Category Archives: Aleksandra Guzik

Śnieg, niebo i sosny – Gareth Spark (przeł. Aleksandra Guzik)

Tego dnia, kiedy porwał nas ojciec, padał śnieg – siedziałam w sali lekcyjnej i patrzyłam, jak mokre płatki uderzają w cienką szybę okna, po czym rozpadają się na drobinki lodu. Bębniłam gumową końcówką ołówka o obdrapaną nogę ławki: piętnastoletnia dziewczyna, która czuła, jakby była dwa razy starsza, obserwująca, jak podczas tej jednej lekcji dzień zdążył niemal dobiec końca, a niebo zaczęło powoli tracić swój blask. Sala lekcyjna była mała i śmierdziało w niej tanim dezodorantem, potem i kurzem. Próbowałam słuchać, jak pani Davies prowadzi lekcję o dramacie antycznym. Zerknęła na mnie i – być może dostrzegając mój nieobecny wyraz twarzy – spytała mnie o Medeę.

– Zabiła własne dzieci – powiedziałam, bo akurat to wiedziałam od dawna, to było coś, co utknęło gdzieś w odmętach moich snów, prawdopodobnie przemycone tam przez ojca, który sam był zbyt pochłonięty przez inny świat.

– Ale jak ona mogła? – zapytała pani Davies, odwracając się tyłem do klasy.

To właśnie w tym sennym momencie, kiedy zajęta byłam użalaniem się nad sobą, zauważyłam samochód. Najpierw zobaczyłam światła – przez koronkę śniegu szalejącego w zamieci na końcu drogi przezierał się dziwny pomarańczowy kolor, który zmienił się w dwa punkty przypominające rozbiegane oczy szaleńca, kiedy samochód nie mógł złapać przyczepności na mokrej drodze. Obserwowałam bez emocji, jak auto przedziera się przez błotnistą ulicę. Nie mogłam tego usłyszeć, ale czułam syk opon na roztapiającym się śniegu i lodzie. To wtedy zdałam sobie sprawę, że samochód należy do ojca. Moje odbicie w oknie zmarszczyło brwi. Nie widziałam go od ponad miesiąca, od półtora miesiąca. Na początku, po tym jak rozstał się z mamą sześć miesięcy wcześniej, odwiedzał nas regularnie, ale przestał, kiedy zeszła się z tym nowym facetem. Może nie mógł tego znieść – widzieć ją z kimś innym, chociaż to przecież on miał romans. Wciąż nie wiem, co skłaniało go do robienia tego wszystkiego, co robił.

Obserwowałam, jak auto wpada w lekki poślizg na śniegu, jakby coś popchnęło je z tyłu, zanim silnik przestał pracować. To było rdzawe Volvo – wtedy już raczej wysłużone, ale pamiętam, że było dla niego symbolem sukcesu, którym chełpił się, póki jego szczęście nie wyparowało jak wczorajsze wino. Patrzyłam na masywną sylwetkę mojego ojca, kiedy podnosił się z siedzenia kierowcy – wyglądał, jakby miał na koncie więcej lat niż trzydzieści pięć. Włosy przycięte jak w wojsku zdążyły trochę odrosnąć i zauważyłam, że na brodzie miał nieschludny kilkudniowy zarost. Miał na sobie czarną kurtkę, do której od razu zaczęły się przyczepiać płatki śniegu, i parę niebieskich dżinsów, które wyglądały tak, jakby wcześniej przez dłuższy czas leżały zwinięte w kulkę. Poczułam wstyd, a potem wstyd, że byłam zawstydzona. Otaksował budynek szkoły spojrzeniem zawilgotniałych niebieskich oczu, podczas gdy wiatr rozdmuchiwał jego cienkie czarne włosy, odkrywając zmarszczki na czole. Położył rękę na masce samochodu, by złapać równowagę. W oddali za jego plecami samochody prześlizgiwały się po głównej drodze od miasteczka Pretsby w stronę mroźnej północy. Odwróciłam się w nadziei, że nie zauważył mnie w oknie. Nauczycielka stała przed tablicą, gryzmoląc niebieskim markerem jakieś greckie słowa. Dziewczyny siedzące za mną szepnęły do siebie coś o papierosach, odwróciłam się na moment i zerknęłam na nie, zanim mój wzrok powrócił za okno, które zaczynało pokrywać się parą. Nie widziałam już ojca, jedynie ślady butów na chodniku, które zostawił w zmrożonym śniegu – pod ciężarem świeżego opadu otwierały się jak rany. Uniosłam rękę, ale z początku nauczycielka mnie zignorowała.

– Proszę pani – powiedziałam.

Spojrzała znad swojego długiego nosa.

– Tak?

– Muszę iść do toalety.

Jeden z chłopaków siedzących przede mną parsknął i powiedział coś na ucho swojemu koledze.

– Lekcja prawie się skończyła, Beth, nie możesz wytrzymać tych pięciu minut?

Nie zdążyłam odpowiedzieć. Ktoś mocno zapukał w okienko w drzwiach i pani Davies przeszła do nich przez salę i pociągnęła za klamkę, walcząc z ciężarem. Stał tam mój ojciec. Nawet z drugiego końca sali byłam w stanie wyczuć, że śmierdzi od niego whisky. Spróbował się uśmiechnąć, tak jak robił zawsze, gdy spotykał piękne kobiety, ale teraz jego odbarwione zęby psuły efekt i nauczycielka nieświadomie zrobiła kilka kroków w tył. Uniosła brew.

– W czym mogę pomóc?

– Jestem ojcem Beth, porucznik Heartfield. Przyjechałem, żeby ją stąd zabrać.

– Lekcje trwają jeszcze przez godzinę.

Ojciec zerknął na mnie. Pozostali uczniowie rozmawiali między sobą przyciszonymi głosami – komentowali to małe widowisko dnia, opowiadali żarty, kłamstwa, plotkowali. Ja nie mogłam oderwać wzroku od tego pijaczyny w drzwiach – pod tym uśmiechem i niemrawym drapaniem po głowie chowało się coś niewzruszonego, niemal złego.

– Chodzi o jej matkę – powiedział szybko, zawsze tak robił, kiedy chciał kogoś urobić. – Był wypadek, wie pani… – Zaczął szeptać. – Muszę ją stąd zabrać jak najszybciej, na pewno pani to rozumie.

Ktoś poruszył się za nim w drzwiach i zauważyłam mojego brata, Sandy’ego, miał płaszcz niedbale narzucony na ramiona, nawijał kosmyk czarnych włosów wokół kciuka. Patrzył na mnie swoimi wielkimi ciemnymi oczami, które nie zdradzały żadnych emocji. Jego plecak z Transformersami zwisał bezwładnie u jego boku zawieszony jedynie na zgiętym palcu. Zaczęłam pakować swoje rzeczy, kiedy nauczycielka odezwała się:

– Muszę zejść na dół do sekretariatu i to sprawdzić, czy mógłby pan poczekać na zewnątrz? – Odwróciła się go uczniów. – Przeczytajcie jeszcze raz początek rozdziału.

Wyprosiła mojego ojca na korytarz i zamknęła za sobą drzwi. Słyszałam, jak za drzwiami rozlega się jego dudniący głos, potem jej odpowiedź, a później miarowy stukot obcasów na lakierowanej posadzce. Kiedy kroki ucichły, drzwi znów stanęły otworem. Świecąca twarz mojego ojca pojawiła się na tle ciemności zewnętrznego świata.

– Beth – wychrypiał. – Chodź, idziemy stąd.

Miałam już spakowane rzeczy i czarny płaszcz naciągnięty na ramiona. Koledzy z mojej klasy zignorowali nas.

– Słucham? – spytałam jak kogoś obcego zgodnie ze zwyczajem, który ostatnio wszedł mi w nawyk.

– Wytłumaczę później, chodź już – powiedział, pospieszając mnie gestem.

– Gdzie twój zegarek? – spytałam, mając na myśli prezent, który dałam mu w ostatnie święta: tani zegarek ze stali.

– Zgubiłem. Chodź.

Przeszłam obok niego i wyszłam na drewniany korytarz pomalowany na jasnoróżowo. Ruszył za mną, trzymając mojego brata za rękę. Odwróciłam się.

– Wszystko w porządku, Sandy?

Pokiwał do mnie głową, w półmroku wiktoriańskiego korytarza twarz dziesięcioletniego dziecka niczego nie zdradzała, była pusta jak pierwsza, niezapisana jeszcze strona nowej książki.

– Oczywiście, że u niego wszystko w porządku – powiedział ojciec, mierzwiąc Sandy’emu włosy długą, chudą dłonią. – U nas wszystko spoko, co nie, młody? Weźmy już stąd wyjdźmy i wszystko będzie dobrze. Zaraz pojedziemy sobie spałaszować coś niezdrowego, co ty na to?

Gdzieś za nami otworzyły się drzwi i mój ojciec popchnął nas w kierunku ściany, a potem jakby wstrzymał oddech, zerkając nerwowo w stronę źródła dźwięku. To był nauczyciel plastyki, pan Fewster. Poszedł w drugim kierunku. Ojciec ścisnął moją rękę.

– Musimy się pospieszyć – powiedział.

– Coś jest nie tak – odezwałam się, czując się jak idiotka, że w ogóle muszę obwieszczać coś tak oczywistego. Odwrócił się do mnie i uśmiechnął się – jego twarz wydawała się mroczna i wygłodniała w przyćmionym świetle.

– Wszystko jest dobrze. – Jego głos brzmiał ciężko w dusznym powietrzu. – Po prostu musimy już stąd iść, ale nie chcę teraz mówić dlaczego. Chodźmy szybciej.

Stanęłam na szczycie niskich, ale szerokich schodów, które prowadziły do podwójnych drzwi – za nimi rozpościerał się biały świat.

– Coś jest nie tak – powiedziałam. – A ja chcę wiedzieć co.

– Beth, jestem twoim ojcem – odparł.

– Serio?

– Oczywiście, że jestem. Nie powinnaś do mnie tak mówić. Chodźmy stąd, zanim ta suka wróci, dokądkolwiek polazła. – Spojrzał na mnie błagalnie, wciąż kurczowo trzymając rękę mojego brata. – Wszystko ci wytłumaczę, obiecuję. Tak naprawdę to jeden z powodów, dla których musimy dziś razem jechać – bo chcę ci wszystko wytłumaczyć.

Wyszliśmy na zewnątrz i mroźne powietrze wdarło się do mojego gardła jak miniaturowy styczeń. Spomiędzy poszarpanych chmur wyzierał błękit nieba, a śnieg zmienił się w zagubione podmuchy, które przycisnęły się do moich policzków jak zimne dłonie. Spojrzałam na cichy budynek szkolny. Intuicja podpowiadała mi, że po tym dniu już nigdy nic nie miało być takie samo, że za legionami chmur, sunącymi po niebie, zbliżało się coś ciemnego – coś magnetycznego i zimnego, co już zawsze miało ścigać naszą trójkę.

Ojciec walczył przez chwilę z kluczykiem, kilka razy nie mogąc trafić nim do zamka, zupełnie jakby miał coś w oku, pyłek albo łzy – coś, co jeszcze bardziej ograniczało jego zdolność ostrego widzenia. Zaklął pod nosem, nim wreszcie udało mu się otworzyć drzwi. Sterta pustych puszek po piwie i opakowań po fastfoodach wypadła z samochodu na ziemię – ten kolorowy deszcz był pozostałością po jego nowym trybie życia. We wnętrzu unosił się zatęchły zapach niepranych ubrań.

– Wsiadaj – powiedział ojciec do Sandy’ego, pomagając mu się usadowić na tylnym siedzeniu i zapinając pas ciasno dookoła niego.

Od strony szkoły dobiegł nas trzask. Rozpoznałam pana Fellowa, nauczyciela wychowania fizycznego, i panią Davies – z hukiem otworzyli szklane drzwi i ruszyli biegiem w stronę samochodu. Ojciec wyprostował się i obserwował ich przez moment, a jego oddech opuścił ciężko pracujące płuca i uniósł się w powietrzu jako obłoczek, biały duszek, który spokojnie odpłynął w kierunku dwóch postaci w pośpiechu schodzących po schodach.

– Beth – powiedział. – Wsiadaj do wozu.

– Dokąd jedziemy? – spytałam, czując, że chcę z nim jechać i jednocześnie nie chcę zrobić czegoś równie głupiego jak to zniknięcie.

– Beth – powiedział, przenosząc na mnie spojrzenie swoich niebieskich oczu i wyciągnął rękę, żeby złapać mnie za ramię, jakby było czymś, co umierało i czego nie chciał zostawić.

Wiatr wprawiał w ruch przewody wiszące nad drogą. Szybko wspięłam się na miejsce pasażera, zrzucając pod nogi stertę papierów, które zaśmiecały siedzenie. Ojciec roześmiał się do siebie i biegiem okrążył samochód wokół oszronionej maski.

Jako pierwszy wyłożył się pan Fellows – jego długie, patykowate nogi ubrane w dres rozjeżdżały się na wszystkie strony na połaci grubego czarnego lodu, który rozciągał się na prawie cały podjazd szkoły. Instynkt kazał mu w trakcie lotu uchwycić się ramienia swojej koleżanki, w związku z czym pani Davies runęła zaraz za nim na rdzewiejącą poręcz. Jej podłużna twarz pozostała niewzruszona.

– Chryste – powiedział ojciec, trzęsącymi palcami przekręcając kluczyk w stacyjce Volva. Silnik zapalił i ojciec wycofał auto aż na sam koniec drogi. Raz na jakiś czas koła kręciły się niekontrolowanie w brudnym śniegu, nie mogąc złapać przyczepności na mokrym asfalcie. Wreszcie samochód wykręcił i wyjechał na drogę północną prowadzącą poza miasto.

Znów zaczął padać śnieg, a płatki zakleszczały się w artretycznych przednich wycieraczkach podobnie jak łzy pomiędzy rzęsami. Ojciec jechał ostrożnie, ale szybko. Kierowaliśmy się w stronę wyjazdu z miasta, mijaliśmy nieświadome istnienia pochwycone przez bursztynowy blask telewizorów, skryte za sznurkowymi zasłonami i zasuniętymi roletami. Mknęliśmy przez ulice społeczeństwa w stronę czarnych gór widniejących ponad północną linią horyzontu. Tego dnia, kiedy porwał nas ojciec, padał śnieg i przez ostatnie dziesięć lat wielu ludzi próbowało jakoś to wytłumaczyć – mnie, policji, czytelnikom gazet i niedzielnych dodatków, widzom telewizyjnych programów, Sandy’emu, mojej mamie. Nie sądzę, żeby ktokolwiek dobrze to wszystko rozumiał. Może nikt nigdy nie zrozumie.

Ojciec z trudnością odwrócił się na swoim siedzeniu, sprężyny zaskrzypiały pod jego ciężarem. Śmierdział alkoholem i potem, a twarz miał całą brudną.

– Wszystko w porządku, Sandy? – spytał, odwracając się lekko w stronę przedniej szyby, wciąż patrząc na drogę, która była cała biała, nie licząc dwóch czarnych śladów na samym środku szosy wyżłobionych przez opony. – Wiesz, kiedy ostatnio cię widziałem? – zapytał, po czym sam odpowiedział: – To był ten dzień, co? No, ale zapomnijmy o tym już, nie?

– Wszystko dobrze – powiedział Sandy cichutko, jego głos prawie zgubił się pośród ryku silnika i szumu, jaki wydawały opony sunące po śniegu. Bawił się zamkiem błyskawicznym przy swoim plecaku – rozpinał go kawałek, po czym zapinał z powrotem zdecydowanym ruchem tylko po to, żeby po chwili zacząć od nowa.

– No jasne, że dobrze – powiedział ojciec, ustawiając lusterko wsteczne, i zjechał z głównej drogi na podrzędną, która prowadziła za miasto. Teraz dookoła było mniej domów, a na linii horyzontu rozrzucone były rzędy czarnych drzew przyczajonych jak zapomniana armia, ciemnych na tle bieli świata. – Wyrwałeś się ze szkoły i masz wolne popołudnie, co? Jezu, kto by się nie cieszył na te wszystkie atrakcje, które zaplanowałem, no nie?

Było coś piskliwego i niepokojącego w jego głosie. Przypomniał mi się człowiek, którego kiedyś po wypadku wyciągali na moich oczach z samochodu – młody mężczyzna, z jego pokrytej krwawą maską twarzy wydobywał się głos z tak samo wysoką nutą, wypalając każde słowo jak ogień uwolniony z otworu wylotowego krematorium. Może to był strach, a może odgłos, jaki wydobywa się z człowieka nieświadomie – kiedy jest się zranionym tak bardzo, że twój własny głos jest jakby obcy.

Spojrzałam przez okno – zdążyło pokryć się parą, więc wytarłam część szyby grzbietem dłoni. Świat był wymarły i głęboki jak staw z grubą warstwą lodu, przez którą próbowałam coś dojrzeć, ale za tą mroźną barierą pojawiały się jedynie przebłyski życia. Jakieś dziwne uczucie promieniowało na całe moje ciało – zaczynało się gdzieś przy pępku i szło aż do mrowiących palców. Powiedziałam do siebie stanowczo, że to po prostu kolejny dzień, zwykła przejażdżka samochodem z tatą, że wszystko jest z nim w porządku, że wcale – pierwszy raz – się go nie bałam, tak jak bała się go moja matka.

Na lusterku wstecznym zawiesił tani różaniec, który podskakiwał gwałtownie zgodnie z rytmem drogi. Ojciec wyciągnął rękę, przytrzymał go między kciukiem a palcem wskazującym, żeby go unieruchomić, po czym puścił.

– Mówiłeś coś o mamie – powiedziałam przez zaciśnięte zęby, jakby to miało powstrzymać mój głos przed drżeniem.

– Co mówiłem?

– Powiedziałeś nauczycielce, że miała wypadek czy coś. Słyszałam, jak mówisz, że musimy do niej jechać. To prawda?

Widziałam, że jego jasne oczy błysnęły w zatłuszczonym lusterku, potem zerknął na mnie.

– Cóż – powiedział, sięgając do tylnej kieszeni płaszcza, żeby wyciągnąć srebrną piersiówkę, którą odkręcił jedną ręką. – Czasami trzeba mówić różne rzeczy, wiesz? Żeby dostać to, czego potrzebujesz. Tak działa ten świat, ale nie musisz się już niczym martwić. W każdym razie, rozmawiałem z waszą matką.

– Myślałam, że z tobą nie rozmawia? – powiedziałam cicho, pstrykając niemrawo w klamkę.

– No tym razem musiała.

– Ale jej się to nie podobało.

– A kogo obchodzi, co ona myśli, teraz to i tak nie ma znaczenia.

Pociągnął głęboki łyk z flaszki i zatrzymał samochód na szczycie wzgórza. Miasteczko Pretsby rozpościerało się przed nami, wypchnięte w stronę Morza Północnego, jak gdyby ziemia próbowała je utopić. Budynki były ciemne jak mokre skały poniżej nieba tak płaskiego i tak grubego jak stary chleb. Gdzieś w oddali morze próbowało pożreć klify piaskowcowe, wydając odgłos podobny do trzasku pioruna. Daleko pod nami budziły się do życia pierwsze uliczne światła – przyćmione czerwienie i biele zdawały się rozświetlać odrobinę tę zimową ponurość. Mój ojciec, nasz ojciec, wypatrywał w tym widoku czegoś, czego my z Sandym nie byliśmy w stanie dostrzec. Śnieg opadał miękko na zimną maskę samochodu i rozmazywał się na szybach. Ojciec bębnił palcami w kierownicę, jakby to było serce, które trzeba reanimować, i gorączkowo wpatrywał się na rozciągającą się w dole szarą drogę i sznur przednich reflektorów – przypominały mu o świecie, który miesiące temu pozostawił za sobą.

– Tato? – Sandy ziewnął. Słyszałam, jak burczy mu w brzuchu.

Ojciec znów napił się ze swojej piersiówki, tym razem był to duży łyk zakończony westchnięciem. – Tak, Sandy?

– Dokąd jedziemy?

Ojciec przeniósł wzrok z powrotem na śnieg, po czym uśmiechnął się szeroko w lusterku wstecznym, pokazując wszystkie zęby. – No – powiedział, pocierając nagle oczy – chyba czas się przekonać, co?

Znów odpalił samochód i ustawił koła prosto na pokryte mrokiem pobocze, po czym ruszył w stronę śniegu, nieba i sosen.

Koniec

 

Advertisements

Transakcja – Nick Sweeney (przeł. Aleksandra Guzik)

Witek Galicki nie mógł tego wieczoru nazwać sukcesem. Kobieta uśmiechnęła się w sposób, który można by wziąć za zachętę, ale Witek zsunął się z niej delikatnie i uniósł rękę w przepraszającym geście. Odwrócił się tyłem i przysiadł na brzegu łóżka. „Nieudana transakcja” pomyślał.

–  Przykro mi – powiedział.

Miała na imię Magda. Witek usłyszał, jak mówi:

–  Nie przejmuj się, zdarza się przecież. – Usiadła obok niego, otoczyła ramieniem i skierowała palec w dół. – Jeśli chcesz, mogę… no wiesz.

– Och… nie trzeba, dziękuję. – Rozumiał, że kobieta czuje się w obowiązku zrealizować swoje usługi na warunkach, jakie ustalili. Prowadziła interesy, tak jak on. – To miłe z twojej strony, ale…

Jeszcze zanim skończył, Magda zawinęła się w szlafrok i wstała. Witek zaczął się ubierać. W biznesie wszyscy czasem dokonywali nieudanych transakcji, powiedział do siebie. Po prostu trzeba to spisać na straty i w przyszłości być mądrzejszym – albo raczej mieć więcej szczęścia.

Czasem nie wiedział, czy posiada którekolwiek z nich – mądrość lub szczęście, dopóki jakaś pełna znaczenia chwila, zrozpaczona twarz albo pechowiec ze swoją smutną historią nie przypomniały mu, że tak naprawdę ma przecież i to, i to.

Magda stała w drzwiach łazienki, wycierając twarz.

– Zdarza się – powtórzyła, a Witka pocieszyły te słowa, tak jak późniejsze zaproszenie do wspólnego wypicia kawy. Zastanawiał się, czy nie jest trochę za późno na kawę, ale ona uznała jego wahanie za brak pewności siebie. Wskazała głową w stronę kuchni. – I tak sama miałam się napić.

Zaproszenie było nowością. Miało ogromne znaczenie albo może nie znaczyło nic, ale Witek z zadowoleniem je przyjął. Zaczął wiązać krawat, potem go zwinął i spakował do swojej aktówki.

Podszedł do okna, obserwował śnieg osadzający się na ulicy, która omijała tory kolejowe i prowadziła do białostockiej stacji. Pojawił się grubo ubrany mężczyzna i odcisnął za sobą na śniegu ślady zimowych butów. Niedługo granicę przekroczy pierwszy pociąg z Białorusi. Wypluje z siebie handlarzy – cali obładowani będą brnąć przez miasto, żeby rozstawić stoisko z pierdołami na sprzedaż. Witek podziwiał, z jakim hartem ducha próbowali wyrwać drobniaki z gwałtownie rozwijającej się dookoła gospodarki kapitalistycznej. Oni też byli biznesmenami, nie zapominał o tym.

Taka była natura granicy – miejsca pojawiania się znikania. Granice powinny ucieleśniać wolność, otwartą przestrzeń, a mimo to były pod nadzorem, miały w sobie coś klaustrofobicznego. Symbolizowały możliwości, a jednak ludzie byli na nich przetrzymywani, obrażani, przeszukiwani, bici, pozbawiało się ich narodowości, strzelano do nich – a te ich przebłyski wolności stawały się tak samo krótkotrwałe jak ślady butów, co  znikają pod świeżym śniegiem.

Witek odwrócił się i zobaczył, jak Magda stawia na stole tacę: kawiarka, połyskujące łyżeczki, dzbanek z mlekiem, filiżanki i spodki z zastawy, którą nie pogardziłaby jego babcia, oraz ciastka. Usiadł obok niej na kanapie i powiedział pod nosem:

– O, jak miło.

Następnie oddali się zwyczajowemu rytuałowi – spytała, jaką kawę sobie życzy, ale całe te ceregiele poszły na marne, kiedy nie mogąc uchwycić absurdalnie małego uchwytu, niezgrabnie uniosła dzbanuszek i rozlała mleko po całej tacy.

Powiedział Magdzie, że obiło mu się o uszy, że zachodni biznesmeni pili kawę czarną, niesłodzoną. Dał radę przestrzegać tego zwyczaju – z wykrzywioną twarzą – równo tydzień. Oboje zaśmiali się z tego, jak podatny na sugestie był kiedyś Witek.

– To… ładny pokój – powiedział Witek. – W sensie, urządziłaś go… ładnie. Czuć spokój. – Podobało mu się, że zapaliła lampy, które miały klosze w pastelowych odcieniach – te w rogach otulały pokój delikatną poświatą. W tym temacie był ekspertem, widział już wiele kobiecych pokoi. Z zaskoczeniem odkrył, że opowiada jej, dlaczego tak się stało: że w związku z pracą żył w ciągłym ruchu, nie spotkał jeszcze odpowiedniej kobiety, w której mógłby się zakochać i później się z nią ożenić, i że – w głębi duszy będąc staroświeckim chłopcem – czekał, aż dostanie awans i odłoży trochę pieniędzy. „Co innego miałbym robić w międzyczasie?”, taka była jego odpowiedź na wyimaginowane oskarżenia. „Żyć w celibacie?”. Tak było lepiej, nie musiał zostawiać na długie tygodnie żadnej dziewczyny, której właściwie i tak nie zależało, nie było żadnych obustronnych podejrzeń o nieuczciwość.

– Jesteś szczery wobec siebie. – Magda objęła go ramieniem. – Każdy może być szczery wobec innych – powiedziała. – Najtrudniej być szczerym wobec samego siebie.

Witek nigdy nie patrzył na to z tej strony. Uświadomił sobie, że to prawda. Zgodzili się, że w tym skorumpowanym świecie, który ich otaczał, nie ceniono szczerości. Wolny rynek nie wynagradzał ani ciężkiej pracy, ani szczerości: wraz z nadejściem kapitalizmu w dawnym bloku komunistycznym zazdrość rozeszła się jak zaraza, zmieniła społeczeństwo w bezdusznych poszukiwaczy złota. Oboje zgodzili się, że wyrośnie z tego pokolenie, które w ogóle nie będzie znało życia.

– A więc komunizm pomagał w budowaniu charakteru? – Oboje skwitowali to śmiechem, a jednak odkryli, że tkwi w tym pewna ponura logika. – Tak jak te angielskie szkoły prywatne?

Ich śmiech ucichł i Witek spytał:

– Mieszkasz sama?

– Tak. – Drobna zmiana w wyrazie jej twarzy zdradziła nagłą czujność. – A co?

– Nie masz… – Chciał to wiedzieć jedynie z zawodowego punktu widzenia. Zastanawiał się, jak to ująć. – Żadnego… chłopaka?

– Nie powinno się pytać kobiet o takie rzeczy. – To był lekki afront. – Ale jestem za stara, żeby mieć chłopaka.

Kiedyś w gdyńskim porcie Witek widział ich w oddali, niedaleko starego posterunku celnego, gdzie zbierały się dziewczyny. Akurat podrzucał tam z powrotem jedną z nich, kiedy niski, chudy mężczyzna w zapinanej na zamek błyskawiczny skórzanej kurtce wetknął głowę przez okno samochodu Witka, jak gdyby był panem i władcą, wyszczerzył zęby w uśmiechu, po czym zapytał:

– Dobrze się pan bawił?

Witek wyczuł szyderczą nutę w tym pytaniu i zastanowił się nad odpowiedzią.

– Jaka była? – nie ustępował mężczyzna. – Dobra?

Co właściwie mógł na takie coś odpowiedzieć dobrze wychowany gość, jakim był Witek? Nawet alfonsi mają jakąś kontrolę jakości. Witkowi nawet się to spodobało, ale zaraz potem miał próbkę tego, jak pilnuje się tej jakości – błysnęła uniesiona pięść. Przelotne spojrzenie na dziewczynę ujawniło nawet więcej niż jego zbliżenie z nią: chuda istotka, z oczami szeroko otwartymi z przerażenia.

Bardzo dobra – powiedział bez emocji. Niewiele myśląc, uniósł kciuk do góry i uśmiechnął się głupkowato. – O tak. Najlepsza.

Odjechał, zatrzymał się za rogiem. Siedział, cały się trzęsąc. Zastanawiał się, czy wywołał odpowiednie wrażenie. Walczył ze sobą, żeby nie pojechać z powrotem i nie zaprosić tej samej dziewczyny na kolejny wieczór, ale uświadomił sobie, że to niemożliwe – następnego dnia miał być na spotkaniu w Olsztynie, to za daleko, a poza tym… raz w tygodniu, taka była jego żelazna zasada. Zapewnił siebie samego, że na pewno by ją wyratował, gdyby nie to, że wzywały go flipcharty w Olsztynie.

– Dobrze jest nie pracować… w detalu – powiedział do Magdy. – W sensie wyeliminować pośredników. Ale jak się ich pozbyć? – zastanawiał się. – Tych facetów, tych… alfonsów? – Pozwolił słowom zawisnąć w powietrzu, żeby zobaczyć, czy Magda się zgadza. Poczekał na potwierdzenie, nim kontynuował: – Jak trzymać ich z dala od siebie?

– Nie ma żadnej złotej rady – powiedziała po chwili namysłu. – Mam czterdzieści lat – przyznała. – I kiedy ma się tyle lat co ja, uznają, że tylko stwarzasz problemy, bo przemija twoja młodość i łatwowierność, nie dajesz już sobą pomiatać. Wtedy znajdujesz własne miejsce, chociaż musisz oczywiście uważać na miejscówki innych dziewczyn i jak kilka z nich uzna, że cię nie lubią, to nie masz innego wyjścia i musisz się zmywać. A czasami zyskujesz reputację i szacunek wśród innych dziewczyn i się odczepiają albo nie wchodzą ci w paradę.

– Ale jak zyskać reputację?

Dla Witka to była najtrudniejsza rzecz na świecie: próbował to osiągnąć od czasu ostatnich dwóch lat liceum, kiedy to postanowił – tak po prostu, pozostawiając za sobą śląskie miasto górnicze, pokryty sadzą dom i rodzinę – że osiągnie sukces w świecie biznesu, że będzie się o nim mówiło i ludzie będą go cytowali.

– Cóż. – Magda obdarzyła Witka długim i intensywnym spojrzeniem. Poczuł, że magiczna bańka prysła, jej muzyka ucichła. – Opowiem ci, jak tego dokonała jedna dziewczyna, o której słyszałam. – Wyciągnęła zegarek z kieszeni szlafroka, chwyciła go niezręcznie, zerknęła na niego i ziewnęła. – A potem serio musimy… iść do łóżka. – Magda zaśmiała się, Witek też. Zegarek wysmyknął się jej między palcami. Oboje rzucili się, żeby go złapać, ale bez powodzenia.

– No dobra, czyli jakaś dziewczyna – podpowiedział Witek.

– Tak. Dziewczyna z… Mińska. – Wskazała głową okno, miała na myśli linię kolejową, granicę, wschód. – Miała alfonsa, to był zły człowiek. To zawsze są źli ludzie. – Nakreśliła Witkowi ich obraz: zabawni – często, czarujący – zawsze, łagodni – czasami, ale to były tylko tymczasowe role, które odgrywali. Tak naprawdę byli źli. – A ona była jego ulubienicą, co oznaczało, że mogła zamieszkać z nim w jego wielkim domu z trzema piętrami i ogrodem warzywnym. Ale zaczęło do niej docierać, że to nie będzie trwało wiecznie.

Opowiedziała o dziewczynie, że miała rodziców, którzy pili i się kłócili, znikali i wracali, bo raz im się powodziło, raz nie, a ich wiara w trwałość różnych rzeczy zawsze była nadszarpywana. Na kilka chwil Witek ujrzał ją w myślach.

– Próbowała sobie wmówić, że to tylko jej paranoja – mówiła dalej Magda. – Ale na horyzoncie pojawiła się nowa ulubienica.

Dziewczyna młodsza, ładniejsza, przesiadywała tam wczesnymi wieczorami, zaraz przed nocnymi obowiązkami, a czasami zostawała aż do ich końca. Dziewczyna, której radosny śmiech można było czasem usłyszeć z ciemnych schodów. A pewnego ranka ta nowa, świeża i młodziutka, pojawiła się przy śniadaniu – taka jasnooka i rozrywkowa, niewinna i czarująca.

– Widziała, dokąd to wszystko zmierza – powiedziała Magda. – Zresztą pamiętała, że dokładnie tak samo było z nią, kiedy stała się ulubienicą i w identyczny sposób ona sama wyeliminowała wcześniejszą ulubienicę.

I ta dziewczyna wiedziała, że niedługo zostanie wyrzucona z wielkiego domu. Że będzie mieszkała w paskudnym pokoju we wspólnym domu, tak jak reszta. Ale to wszystko przecież zostawiła za sobą: całe to życie, malutkie pokoje, wspólną kuchenkę, która nigdy nie działała tak, jak należy, kolejki do łazienki, umywalki usiane kropelkami kosmetyków do makijażu, smród kanalizacji. Nigdy nie mieszkała w miejscu, które by miało tyle przestrzeni i światła ile ten wielki dom, nigdy nie miała ogrodu – miejsca, gdzie można odetchnąć świeżym powietrzem, spojrzeć na wszystko z innej perspektywy.

Pewnego dnia wcześnie rano stała w ogrodzie i myślała o tym, co ją czeka. Wiedziała, że powinna podejść do tego dojrzale. Magda opowiadała dalej:

– To powinna być piękna pora roku. A ona stała w ogrodzie przy grządkach truskawkowych i opanowało ją coś w rodzaju… szaleństwa.

– Szaleństwo – wyszeptał Witek. Nie potrafił sobie wyobrazić szaleństwa. Pochodził ze świata, w którym wszystko było spokojne, uporządkowane, ułożone w podpunktach – bezpiecznie nudne.

Magda pokiwała głową.

– Szaleństwo. Jednej nocy między nią a alfonsem wywiązała się… ostra kłótnia o jego nową ulubienicę.

Oszczędziła Witkowi szczegółów, ale zrozumiał, że mężczyzna poharatał twarz dziewczyny masywnymi pierścieniami, które nosił na palcach. Połamał jej też kilka zębów. I kiedy tak leżała na podłodze, krztusząc się własną krwią, on stanął nad nią. Rzucił jej kilka banknotów. Powiedział, że ma sobie zrobić nowe zęby, jeśli chce dalej pracować.

– Widzisz, nawet nazewnictwo się zmieniło.

– Jakie nazewnictwo?

– Do tamtej pory udawał, że nie pracowała dla niego – była jego ulubionym najdroższym kochaniem serduszkiem kwiatuszkiem, nie pracownicą, który od czasu do czasu wyświadczał słodką przysługę jemu czy któremuś z jego kolegów.

Magda dokładnie opowiedziała o tym, jak dziewczyna siedziała w fotelu u dentysty bezbronna, zraniona. Na Białorusi było tak jak w Polsce – ludzie nie dostawali znieczulenia, było go mało i dużo kosztowało, ale jej zęby były w tak tragicznym stanie, że lekarz poradził, by jednak je wzięła. Obserwowała go uważnie, jak gromadził przedmioty potrzebne do tej procedury. Zrobił jej kilka zastrzyków.

– A potem poszedł na papierosa i czekał, aż znieczulenie zacznie działać.

– Nienawidzę znieczuleń – powiedział Witek. – Chyba wolałem, jak ich nie było.

Uśmiechnęła się, nie do końca przekonana jego zapewnieniem, przynajmniej tak to odczuł, a po czym kontynuowała:

– Kiedy dentysta wyszedł na papierosa, dziewczyna wstała z krzesła i schowała do kieszeni strzykawkę i kilka ampułek nowokainy.

– Co?

– A potem dentysta wrócił i zrobił jej zęby.

– Ale czekaj, co? Ukradła środek znieczulający? Po co?

– Powiem ci. – Magda pokiwała głową. – Wyszła od dentysty i szła przed siebie, żeby zabić czas.

Witek znów widział ją, jak podąża ulicami Mińska otumaniona działającym jeszcze znieczuleniem, ze zdrętwiałymi ustami, z poczuciem, że już wszystkiego ma dość. Minęła szkołę, do której chodziła jako dziecko, potem blok, w którym kiedyś mieszkała, zatrzymała się przy podejrzanie wyglądającym placu zabaw – kiedyś bała się tych zardzewiałych drabinek, betonowych zwierząt i chamskich chłopców. Zaszła do apteki, kupiła bandaż i środek dezynfekujący.

– Ale znacznie później, kiedy już się ściemniło, wróciła do wielkiego domu.

Szkicując kolejne obrazy, Magda opowiedziała, jak dziewczyna bezszelestnie przeprawia się przez ciemność wielkiego domu. Jej mężczyzna był na górze, spał ze swoją nową ulubienicą.

– Złamała ampułkę z nowokainą – powiedziała Magda.

– Och. Dlaczego ona…

– Napełniła strzykawkę, po czym – domyślasz się, co zrobiła?

– Podkradła się na górę – powiedział automatycznie Witek. – I dźgnęła go strzykawką.

–  I co by jej to dało? – odparła Magda, zabrzmiało to jednak uprzejmie. – Nie. Poszła do kuchni i wzięła najostrzejszy nóż, jaki udało jej się znaleźć. Potem poszła do łazienki. – Witek znów oczami wyobraźni widział ją, widział, jak uspokaja oddech i trzęsące ręce, pozwala oczom przyzwyczaić się do ciemności, dostrzega muszlę, najpierw tylko jej połysk, a później całą. – Wstrzyknęła środek znieczulający w palec i tak samo jak u dentysty czekała, aż zacznie działać. Jej serce zatrzymywało się za każdym razem, kiedy na zewnątrz liść wiązu zadrapał w szybę. Wiesz, co zrobiła później?

– Nie. – Witek czuł, jak jego własne serce mocno bije, ale nic nie przyszło mu do głowy. – Nie wiem, co?

– Odcięła sobie palca.

– Co! Ale czemu, po co miałaby coś takiego zrobić?

Bardzo ostrożnie dziewczyna wycisnęła krew na stary mosiężny kran przy wannie, potem na pęknięcia w kafelkach na podłodze i na fugi, gdzie cement już się zdarł. Była bardzo uważna, żeby zostawić po sobie tylko ślad. Trochę większą niespodziankę zostawiła pod wanną pomiędzy odchodami myszy i martwymi owadami – rozpryskała krew w kurzu. Z szafki w łazience wyciągnęła ręcznik i zatamowała nim krew. Na zmianę upuszczała trochę krwi i tamowała, upuszczała i tamowała. Wtedy wyjęła środek odkażający i bandaż i opatrzyła sobie rękę. Wytarła nóż ręcznikiem i zwinęła je razem w rulon, po czym położyła gdzieś na tyłach szafki w łazience. Podkradła się po schodach w dół i wyszła do ogrodu.

– Ogród – powtórzył Witem z pewnym ożywieniem. – Ogród, gdzie na świeżym powietrzu była szczęśliwa i z dala od wścibskich spojrzeń. To co ona tam zrobiła?

– Z dala od wścibskich spojrzeń – powtórzyła Magda – zaraz przy końcu grządki z truskawkami urządziła swojemu palcu godny pochówek w płytkim grobie.

– I ten palec. – Witek prawie zdążył o nim zapomnieć. – Ale to wszystko jest nienormalne. Po co ona to zrobiła? Ktoś się jej kiedyś spytał?

– Na pewno nie w Mińsku. Już nigdy nie pokazała się w Mińsku.

– Po prostu zniknęła. – Witek potrząsnął głową. – Ale czekaj. – Czegoś nie rozumiał. Robienie absurdalnych rzeczy, a potem znikanie wcale nie wydawało się idealną receptą na zyskanie reputacji.

– To jeszcze nie koniec historii – powiedziała Magda.

Zaraz następnego dnia rano w wielkim domu zaroiło się od policji. Alfons był trochę rozbawiony, a trochę zły. Już chciał ich opłacić, tak jak to zwykle robił, kiedy powiedzieli, o co chodzi: dostali cynk, że zabił jedną ze swoich dziewczyn. W odpowiedzi wyciągnął jedną ze swoich ksiąg rachunkowych i pokazał, ile jedna dziewczyna zarabiała tygodniowo – tylko idiota by taką zabił. Spytali, czy mogą przeszukać dom. „Zapraszam”, odpowiedział.

– I wiesz co? – odezwała się Magda. – To były ostatnie słowa, jakie wypowiedział z uśmiechem na twarzy.

Bo chociaż nie znaleziono ciała, policja miała informację na temat jej grupy krwi w kartotece i ta grupa zgadzała się z krwią, która była w łazience, na nożu i ręczniku. To nie wystarczyło, ale w aktach mieli też jej odciski palców. Kiedy znaleźli palec w ogrodzie, mieli do mężczyzny dużo pytań.

– Dali mu dziesięć lat – powiedziała. – Widocznie tyle jest warte życie kobiety. Ale jakoś po roku już był martwy, zadźgali go nożem podczas kłótni o tytoń czy coś tam.

– Boże… – powiedział Witek.

– I w taki sposób, mój przyjacielu, pewna dziewczyna zyskała reputację.

Witkowi podobało się, że nazwała go przyjacielem. Rozbawiła go ta myśl. Kiedy uniósł wzrok, ona już stała, mówiąc:

– Słyszysz to?

Stali, nasłuchując.

– Pociąg z Grodna – powiedziała. – Jest tak późno, że wcześnie. Słuchaj. – Położyła mu rękę na ramieniu. – Może przyjdziesz do mnie jeszcze?

– Chciałbym. – Mówił poważnie.

– Ja też. – Odprowadziła go do drzwi. – Niedokończone biznesy to takie… rozczarowanie.

– Dokończymy następnym razem – obiecał Witek. – Ale słuchaj. – Stanął w progu jej mieszkania i ściszył głos ze względu na sąsiadów. – Mówiłaś, że tej dziewczyny już nikt nigdy nie widział w Mińsku. Co się z nią stało, gdzie poszła? Wiesz coś?

– Nie. Inne miasto? – Pokazała rząd idealnych zębów w szerokim uśmiechu, którym już na początku przyciągnęła jego zainteresowanie. – Może uprawia kapustę gdzieś na wsi.

– Albo truskawki – odparł Witek.

Nachyliła się i pocałowała go w oba policzki. To był dla niego zaszczyt – pamiętał, że jest jej przyjacielem.

– Truskawki. – Z jakiegoś powodu twarz Magdy pojaśniała na ten pomysł. – Tak, nawet lepiej. Może uprawia truskawki.

Kilka godzin później tego samego poranka obudził się w swoim pokoju hotelowym i nie mógł się oprzeć wrażeniu, że czuje zapach truskawek. Trwało to tak krótko, że zdało mu się, że wyobraził sobie nawet tę halucynację i przez moment był podwójnie zdezorientowany. Wstał, poszedł do toalety. Na zewnątrz drzewa uwolniły się od masy śniegu, którego napadało tak dużo, że spadł na ziemię, a lekkie teraz gałęzie uderzały liśćmi w szybę, sprawiając za każdym razem, że podskakiwał ze strachu. Możliwe, że Magda wymyśliła niektóre rzeczy – na przykład miejsce pochówku, o tej grządce truskawkowej mogła przeczytać w jakiejś gazecie – ale na pewno nie to, co powiedziała o liściach na oknie w łazience.

Niedługo po tym Witek dostał awans, zakończył się etap życia w ciągłym ruchu, znalazł dziewczynę, ustatkował się. Nigdy więcej nie spotkał się z Magdą, ale czasem łapał się na tym, że próbuje wyobrazić sobie jej dłonie – nie jakie były delikatne czy eleganckie, zgrabne czy miękkie, ale – absurdalnie – to, że są kompletne. Nie potrafił przywołać ich widoku. Zapominał o nich, zawsze udawało mu się wyrzucić je z pamięci, aż przychodził taki moment, że stał samotnie w jakiejś ciemnej łazience i podskakiwał na dźwięk liści obijających się o szybę okna.