butelkę. I zrzucił nad trójkątem bermudzkim. Skóra mi drętwiała. Bolały mnie kości. Lecz w gruncie rzeczy, było mi wszystko jedno.

Daria wstała w towarzystwie kilku Frogersów. – Biegnij do tatusia, skarbie – nakazała blondynce, która zgramoliła się z jej kolan z nadąsaną miną. Wyszli na zewnątrz i wsiedli do długiej ciemnozielonej limuzyny ze znakiem krzyża z boku. Znakiem grafa Ottona Rhino.

Spojrzałem na wypchaną gotówką kopertę, którą wręczyła mi Daria. Było w niej więcej zieleniny niż na poletku kapusty.

Trochę szmalu i jeden nowy wróg. Nie źle jak na noc pracy.

– Jack Daniels? – rzucił Duffy drąc papierową podstawkę do piwa.

– Innym razem. Dziś dam się skuć anyżkowej królowej. Nalej mi kolejkę Absyntu – odpowiedziałem idąc w stronę baru – Mówią, że rozpala duszę.

 

KONIEC

 

Transakcja – Nick Sweeney (przeł. Aleksandra Guzik)

Witek Galicki nie mógł tego wieczoru nazwać sukcesem. Kobieta uśmiechnęła się w sposób, który można by wziąć za zachętę, ale Witek zsunął się z niej delikatnie i uniósł rękę w przepraszającym geście. Odwrócił się tyłem i przysiadł na brzegu łóżka. „Nieudana transakcja” pomyślał.

–  Przykro mi – powiedział.

Miała na imię Magda. Witek usłyszał, jak mówi:

–  Nie przejmuj się, zdarza się przecież. – Usiadła obok niego, otoczyła ramieniem i skierowała palec w dół. – Jeśli chcesz, mogę… no wiesz.

– Och… nie trzeba, dziękuję. – Rozumiał, że kobieta czuje się w obowiązku zrealizować swoje usługi na warunkach, jakie ustalili. Prowadziła interesy, tak jak on. – To miłe z twojej strony, ale…

Jeszcze zanim skończył, Magda zawinęła się w szlafrok i wstała. Witek zaczął się ubierać. W biznesie wszyscy czasem dokonywali nieudanych transakcji, powiedział do siebie. Po prostu trzeba to spisać na straty i w przyszłości być mądrzejszym – albo raczej mieć więcej szczęścia.

Czasem nie wiedział, czy posiada którekolwiek z nich – mądrość lub szczęście, dopóki jakaś pełna znaczenia chwila, zrozpaczona twarz albo pechowiec ze swoją smutną historią nie przypomniały mu, że tak naprawdę ma przecież i to, i to.

Magda stała w drzwiach łazienki, wycierając twarz.

– Zdarza się – powtórzyła, a Witka pocieszyły te słowa, tak jak późniejsze zaproszenie do wspólnego wypicia kawy. Zastanawiał się, czy nie jest trochę za późno na kawę, ale ona uznała jego wahanie za brak pewności siebie. Wskazała głową w stronę kuchni. – I tak sama miałam się napić.

Zaproszenie było nowością. Miało ogromne znaczenie albo może nie znaczyło nic, ale Witek z zadowoleniem je przyjął. Zaczął wiązać krawat, potem go zwinął i spakował do swojej aktówki.

Podszedł do okna, obserwował śnieg osadzający się na ulicy, która omijała tory kolejowe i prowadziła do białostockiej stacji. Pojawił się grubo ubrany mężczyzna i odcisnął za sobą na śniegu ślady zimowych butów. Niedługo granicę przekroczy pierwszy pociąg z Białorusi. Wypluje z siebie handlarzy – cali obładowani będą brnąć przez miasto, żeby rozstawić stoisko z pierdołami na sprzedaż. Witek podziwiał, z jakim hartem ducha próbowali wyrwać drobniaki z gwałtownie rozwijającej się dookoła gospodarki kapitalistycznej. Oni też byli biznesmenami, nie zapominał o tym.

Taka była natura granicy – miejsca pojawiania się znikania. Granice powinny ucieleśniać wolność, otwartą przestrzeń, a mimo to były pod nadzorem, miały w sobie coś klaustrofobicznego. Symbolizowały możliwości, a jednak ludzie byli na nich przetrzymywani, obrażani, przeszukiwani, bici, pozbawiało się ich narodowości, strzelano do nich – a te ich przebłyski wolności stawały się tak samo krótkotrwałe jak ślady butów, co  znikają pod świeżym śniegiem.

Witek odwrócił się i zobaczył, jak Magda stawia na stole tacę: kawiarka, połyskujące łyżeczki, dzbanek z mlekiem, filiżanki i spodki z zastawy, którą nie pogardziłaby jego babcia, oraz ciastka. Usiadł obok niej na kanapie i powiedział pod nosem:

– O, jak miło.

Następnie oddali się zwyczajowemu rytuałowi – spytała, jaką kawę sobie życzy, ale całe te ceregiele poszły na marne, kiedy nie mogąc uchwycić absurdalnie małego uchwytu, niezgrabnie uniosła dzbanuszek i rozlała mleko po całej tacy.

Powiedział Magdzie, że obiło mu się o uszy, że zachodni biznesmeni pili kawę czarną, niesłodzoną. Dał radę przestrzegać tego zwyczaju – z wykrzywioną twarzą – równo tydzień. Oboje zaśmiali się z tego, jak podatny na sugestie był kiedyś Witek.

– To… ładny pokój – powiedział Witek. – W sensie, urządziłaś go… ładnie. Czuć spokój. – Podobało mu się, że zapaliła lampy, które miały klosze w pastelowych odcieniach – te w rogach otulały pokój delikatną poświatą. W tym temacie był ekspertem, widział już wiele kobiecych pokoi. Z zaskoczeniem odkrył, że opowiada jej, dlaczego tak się stało: że w związku z pracą żył w ciągłym ruchu, nie spotkał jeszcze odpowiedniej kobiety, w której mógłby się zakochać i później się z nią ożenić, i że – w głębi duszy będąc staroświeckim chłopcem – czekał, aż dostanie awans i odłoży trochę pieniędzy. „Co innego miałbym robić w międzyczasie?”, taka była jego odpowiedź na wyimaginowane oskarżenia. „Żyć w celibacie?”. Tak było lepiej, nie musiał zostawiać na długie tygodnie żadnej dziewczyny, której właściwie i tak nie zależało, nie było żadnych obustronnych podejrzeń o nieuczciwość.

– Jesteś szczery wobec siebie. – Magda objęła go ramieniem. – Każdy może być szczery wobec innych – powiedziała. – Najtrudniej być szczerym wobec samego siebie.

Witek nigdy nie patrzył na to z tej strony. Uświadomił sobie, że to prawda. Zgodzili się, że w tym skorumpowanym świecie, który ich otaczał, nie ceniono szczerości. Wolny rynek nie wynagradzał ani ciężkiej pracy, ani szczerości: wraz z nadejściem kapitalizmu w dawnym bloku komunistycznym zazdrość rozeszła się jak zaraza, zmieniła społeczeństwo w bezdusznych poszukiwaczy złota. Oboje zgodzili się, że wyrośnie z tego pokolenie, które w ogóle nie będzie znało życia.

– A więc komunizm pomagał w budowaniu charakteru? – Oboje skwitowali to śmiechem, a jednak odkryli, że tkwi w tym pewna ponura logika. – Tak jak te angielskie szkoły prywatne?

Ich śmiech ucichł i Witek spytał:

– Mieszkasz sama?

– Tak. – Drobna zmiana w wyrazie jej twarzy zdradziła nagłą czujność. – A co?

– Nie masz… – Chciał to wiedzieć jedynie z zawodowego punktu widzenia. Zastanawiał się, jak to ująć. – Żadnego… chłopaka?

– Nie powinno się pytać kobiet o takie rzeczy. – To był lekki afront. – Ale jestem za stara, żeby mieć chłopaka.

Kiedyś w gdyńskim porcie Witek widział ich w oddali, niedaleko starego posterunku celnego, gdzie zbierały się dziewczyny. Akurat podrzucał tam z powrotem jedną z nich, kiedy niski, chudy mężczyzna w zapinanej na zamek błyskawiczny skórzanej kurtce wetknął głowę przez okno samochodu Witka, jak gdyby był panem i władcą, wyszczerzył zęby w uśmiechu, po czym zapytał:

– Dobrze się pan bawił?

Witek wyczuł szyderczą nutę w tym pytaniu i zastanowił się nad odpowiedzią.

– Jaka była? – nie ustępował mężczyzna. – Dobra?

Co właściwie mógł na takie coś odpowiedzieć dobrze wychowany gość, jakim był Witek? Nawet alfonsi mają jakąś kontrolę jakości. Witkowi nawet się to spodobało, ale zaraz potem miał próbkę tego, jak pilnuje się tej jakości – błysnęła uniesiona pięść. Przelotne spojrzenie na dziewczynę ujawniło nawet więcej niż jego zbliżenie z nią: chuda istotka, z oczami szeroko otwartymi z przerażenia.

Bardzo dobra – powiedział bez emocji. Niewiele myśląc, uniósł kciuk do góry i uśmiechnął się głupkowato. – O tak. Najlepsza.

Odjechał, zatrzymał się za rogiem. Siedział, cały się trzęsąc. Zastanawiał się, czy wywołał odpowiednie wrażenie. Walczył ze sobą, żeby nie pojechać z powrotem i nie zaprosić tej samej dziewczyny na kolejny wieczór, ale uświadomił sobie, że to niemożliwe – następnego dnia miał być na spotkaniu w Olsztynie, to za daleko, a poza tym… raz w tygodniu, taka była jego żelazna zasada. Zapewnił siebie samego, że na pewno by ją wyratował, gdyby nie to, że wzywały go flipcharty w Olsztynie.

– Dobrze jest nie pracować… w detalu – powiedział do Magdy. – W sensie wyeliminować pośredników. Ale jak się ich pozbyć? – zastanawiał się. – Tych facetów, tych… alfonsów? – Pozwolił słowom zawisnąć w powietrzu, żeby zobaczyć, czy Magda się zgadza. Poczekał na potwierdzenie, nim kontynuował: – Jak trzymać ich z dala od siebie?

– Nie ma żadnej złotej rady – powiedziała po chwili namysłu. – Mam czterdzieści lat – przyznała. – I kiedy ma się tyle lat co ja, uznają, że tylko stwarzasz problemy, bo przemija twoja młodość i łatwowierność, nie dajesz już sobą pomiatać. Wtedy znajdujesz własne miejsce, chociaż musisz oczywiście uważać na miejscówki innych dziewczyn i jak kilka z nich uzna, że cię nie lubią, to nie masz innego wyjścia i musisz się zmywać. A czasami zyskujesz reputację i szacunek wśród innych dziewczyn i się odczepiają albo nie wchodzą ci w paradę.

– Ale jak zyskać reputację?

Dla Witka to była najtrudniejsza rzecz na świecie: próbował to osiągnąć od czasu ostatnich dwóch lat liceum, kiedy to postanowił – tak po prostu, pozostawiając za sobą śląskie miasto górnicze, pokryty sadzą dom i rodzinę – że osiągnie sukces w świecie biznesu, że będzie się o nim mówiło i ludzie będą go cytowali.

– Cóż. – Magda obdarzyła Witka długim i intensywnym spojrzeniem. Poczuł, że magiczna bańka prysła, jej muzyka ucichła. – Opowiem ci, jak tego dokonała jedna dziewczyna, o której słyszałam. – Wyciągnęła zegarek z kieszeni szlafroka, chwyciła go niezręcznie, zerknęła na niego i ziewnęła. – A potem serio musimy… iść do łóżka. – Magda zaśmiała się, Witek też. Zegarek wysmyknął się jej między palcami. Oboje rzucili się, żeby go złapać, ale bez powodzenia.

– No dobra, czyli jakaś dziewczyna – podpowiedział Witek.

– Tak. Dziewczyna z… Mińska. – Wskazała głową okno, miała na myśli linię kolejową, granicę, wschód. – Miała alfonsa, to był zły człowiek. To zawsze są źli ludzie. – Nakreśliła Witkowi ich obraz: zabawni – często, czarujący – zawsze, łagodni – czasami, ale to były tylko tymczasowe role, które odgrywali. Tak naprawdę byli źli. – A ona była jego ulubienicą, co oznaczało, że mogła zamieszkać z nim w jego wielkim domu z trzema piętrami i ogrodem warzywnym. Ale zaczęło do niej docierać, że to nie będzie trwało wiecznie.

Opowiedziała o dziewczynie, że miała rodziców, którzy pili i się kłócili, znikali i wracali, bo raz im się powodziło, raz nie, a ich wiara w trwałość różnych rzeczy zawsze była nadszarpywana. Na kilka chwil Witek ujrzał ją w myślach.

– Próbowała sobie wmówić, że to tylko jej paranoja – mówiła dalej Magda. – Ale na horyzoncie pojawiła się nowa ulubienica.

Dziewczyna młodsza, ładniejsza, przesiadywała tam wczesnymi wieczorami, zaraz przed nocnymi obowiązkami, a czasami zostawała aż do ich końca. Dziewczyna, której radosny śmiech można było czasem usłyszeć z ciemnych schodów. A pewnego ranka ta nowa, świeża i młodziutka, pojawiła się przy śniadaniu – taka jasnooka i rozrywkowa, niewinna i czarująca.

– Widziała, dokąd to wszystko zmierza – powiedziała Magda. – Zresztą pamiętała, że dokładnie tak samo było z nią, kiedy stała się ulubienicą i w identyczny sposób ona sama wyeliminowała wcześniejszą ulubienicę.

I ta dziewczyna wiedziała, że niedługo zostanie wyrzucona z wielkiego domu. Że będzie mieszkała w paskudnym pokoju we wspólnym domu, tak jak reszta. Ale to wszystko przecież zostawiła za sobą: całe to życie, malutkie pokoje, wspólną kuchenkę, która nigdy nie działała tak, jak należy, kolejki do łazienki, umywalki usiane kropelkami kosmetyków do makijażu, smród kanalizacji. Nigdy nie mieszkała w miejscu, które by miało tyle przestrzeni i światła ile ten wielki dom, nigdy nie miała ogrodu – miejsca, gdzie można odetchnąć świeżym powietrzem, spojrzeć na wszystko z innej perspektywy.

Pewnego dnia wcześnie rano stała w ogrodzie i myślała o tym, co ją czeka. Wiedziała, że powinna podejść do tego dojrzale. Magda opowiadała dalej:

– To powinna być piękna pora roku. A ona stała w ogrodzie przy grządkach truskawkowych i opanowało ją coś w rodzaju… szaleństwa.

– Szaleństwo – wyszeptał Witek. Nie potrafił sobie wyobrazić szaleństwa. Pochodził ze świata, w którym wszystko było spokojne, uporządkowane, ułożone w podpunktach – bezpiecznie nudne.

Magda pokiwała głową.

– Szaleństwo. Jednej nocy między nią a alfonsem wywiązała się… ostra kłótnia o jego nową ulubienicę.

Oszczędziła Witkowi szczegółów, ale zrozumiał, że mężczyzna poharatał twarz dziewczyny masywnymi pierścieniami, które nosił na palcach. Połamał jej też kilka zębów. I kiedy tak leżała na podłodze, krztusząc się własną krwią, on stanął nad nią. Rzucił jej kilka banknotów. Powiedział, że ma sobie zrobić nowe zęby, jeśli chce dalej pracować.

– Widzisz, nawet nazewnictwo się zmieniło.

– Jakie nazewnictwo?

– Do tamtej pory udawał, że nie pracowała dla niego – była jego ulubionym najdroższym kochaniem serduszkiem kwiatuszkiem, nie pracownicą, który od czasu do czasu wyświadczał słodką przysługę jemu czy któremuś z jego kolegów.

Magda dokładnie opowiedziała o tym, jak dziewczyna siedziała w fotelu u dentysty bezbronna, zraniona. Na Białorusi było tak jak w Polsce – ludzie nie dostawali znieczulenia, było go mało i dużo kosztowało, ale jej zęby były w tak tragicznym stanie, że lekarz poradził, by jednak je wzięła. Obserwowała go uważnie, jak gromadził przedmioty potrzebne do tej procedury. Zrobił jej kilka zastrzyków.

– A potem poszedł na papierosa i czekał, aż znieczulenie zacznie działać.

– Nienawidzę znieczuleń – powiedział Witek. – Chyba wolałem, jak ich nie było.

Uśmiechnęła się, nie do końca przekonana jego zapewnieniem, przynajmniej tak to odczuł, a po czym kontynuowała:

– Kiedy dentysta wyszedł na papierosa, dziewczyna wstała z krzesła i schowała do kieszeni strzykawkę i kilka ampułek nowokainy.

– Co?

– A potem dentysta wrócił i zrobił jej zęby.

– Ale czekaj, co? Ukradła środek znieczulający? Po co?

– Powiem ci. – Magda pokiwała głową. – Wyszła od dentysty i szła przed siebie, żeby zabić czas.

Witek znów widział ją, jak podąża ulicami Mińska otumaniona działającym jeszcze znieczuleniem, ze zdrętwiałymi ustami, z poczuciem, że już wszystkiego ma dość. Minęła szkołę, do której chodziła jako dziecko, potem blok, w którym kiedyś mieszkała, zatrzymała się przy podejrzanie wyglądającym placu zabaw – kiedyś bała się tych zardzewiałych drabinek, betonowych zwierząt i chamskich chłopców. Zaszła do apteki, kupiła bandaż i środek dezynfekujący.

– Ale znacznie później, kiedy już się ściemniło, wróciła do wielkiego domu.

Szkicując kolejne obrazy, Magda opowiedziała, jak dziewczyna bezszelestnie przeprawia się przez ciemność wielkiego domu. Jej mężczyzna był na górze, spał ze swoją nową ulubienicą.

– Złamała ampułkę z nowokainą – powiedziała Magda.

– Och. Dlaczego ona…

– Napełniła strzykawkę, po czym – domyślasz się, co zrobiła?

– Podkradła się na górę – powiedział automatycznie Witek. – I dźgnęła go strzykawką.

–  I co by jej to dało? – odparła Magda, zabrzmiało to jednak uprzejmie. – Nie. Poszła do kuchni i wzięła najostrzejszy nóż, jaki udało jej się znaleźć. Potem poszła do łazienki. – Witek znów oczami wyobraźni widział ją, widział, jak uspokaja oddech i trzęsące ręce, pozwala oczom przyzwyczaić się do ciemności, dostrzega muszlę, najpierw tylko jej połysk, a później całą. – Wstrzyknęła środek znieczulający w palec i tak samo jak u dentysty czekała, aż zacznie działać. Jej serce zatrzymywało się za każdym razem, kiedy na zewnątrz liść wiązu zadrapał w szybę. Wiesz, co zrobiła później?

– Nie. – Witek czuł, jak jego własne serce mocno bije, ale nic nie przyszło mu do głowy. – Nie wiem, co?

– Odcięła sobie palca.

– Co! Ale czemu, po co miałaby coś takiego zrobić?

Bardzo ostrożnie dziewczyna wycisnęła krew na stary mosiężny kran przy wannie, potem na pęknięcia w kafelkach na podłodze i na fugi, gdzie cement już się zdarł. Była bardzo uważna, żeby zostawić po sobie tylko ślad. Trochę większą niespodziankę zostawiła pod wanną pomiędzy odchodami myszy i martwymi owadami – rozpryskała krew w kurzu. Z szafki w łazience wyciągnęła ręcznik i zatamowała nim krew. Na zmianę upuszczała trochę krwi i tamowała, upuszczała i tamowała. Wtedy wyjęła środek odkażający i bandaż i opatrzyła sobie rękę. Wytarła nóż ręcznikiem i zwinęła je razem w rulon, po czym położyła gdzieś na tyłach szafki w łazience. Podkradła się po schodach w dół i wyszła do ogrodu.

– Ogród – powtórzył Witem z pewnym ożywieniem. – Ogród, gdzie na świeżym powietrzu była szczęśliwa i z dala od wścibskich spojrzeń. To co ona tam zrobiła?

– Z dala od wścibskich spojrzeń – powtórzyła Magda – zaraz przy końcu grządki z truskawkami urządziła swojemu palcu godny pochówek w płytkim grobie.

– I ten palec. – Witek prawie zdążył o nim zapomnieć. – Ale to wszystko jest nienormalne. Po co ona to zrobiła? Ktoś się jej kiedyś spytał?

– Na pewno nie w Mińsku. Już nigdy nie pokazała się w Mińsku.

– Po prostu zniknęła. – Witek potrząsnął głową. – Ale czekaj. – Czegoś nie rozumiał. Robienie absurdalnych rzeczy, a potem znikanie wcale nie wydawało się idealną receptą na zyskanie reputacji.

– To jeszcze nie koniec historii – powiedziała Magda.

Zaraz następnego dnia rano w wielkim domu zaroiło się od policji. Alfons był trochę rozbawiony, a trochę zły. Już chciał ich opłacić, tak jak to zwykle robił, kiedy powiedzieli, o co chodzi: dostali cynk, że zabił jedną ze swoich dziewczyn. W odpowiedzi wyciągnął jedną ze swoich ksiąg rachunkowych i pokazał, ile jedna dziewczyna zarabiała tygodniowo – tylko idiota by taką zabił. Spytali, czy mogą przeszukać dom. „Zapraszam”, odpowiedział.

– I wiesz co? – odezwała się Magda. – To były ostatnie słowa, jakie wypowiedział z uśmiechem na twarzy.

Bo chociaż nie znaleziono ciała, policja miała informację na temat jej grupy krwi w kartotece i ta grupa zgadzała się z krwią, która była w łazience, na nożu i ręczniku. To nie wystarczyło, ale w aktach mieli też jej odciski palców. Kiedy znaleźli palec w ogrodzie, mieli do mężczyzny dużo pytań.

– Dali mu dziesięć lat – powiedziała. – Widocznie tyle jest warte życie kobiety. Ale jakoś po roku już był martwy, zadźgali go nożem podczas kłótni o tytoń czy coś tam.

– Boże… – powiedział Witek.

– I w taki sposób, mój przyjacielu, pewna dziewczyna zyskała reputację.

Witkowi podobało się, że nazwała go przyjacielem. Rozbawiła go ta myśl. Kiedy uniósł wzrok, ona już stała, mówiąc:

– Słyszysz to?

Stali, nasłuchując.

– Pociąg z Grodna – powiedziała. – Jest tak późno, że wcześnie. Słuchaj. – Położyła mu rękę na ramieniu. – Może przyjdziesz do mnie jeszcze?

– Chciałbym. – Mówił poważnie.

– Ja też. – Odprowadziła go do drzwi. – Niedokończone biznesy to takie… rozczarowanie.

– Dokończymy następnym razem – obiecał Witek. – Ale słuchaj. – Stanął w progu jej mieszkania i ściszył głos ze względu na sąsiadów. – Mówiłaś, że tej dziewczyny już nikt nigdy nie widział w Mińsku. Co się z nią stało, gdzie poszła? Wiesz coś?

– Nie. Inne miasto? – Pokazała rząd idealnych zębów w szerokim uśmiechu, którym już na początku przyciągnęła jego zainteresowanie. – Może uprawia kapustę gdzieś na wsi.

– Albo truskawki – odparł Witek.

Nachyliła się i pocałowała go w oba policzki. To był dla niego zaszczyt – pamiętał, że jest jej przyjacielem.

– Truskawki. – Z jakiegoś powodu twarz Magdy pojaśniała na ten pomysł. – Tak, nawet lepiej. Może uprawia truskawki.

Kilka godzin później tego samego poranka obudził się w swoim pokoju hotelowym i nie mógł się oprzeć wrażeniu, że czuje zapach truskawek. Trwało to tak krótko, że zdało mu się, że wyobraził sobie nawet tę halucynację i przez moment był podwójnie zdezorientowany. Wstał, poszedł do toalety. Na zewnątrz drzewa uwolniły się od masy śniegu, którego napadało tak dużo, że spadł na ziemię, a lekkie teraz gałęzie uderzały liśćmi w szybę, sprawiając za każdym razem, że podskakiwał ze strachu. Możliwe, że Magda wymyśliła niektóre rzeczy – na przykład miejsce pochówku, o tej grządce truskawkowej mogła przeczytać w jakiejś gazecie – ale na pewno nie to, co powiedziała o liściach na oknie w łazience.

Niedługo po tym Witek dostał awans, zakończył się etap życia w ciągłym ruchu, znalazł dziewczynę, ustatkował się. Nigdy więcej nie spotkał się z Magdą, ale czasem łapał się na tym, że próbuje wyobrazić sobie jej dłonie – nie jakie były delikatne czy eleganckie, zgrabne czy miękkie, ale – absurdalnie – to, że są kompletne. Nie potrafił przywołać ich widoku. Zapominał o nich, zawsze udawało mu się wyrzucić je z pamięci, aż przychodził taki moment, że stał samotnie w jakiejś ciemnej łazience i podskakiwał na dźwięk liści obijających się o szybę okna.

Czeka, by porwać cię w dal – Jason Michel (tłum. Martyna Bohdanowicz)

Ciemność.

Jasność.

Mężczyzna mruga pięć razy. Pierwsze dwa razy powoli, z wysiłkiem. Trzy kolejne szybko. Jego oczy przyzwyczajają się do światła w pokoju. Nie słonecznego. Słońce jest już daleko, daleko stąd. Od starego, wytartego drewnianego stołu obok bije odór wilgoci. Naturalny aromat rozkładu.

Zdjąłem mu opaskę z oczu. Zdzieliłem przez głowę mokrą ścierą — starym ręcznikiem kuchennym. Na kwiatowym wzorku pojawiają się wilgotne plamy. I jeszcze raz, tak na wszelki wypadek. Teraz widzi nas przez łzy piekące jego i tak wodniste oczy. Widzi nas i nie tyle wydycha powietrze, co wyrzuca je z płuc. Jakby ktoś rąbnął go w żołądek. Mocno. Pięść prosto w splot słoneczny. Na nasz widok wyrzuca całe powietrze z płuc, co do ostatniej molekuły.

Ludzie muszą się nauczyć, jak prawidłowo oddychać.

Nie, serio.

Bo jak inaczej buddyjski mnich miałby w sobie na tyle spokoju, aby samemu oblać się parafiną?

Zaprószyć iskrę w akcie samospalenia.

To wszystko kwestia oddechu, przyjacielu.

Wyobraź sobie, czego ty sam mógłbyś dokonać.

Ja wyobrażam sobie, że wdycham powietrze delikatnie i głęboko. Z kąta pokoju biorę kanister z benzyną. Otwieram go. Oblewam zawartością człowieka, którego mam przed sobą. Benzyna ścieka po jego twarzy, oślepia go. Z kieszeni wyciągam żółtą zapalniczkę. Mężczyzna krzyczy. Kliknięcie, zgrzyt, fuch!

Ale nie.

Nie robię tego. To byłoby niesprawiedliwe. Tylko sobie wyobrażam. Nie jestem szaleńcem. Potrafię oddzielić moje myśli i pragnienia od czynów.

Ale pomarzyć można, prawda?

Czy w dzisiejszych czasach jest to jeszcze dozwolone?

***

Mężczyzna rozgląda się po pokoju. Jest nagi. Przywiązany do krzesła. Jego głowa drga, wzrok miota się między wyjściem a obecnymi w pokoju. Bełkoczący zestresowany kurczak puszczający wiatry. Widzi nas wszystkich: ubranych od stóp do głów na czarno i uzbrojonych w sprzęt wojskowy, glany, kominiarki i gogle na głowach, a w rękach kije, klucze do opon i pistolet do tatuażu. Widzi akumulator samochodowy i wtyczki. Fluorescencyjnie zielone ściany szopy. Zdjęcia na ścianach. Płonący mnisi buddyjscy. Tortury w więzieniu Guantanamo. Nadzy mężczyźni usmarowani gównem i przywiązani do łóżek. Wleczeni po ziemi za szyję jak zwierzęta. Gułagi z sowieckiej utopii Stalina. Są tutaj tylko po to, żeby zbudować atmosferę. Aby nadać pomieszczeniu odpowiedniego klimatu. Na pokaz. Nawet rytuał tortury domaga się odrobiny teatralności.

Przeszedł w tryb „walcz lub uciekaj”. Widać to po tym, jak się szamocze. Gdyby przestał i wziął głęboki oddech, zrozumiałby, że liny są zbyt ciasno przywiązane do krzesła i im bardziej się szarpie, tym większą robi sobie krzywdę. Powróz trze spękaną skórę, żółtawa powłoka ustępuje miejsca różowemu mięsu. Kostki. Nadgarstki. Nie jestem miłośnikiem niepotrzebnego znęcania się nad zwierzętami. Robimy tylko to, co konieczne. A ja jestem miłosierny. Naprawdę. Nie sprawia mi to przyjemności. Tylko smutek. Człowiek, którego przed sobą widzę, jest jednym wielkim rozczarowaniem.

Wiem, że krew odpływa z jego penisa. Wiem, że jego zwieracze pulsują. Wiem, że prawdopodobnie się posika. W powietrzu czuć jego strach. I to nie żadna ograna metafora. To pot, który się z niego leje. Gość śmierdzi. Fizycznie, psychicznie i duchowo. Śmierdziel. Fuj, fuj.

Zaczyna krzyczeć i zawodzić. Odgłosy, które wydaje jego wyschnięte gardło, są słowami. Nierozpoznawalnymi. Razem nie tworzą najmniejszego sensu. Reaguje pojedynczymi słowami, nie zdaniami. Mnóstwo plozji. Mnóstwo k i t. Wypluwa je z siebie. Niektórzy utrzymują, że używanie brzydkich słów, takich jak te, świadczy o ograniczonym zasobie słownictwa. A ja się z tym, kurwa, nie zgadzam. Wszystko zależy od sytuacji. Moim zdaniem akurat ten gość ma bardzo dobry powód, żeby w tym kontekście ciskać wiązankami. Tak czy siak, nikt go nie słyszy. Nikogo nie obrazi. Nie tutaj. Nie w tej szopie. Nie wie, że w promieniu wielu mil stąd nie ma absolutnie nikogo. Tylko drzewa, pola i króliki.

Stoimy w miejscu.

Nikt nie mruga.

Nikt nie spuszcza z niego wzroku.

***

Tortury psychologiczne są na dłuższą metę o wiele wydajniejsze od ich fizycznego odpowiednika. Stosowny dobór metod pozostawia na psychice blizny, których nie da się uleczyć do końca życia. Potrafi zmienić potwory w rozdygotane króliczki.

Panikuje tak, jak panikowali przy nim inni. Potok słów staje się bulgocącym strumykiem sylab wylewających się z przesuszonego gardła. Widzi, jak jego króliczek kica w jego stronę. Nikt się nie poruszył. Zwyczajnie stoimy i patrzymy na niego przez otwory w kominiarkach. To właśnie ten zastój stopniowo go wyniszcza. On sam jest brutalem. Preferuje gwałtowne działanie. Nigdy nie chwycił za papier i pióro, aby stworzyć wiersz czy piosenkę. Swoje sonety pisał krwią innych ludzi na kartach ich kruchej psychiki. Jego dzieła zebrane były w obumarłych fragmentach jaźni tych, którzy nie wyrządzili mu osobiście żadnej krzywdy. Podjęli tylko głupie decyzje i zadłużyli się u niewłaściwego człowieka — jego szefa. Te fragmenty były ich siłą, ciepłem, nadzieją. Wywlekał wspomnienia i uczucia. Rozkładał je przed sobą, nagie i bezbronne. Teraz zabierzemy mu ich odpowiednik. Wyciągniemy z jego umysłu, choćby zapierał się rękoma i nogami.

Różowiutki nosek jego króliczka drży.

Języczek zwilża malutkie łapki.

Ogonek podryguje.

Wielu ludzi mówi, że ten czy tamten zasługuje na śmierć. Może tak, a może nie. To taka subiektywna sprawa. W przypadku tego konkretnego człowieka, przynajmniej moim zdaniem: nie. Zasługuje, by żyć. Żyć i pamiętać. Być znakiem. Komunikatem dla swojego szefa i innych. Kiedyś mówiono o nim rekin, ale kiedy z nim skończymy, narobi w pieluchy nawet na widok delfina.

Albo króliczka.

Możemy czekać godzinami, podczas gdy on będzie się pocił, zaklinał i błagał o litość. Cierpliwość jest cnotą, jak mawiał mój ojciec. Choć z drugiej strony równie dużo pierdolił od rzeczy. Cierpliwość jest cnotą jedynie wtedy, gdy, jak na cnotę przystało, dobrze ci służy.

Czyż nie?

***

Facet nazywa się Ronald James Davis. Przyjaciele, wrogowie i ofiary znają go jako Davo. Młodość spędził, zataczając się od jednego wykroczenia do drugiego. Wiem, nic godnego uwagi. Kiedy byłem młodzikiem, zdarzały mi się podobne rzeczy. Coś tam zwędziłem, coś tam zniszczyłem. Z tą różnicą, że on nigdy nie przestał. Taką wybrał sobie drogę w życiu. A z każdym krokiem było na niej coraz więcej przemocy. Wraz z jej nasileniem rosła też jego reputacja.

Załapał się na bramkarza w lokalnym klubie bilardowym. Uderzenia bili w kolorze dymu. Kule rozpryskujące się po oświetlonym, zielonym firmamencie. Idealne miejsce dla kogoś pokroju Davo. Idealna okazja na zetknięcie się z typami spod ciemnej gwiazdy. Cały ten pokątny handel narkotykami. Prowokowane kłótnie, w trakcie których nie raz trzaskało szkło. Wszyscy ci drobni kanciarze, szpanujący na wyrost swoimi eskapadami. Obserwujący, jak bez powodu nokautuje bogu ducha winnych graczy jednym strzałem z dyni i ugruntowuje swoją reputację człowieka agresywnie szukającego zaczepki. Wszystkie te tanie, tępawe dziewczyny z blokowisk, kręcące się wokół w oczekiwaniu na szybkie rżnięcie w kiblu. Aż je pazurki świerzbiły, żeby wbić się w jakiegoś niebezpiecznego gacha. Wreszcie zostać kimś w tym zaplutym kącie wszechświata. I spędzić resztę życia, żałując.

Naczelny bękart w oświetlonym jarzeniówkami królestwie.

Po drobnych starciach z prawem i odsłużonych pracach społecznych trafił wreszcie na półtora roku do pierdla za ciężkie uszkodzenie ciała. To właśnie po tym wydarzeniu zaczął być znany jako zakapior do wynajęcia. Każdy męt mógł wykupić jego usługi. Byle szmaciarz, który miał na zbyciu kilka funtów i robotę, której sam albo się bał, albo był na nią za mądry. Kiedy nie chciałeś pobrudzić sobie rąk, przychodziła kolej na Davo.

Wymuszenia. Spłaty długów. Udzielenie komuś „lekcji”. Zastraszanie. Davo znał się na tym jak mało kto. To właśnie wtedy wpadł w oko swojemu obecnemu szefowi.

Do którego adresowany jest nasz liścik miłosny.

Nadal czekamy.

***

Możliwe, że dręczy was pytanie: skąd wiem aż tyle o naszym drogim Davo? Wszystko jest w jego papierach więziennych, raporcie psychologa i dokumentach z aresztu. Eksperci nabazgrali swoje notatki i sprawili, że stały się rzeczywistością.

Teraz przerzucił się na groźby. Zaczął od klasyków. Znajdzie nas. Będziemy cierpieć. Nasze rodziny będą cierpieć, a domy wypali do gołej ziemi. Nasze dzieci potnie rozbitym szkłem. Nie będziemy mieli gdzie się ukryć. Słodka naiwności! Kto by pomyślał. Kto by pomyślał, że w takiej sytuacji będzie nadal uważał, że może nam grozić. Co za bezpretensjonalna, zwierzęca głupota. Sprawia, że niemal ci go żal. Mały króliczek złapany we wnyki. Nie ma pojęcia, z czym przyjdzie mu się zmierzyć, gdy któreś z nas wreszcie się poruszy. Naprawdę powinien sobie darować te groźby.

Teraz z kolei dostrzega absurd, jaki faktycznie sobą przedstawiamy. Zanosi się śmiechem, obrażając nas i plując dookoła. Dowcipkuje. Dostrzega komizm całej sytuacji. Jego reakcja nie jest odosobnionym przypadkiem.

Oni wszyscy nadal uważają, że działamy w obrębie prawa. Że nic, co zrobimy, nie będzie miało na nich wpływu. Mylą się. Nie dostrzegają faktów. A fakty są takie, że to oni są bezsilni. Poświęcili całe swoje życie na gromadzenie wpływów. To oni zawsze dominowali. Dzięki sile, bo kto ma siłę, ten ma rację. Tak działa świat. Przynajmniej według nich. Dlatego właśnie śmieją się, ale to jedyne, co są w stanie zrobić. Wielu z nich tak ma. To ich własna wersja modelu Küblera–Rossa. Pięć stadiów żałoby. Zaprzeczenie, gniew i tak dalej. Zaczynam uśmiechać się razem z nim. Nazywam to trybem Chuligańskiej Akceptacji Tortury, w skrócie trybem CHAT.

Szok. „Walcz lub uciekaj”. Groźby. Kpina.

Może któregoś dnia napiszę o tym książkę.

Nadszedł ten moment.

Króliczek puka do drzwi.

„Wpuść mnie”, szepcze.

Ktoś po mojej prawej wykonuje ruch.

Startujemy jak jeden organizm.

Naciskam przycisk wieży stereo, która gra Magical Mystery Tour, na pętli, bardzo głośno. Zakładamy nasze słuchawki przemysłowe. Wybraliśmy ten album wierząc, że nasza wspólna nienawiść do Beatlesów doda całej sprawie trochę pikanterii.

Już czas.

Osoba obok mnie sprawdza akumulator samochodu. Iskrzy. Wtyczki zostaną przytwierdzone do fragmentów anatomii Davo, wybranych specjalnie na tę okazję. Wiecie, co mam na myśli.

Mistycznej Podróży już czas.

Ktoś inny patrzy na swój młot. Zastanawia się, którego końca powinien użyć najpierw. Decyzje, decyzje.

Jeszcze inna osoba natłuszcza gigantyczne czarne dildo. Z takich, którymi da się zabić człowieka. Na różne sposoby.

Podróż Magiczna, Mistyczna, już czeka, by porwać cię w dal.

Jest dopiero piątek, żadne z nas nie idzie do pracy aż do poniedziałku rano. Mamy cały weekend, żeby się ze sobą zapoznać. Osobiście, a wręcz intymnie. Nigdy nie zrozumie, dlaczego mu to robimy. Bo nie chcemy żadnych informacji. Nie chcemy przekazać go policji. Nie zrozumie, że to dlatego, że wszyscy ponieśliśmy porażkę. Każdy z nas.

Doczekać nie możesz się.

Jesteśmy przegrani.

Wnet porwie cię.

Króliczek kica dookoła krzesła.

Krąży ze stokrotkami w łapkach.

Chce wpleść mu kwiat we włosy.

Już nie dostrzegam Davo.

Otacza go czerń.

W głowie słyszę głos mojej zmarłej żony.

Śpiewa do mnie.

Dziś mi odpowiedź daj.

A ja zastanawiam się, jak do tego wszystkiego doszło.

 

KONIEC

 

Bio: Jason Michel jest dyktatorem bezpardonowego czasopisma Pulp Metal Magazine oraz scenarzystą i wykonawcą neo-noirowego podcastu, The Black-hearted Beat. Jego najnowsza książka, The Death Of Three Colours, jest dostępna w witrynie Amazon.

Cadillac – Carrie Clevenger (przeł. Antoni Kaja)

Był czwarty czerwca, kiedy cień kierowcy tego cadillaca przesłonił mój próg. Nosił idealnie przylegający do uszu melonik, nieco zmięty ponad brwiami. Miał ze sobą swego rodzaju niewielką metalową walizkę z połyskującym zamkiem, ale to nie jego osoba czy ubiór tak na mnie podziałały. Tylko jego samochód. Ten szary cadillac to było dopiero coś.

Przycupnięty na krawężniku niczym metaliczny ptak drapieżny na gałęzi, spoglądał na mnie gniewnie poprzez cienką siatkę w drzwiach. Chciałem się od niego odciąć. Zaciągnąć zasłony i zejść do piwnicy. Nie odbijało się od niego słońce. Nie rzucał też cienia. Po prostu przykucnął z nosem beztrosko wetkniętym w trawnik oraz zaczątki kolczastych chwastów, których jeszcze nie miałem okazji wyciąć. Zatraciłem się w tej jego szarości, barwie wypalonego starego betonu. Szarości głębszej niż jakakolwiek barwa; odcieniu włazu studzienki na zimę. Powstrzymałem dreszcze.

Przedstawił się jako John. John Wilson. Domyślałem się, że kłamie. Spojrzał ponad moim ramieniem, już pochylając się w drzwiach, a ten szalony samochód zdawał się popierać jego prośbę o użycie mojego telefonu. Zaoferował mi dwudziestopięciocentówkę za pomoc i wbrew sobie przystałem na to. Co innego mogłem zrobić? Wytarłem ręce w kuchenny ręcznik, poluźniłem krawat. Drzwi frontowe zostawiłem otwarte, żeby mieć oko na tego cadillaca, jakby w obawie, że może znienacka pożreć dzieciaki sąsiadów.

John Wilson podczepił jakiś dziwny przyrząd do podstawy mojego telefonu, wykręcił numer, mamrotał coś przez parę sekund do słuchawki, po czym rozłączył się, pozwalając jej od razu z trzaskiem opaść na widełki. Domyśliłem się, że wykręcił zamiejscową, w końcu tak długo obracał tarczą, w kółko i w kółko. Dałbym mu znać, że panują tutaj inne zasady, ale pewnie niewiele by go to obeszło. Nic a nic. Właściwie już miałem otworzyć usta, żeby powiedzieć co o tym myślę, kiedy spostrzegłem cadillaca. Nie był już szary.

O nie, okrył się ładnym, gładkim lakierem barwy szminkowej czerwieni. Zatoczyłem się do tyłu, obracając, żeby uzyskać wyjaśnienie całego tego absurdu, gotów pod byle pretekstem pozbyć się tego mężczyzny z domu, a wraz z nim jego paskudnego dużego auta.

John rozgościł się w kuchni, podziwiając garnki oraz patelnie o miedzianym spodzie, zapalając jednocześnie papierosa. W mojej kuchni. Ja nie paliłem. On też nie powinien, ale byłem już zbyt zahukany. Odszukałem wzrokiem wiszący w korytarzu krucyfiks, mamrocząc do Boga prośbę o to, żeby jeszcze ten jeden, jedyny raz czuwał nade mną, niech będą Mu dzięki, Amen. John Wilson dalej rozkoszował się dymem, tworząc z niego idealne kółka przy każdym wydechu.

– Hej – zacząłem, gdy coś mnie tknęło i spojrzałem znów na cadillaca. Wyszczerzył się do mnie trawiastą zielenią.

– Co do diaska… hej! Ten samochód! – wykrzyknąłem, zaczynając myśleć o tym, dlaczego General Motors miałoby nie reklamować swoich nowych modeli zmieniających barwy. Wtedy mi przygrzmocił. Zatoczyłem się, starając uniknąć ciosu, ale metal zetknął się z kością. Rozłożyło mnie.

Poczułem jak moja czaszka ustępuje pod naciskiem patelnii. Wywróciłem oczami, aby spojrzeć na mężczyznę, który wciąż ściskał ją w ręce; trochę włosów przywarło do powierzchni. Upuścił papierosa na podłogę tuż obok mojej twarzy i zadeptał obcasem. Aż zakręciło mnie w nosie od odoru siarki. To nie był jakiś tam zwyczajny pet. Zadzwonił telefon.

Odebrał go. Spojrzał na mnie z góry.

– Jeszcze raz skorzystam z twojego telefonu. A ty przestań się martwić moją bryką.

W tym momencie straciłem przytomność, a kiedy się ocknąłem, byłem w bagażniku jadącego pojazdu, najpewniej tego cadillaca-kameleona. Nie wiedziałem, gdzie zabiera mnie John Wilson, dlaczego mnie uprowadził albo czy naprawdę tak się nazywa. Nie ma to w sumie teraz większego znaczenia – powiedziałem sam do siebie. – bo ani chybi do ranka będę trupem. Samochód pędził przed siebie przez jakąś godzinę, potem wreszcie się zatrzymał.

Kierowca wysiadł, mogłem dosłyszeć jego kroki na luźnym żwirze. Klucz przekręcił się w zamku bagażnika, klapa poszła w górę i stanąłem oko w oko ze Śmiercią, a nie Johnem Wilsonem.

–  Po prostu musiałeś się wtrynić – Wyciągnął mnie z bagażnika, stawiając na równe nogi.

Śmierć może i świecił nagim czerepem jak na niego przystało, ale jakoś zapomniał zdjąć swój zgnieciony melonik. Wyglądał przez to dość komicznie.

– Tak wlepiałeś gały w moją brykę, że nie mogłem pozwolić żebyś potem kłapał dziobem – Przeszedł na drugą stronę auta.

Chciałem obrócić głowę, ale kiedy próbowałem, w skroń wbiły mi się igiełki bólu. Burknąłem, przenosząc ciężar ciała z potłuczonego biodra.

– Ja… ja nikomu nie pisnąłbym słówka – zapewniłem, chwytając gwałtownie powietrze. Chyba poza rozwaloną czachą miałem też parę złamanych żeber.

– Nie kituj! Widziałem jak główkujesz co z tymi kolorami. Łżesz żebym cię puścił!

Nie zdawałem sobie sprawy, jakim Śmierć jest prostakiem. Było to naprawdę dość żałosne, więc zacząłem się śmiać. Nie przestałem nawet kiedy mnie kopnął. Chyba byłem bliski załamania.

– Nie bój nic. Ten telefon oszczędził mi kolejnych czterech stuleci czynszu – Wzruszył ramionami.

Zamilkłem, zaciekawiony tak dziwnym wytłumaczeniem. A może on mi dziękował.

– Doliczyłem to do rachunku, ale…

Spojrzał w moim kierunku, w pustych oczodołach pełgał ogień.

– Tak, myślę, że wezmę cię do roboty – Sięgnął ku mnie i poczułem jak moje ciało ogarnia chłodny paraliż.

****

Zdjąłem melonik, wchodząc do środka i mijając przysadzistą staruszkę. Miło z jej strony, że pozwoliła mi skorzystać z telefonu, ale już widziałem jak przygląda się mojemu autu. Westchnąłem, wykręcając znany już sobie numer, zdając sobie sprawę, że zanim skończę, ten samochód sprowadzi zgubę na wielu ludzi.

Jakimś cudem Ten Na Górze uznał go za dobry sposób ukarania za nękanie jego chrześcijańskich dziatek. Nie dało się go zakryć. Nie dało się go ukryć. Cholerstwo jaśniało jak zorza polarna.

Stanowił przynętę, przyciągającą tylko dobre dusze. Smakowite dusze. Stałem się piechurem, zbieraczem duchowej esencji, całej tej mocy. Płaciłem w imieniu Belzebuba za wynajem tego cudeńka od Sami-Wiecie-Kogo. Cóż, mimo wszystko bycie uczniem samego Starego Rogacza miało swoje plusy.

Przynajmniej wiem, że gdzieś tam w piekle zarezerwowano dla mnie przytulny kąt.