Category Archives: Carrie Clevenger

Cadillac – Carrie Clevenger (przeł. Antoni Kaja)

Był czwarty czerwca, kiedy cień kierowcy tego cadillaca przesłonił mój próg. Nosił idealnie przylegający do uszu melonik, nieco zmięty ponad brwiami. Miał ze sobą swego rodzaju niewielką metalową walizkę z połyskującym zamkiem, ale to nie jego osoba czy ubiór tak na mnie podziałały. Tylko jego samochód. Ten szary cadillac to było dopiero coś.

Przycupnięty na krawężniku niczym metaliczny ptak drapieżny na gałęzi, spoglądał na mnie gniewnie poprzez cienką siatkę w drzwiach. Chciałem się od niego odciąć. Zaciągnąć zasłony i zejść do piwnicy. Nie odbijało się od niego słońce. Nie rzucał też cienia. Po prostu przykucnął z nosem beztrosko wetkniętym w trawnik oraz zaczątki kolczastych chwastów, których jeszcze nie miałem okazji wyciąć. Zatraciłem się w tej jego szarości, barwie wypalonego starego betonu. Szarości głębszej niż jakakolwiek barwa; odcieniu włazu studzienki na zimę. Powstrzymałem dreszcze.

Przedstawił się jako John. John Wilson. Domyślałem się, że kłamie. Spojrzał ponad moim ramieniem, już pochylając się w drzwiach, a ten szalony samochód zdawał się popierać jego prośbę o użycie mojego telefonu. Zaoferował mi dwudziestopięciocentówkę za pomoc i wbrew sobie przystałem na to. Co innego mogłem zrobić? Wytarłem ręce w kuchenny ręcznik, poluźniłem krawat. Drzwi frontowe zostawiłem otwarte, żeby mieć oko na tego cadillaca, jakby w obawie, że może znienacka pożreć dzieciaki sąsiadów.

John Wilson podczepił jakiś dziwny przyrząd do podstawy mojego telefonu, wykręcił numer, mamrotał coś przez parę sekund do słuchawki, po czym rozłączył się, pozwalając jej od razu z trzaskiem opaść na widełki. Domyśliłem się, że wykręcił zamiejscową, w końcu tak długo obracał tarczą, w kółko i w kółko. Dałbym mu znać, że panują tutaj inne zasady, ale pewnie niewiele by go to obeszło. Nic a nic. Właściwie już miałem otworzyć usta, żeby powiedzieć co o tym myślę, kiedy spostrzegłem cadillaca. Nie był już szary.

O nie, okrył się ładnym, gładkim lakierem barwy szminkowej czerwieni. Zatoczyłem się do tyłu, obracając, żeby uzyskać wyjaśnienie całego tego absurdu, gotów pod byle pretekstem pozbyć się tego mężczyzny z domu, a wraz z nim jego paskudnego dużego auta.

John rozgościł się w kuchni, podziwiając garnki oraz patelnie o miedzianym spodzie, zapalając jednocześnie papierosa. W mojej kuchni. Ja nie paliłem. On też nie powinien, ale byłem już zbyt zahukany. Odszukałem wzrokiem wiszący w korytarzu krucyfiks, mamrocząc do Boga prośbę o to, żeby jeszcze ten jeden, jedyny raz czuwał nade mną, niech będą Mu dzięki, Amen. John Wilson dalej rozkoszował się dymem, tworząc z niego idealne kółka przy każdym wydechu.

– Hej – zacząłem, gdy coś mnie tknęło i spojrzałem znów na cadillaca. Wyszczerzył się do mnie trawiastą zielenią.

– Co do diaska… hej! Ten samochód! – wykrzyknąłem, zaczynając myśleć o tym, dlaczego General Motors miałoby nie reklamować swoich nowych modeli zmieniających barwy. Wtedy mi przygrzmocił. Zatoczyłem się, starając uniknąć ciosu, ale metal zetknął się z kością. Rozłożyło mnie.

Poczułem jak moja czaszka ustępuje pod naciskiem patelnii. Wywróciłem oczami, aby spojrzeć na mężczyznę, który wciąż ściskał ją w ręce; trochę włosów przywarło do powierzchni. Upuścił papierosa na podłogę tuż obok mojej twarzy i zadeptał obcasem. Aż zakręciło mnie w nosie od odoru siarki. To nie był jakiś tam zwyczajny pet. Zadzwonił telefon.

Odebrał go. Spojrzał na mnie z góry.

– Jeszcze raz skorzystam z twojego telefonu. A ty przestań się martwić moją bryką.

W tym momencie straciłem przytomność, a kiedy się ocknąłem, byłem w bagażniku jadącego pojazdu, najpewniej tego cadillaca-kameleona. Nie wiedziałem, gdzie zabiera mnie John Wilson, dlaczego mnie uprowadził albo czy naprawdę tak się nazywa. Nie ma to w sumie teraz większego znaczenia – powiedziałem sam do siebie. – bo ani chybi do ranka będę trupem. Samochód pędził przed siebie przez jakąś godzinę, potem wreszcie się zatrzymał.

Kierowca wysiadł, mogłem dosłyszeć jego kroki na luźnym żwirze. Klucz przekręcił się w zamku bagażnika, klapa poszła w górę i stanąłem oko w oko ze Śmiercią, a nie Johnem Wilsonem.

–  Po prostu musiałeś się wtrynić – Wyciągnął mnie z bagażnika, stawiając na równe nogi.

Śmierć może i świecił nagim czerepem jak na niego przystało, ale jakoś zapomniał zdjąć swój zgnieciony melonik. Wyglądał przez to dość komicznie.

– Tak wlepiałeś gały w moją brykę, że nie mogłem pozwolić żebyś potem kłapał dziobem – Przeszedł na drugą stronę auta.

Chciałem obrócić głowę, ale kiedy próbowałem, w skroń wbiły mi się igiełki bólu. Burknąłem, przenosząc ciężar ciała z potłuczonego biodra.

– Ja… ja nikomu nie pisnąłbym słówka – zapewniłem, chwytając gwałtownie powietrze. Chyba poza rozwaloną czachą miałem też parę złamanych żeber.

– Nie kituj! Widziałem jak główkujesz co z tymi kolorami. Łżesz żebym cię puścił!

Nie zdawałem sobie sprawy, jakim Śmierć jest prostakiem. Było to naprawdę dość żałosne, więc zacząłem się śmiać. Nie przestałem nawet kiedy mnie kopnął. Chyba byłem bliski załamania.

– Nie bój nic. Ten telefon oszczędził mi kolejnych czterech stuleci czynszu – Wzruszył ramionami.

Zamilkłem, zaciekawiony tak dziwnym wytłumaczeniem. A może on mi dziękował.

– Doliczyłem to do rachunku, ale…

Spojrzał w moim kierunku, w pustych oczodołach pełgał ogień.

– Tak, myślę, że wezmę cię do roboty – Sięgnął ku mnie i poczułem jak moje ciało ogarnia chłodny paraliż.

****

Zdjąłem melonik, wchodząc do środka i mijając przysadzistą staruszkę. Miło z jej strony, że pozwoliła mi skorzystać z telefonu, ale już widziałem jak przygląda się mojemu autu. Westchnąłem, wykręcając znany już sobie numer, zdając sobie sprawę, że zanim skończę, ten samochód sprowadzi zgubę na wielu ludzi.

Jakimś cudem Ten Na Górze uznał go za dobry sposób ukarania za nękanie jego chrześcijańskich dziatek. Nie dało się go zakryć. Nie dało się go ukryć. Cholerstwo jaśniało jak zorza polarna.

Stanowił przynętę, przyciągającą tylko dobre dusze. Smakowite dusze. Stałem się piechurem, zbieraczem duchowej esencji, całej tej mocy. Płaciłem w imieniu Belzebuba za wynajem tego cudeńka od Sami-Wiecie-Kogo. Cóż, mimo wszystko bycie uczniem samego Starego Rogacza miało swoje plusy.

Przynajmniej wiem, że gdzieś tam w piekle zarezerwowano dla mnie przytulny kąt.

 

Advertisements