Category Archives: Martyna Bohdanowicz

Czeka, by porwać cię w dal – Jason Michel (tłum. Martyna Bohdanowicz)

Ciemność.

Jasność.

Mężczyzna mruga pięć razy. Pierwsze dwa razy powoli, z wysiłkiem. Trzy kolejne szybko. Jego oczy przyzwyczajają się do światła w pokoju. Nie słonecznego. Słońce jest już daleko, daleko stąd. Od starego, wytartego drewnianego stołu obok bije odór wilgoci. Naturalny aromat rozkładu.

Zdjąłem mu opaskę z oczu. Zdzieliłem przez głowę mokrą ścierą — starym ręcznikiem kuchennym. Na kwiatowym wzorku pojawiają się wilgotne plamy. I jeszcze raz, tak na wszelki wypadek. Teraz widzi nas przez łzy piekące jego i tak wodniste oczy. Widzi nas i nie tyle wydycha powietrze, co wyrzuca je z płuc. Jakby ktoś rąbnął go w żołądek. Mocno. Pięść prosto w splot słoneczny. Na nasz widok wyrzuca całe powietrze z płuc, co do ostatniej molekuły.

Ludzie muszą się nauczyć, jak prawidłowo oddychać.

Nie, serio.

Bo jak inaczej buddyjski mnich miałby w sobie na tyle spokoju, aby samemu oblać się parafiną?

Zaprószyć iskrę w akcie samospalenia.

To wszystko kwestia oddechu, przyjacielu.

Wyobraź sobie, czego ty sam mógłbyś dokonać.

Ja wyobrażam sobie, że wdycham powietrze delikatnie i głęboko. Z kąta pokoju biorę kanister z benzyną. Otwieram go. Oblewam zawartością człowieka, którego mam przed sobą. Benzyna ścieka po jego twarzy, oślepia go. Z kieszeni wyciągam żółtą zapalniczkę. Mężczyzna krzyczy. Kliknięcie, zgrzyt, fuch!

Ale nie.

Nie robię tego. To byłoby niesprawiedliwe. Tylko sobie wyobrażam. Nie jestem szaleńcem. Potrafię oddzielić moje myśli i pragnienia od czynów.

Ale pomarzyć można, prawda?

Czy w dzisiejszych czasach jest to jeszcze dozwolone?

***

Mężczyzna rozgląda się po pokoju. Jest nagi. Przywiązany do krzesła. Jego głowa drga, wzrok miota się między wyjściem a obecnymi w pokoju. Bełkoczący zestresowany kurczak puszczający wiatry. Widzi nas wszystkich: ubranych od stóp do głów na czarno i uzbrojonych w sprzęt wojskowy, glany, kominiarki i gogle na głowach, a w rękach kije, klucze do opon i pistolet do tatuażu. Widzi akumulator samochodowy i wtyczki. Fluorescencyjnie zielone ściany szopy. Zdjęcia na ścianach. Płonący mnisi buddyjscy. Tortury w więzieniu Guantanamo. Nadzy mężczyźni usmarowani gównem i przywiązani do łóżek. Wleczeni po ziemi za szyję jak zwierzęta. Gułagi z sowieckiej utopii Stalina. Są tutaj tylko po to, żeby zbudować atmosferę. Aby nadać pomieszczeniu odpowiedniego klimatu. Na pokaz. Nawet rytuał tortury domaga się odrobiny teatralności.

Przeszedł w tryb „walcz lub uciekaj”. Widać to po tym, jak się szamocze. Gdyby przestał i wziął głęboki oddech, zrozumiałby, że liny są zbyt ciasno przywiązane do krzesła i im bardziej się szarpie, tym większą robi sobie krzywdę. Powróz trze spękaną skórę, żółtawa powłoka ustępuje miejsca różowemu mięsu. Kostki. Nadgarstki. Nie jestem miłośnikiem niepotrzebnego znęcania się nad zwierzętami. Robimy tylko to, co konieczne. A ja jestem miłosierny. Naprawdę. Nie sprawia mi to przyjemności. Tylko smutek. Człowiek, którego przed sobą widzę, jest jednym wielkim rozczarowaniem.

Wiem, że krew odpływa z jego penisa. Wiem, że jego zwieracze pulsują. Wiem, że prawdopodobnie się posika. W powietrzu czuć jego strach. I to nie żadna ograna metafora. To pot, który się z niego leje. Gość śmierdzi. Fizycznie, psychicznie i duchowo. Śmierdziel. Fuj, fuj.

Zaczyna krzyczeć i zawodzić. Odgłosy, które wydaje jego wyschnięte gardło, są słowami. Nierozpoznawalnymi. Razem nie tworzą najmniejszego sensu. Reaguje pojedynczymi słowami, nie zdaniami. Mnóstwo plozji. Mnóstwo k i t. Wypluwa je z siebie. Niektórzy utrzymują, że używanie brzydkich słów, takich jak te, świadczy o ograniczonym zasobie słownictwa. A ja się z tym, kurwa, nie zgadzam. Wszystko zależy od sytuacji. Moim zdaniem akurat ten gość ma bardzo dobry powód, żeby w tym kontekście ciskać wiązankami. Tak czy siak, nikt go nie słyszy. Nikogo nie obrazi. Nie tutaj. Nie w tej szopie. Nie wie, że w promieniu wielu mil stąd nie ma absolutnie nikogo. Tylko drzewa, pola i króliki.

Stoimy w miejscu.

Nikt nie mruga.

Nikt nie spuszcza z niego wzroku.

***

Tortury psychologiczne są na dłuższą metę o wiele wydajniejsze od ich fizycznego odpowiednika. Stosowny dobór metod pozostawia na psychice blizny, których nie da się uleczyć do końca życia. Potrafi zmienić potwory w rozdygotane króliczki.

Panikuje tak, jak panikowali przy nim inni. Potok słów staje się bulgocącym strumykiem sylab wylewających się z przesuszonego gardła. Widzi, jak jego króliczek kica w jego stronę. Nikt się nie poruszył. Zwyczajnie stoimy i patrzymy na niego przez otwory w kominiarkach. To właśnie ten zastój stopniowo go wyniszcza. On sam jest brutalem. Preferuje gwałtowne działanie. Nigdy nie chwycił za papier i pióro, aby stworzyć wiersz czy piosenkę. Swoje sonety pisał krwią innych ludzi na kartach ich kruchej psychiki. Jego dzieła zebrane były w obumarłych fragmentach jaźni tych, którzy nie wyrządzili mu osobiście żadnej krzywdy. Podjęli tylko głupie decyzje i zadłużyli się u niewłaściwego człowieka — jego szefa. Te fragmenty były ich siłą, ciepłem, nadzieją. Wywlekał wspomnienia i uczucia. Rozkładał je przed sobą, nagie i bezbronne. Teraz zabierzemy mu ich odpowiednik. Wyciągniemy z jego umysłu, choćby zapierał się rękoma i nogami.

Różowiutki nosek jego króliczka drży.

Języczek zwilża malutkie łapki.

Ogonek podryguje.

Wielu ludzi mówi, że ten czy tamten zasługuje na śmierć. Może tak, a może nie. To taka subiektywna sprawa. W przypadku tego konkretnego człowieka, przynajmniej moim zdaniem: nie. Zasługuje, by żyć. Żyć i pamiętać. Być znakiem. Komunikatem dla swojego szefa i innych. Kiedyś mówiono o nim rekin, ale kiedy z nim skończymy, narobi w pieluchy nawet na widok delfina.

Albo króliczka.

Możemy czekać godzinami, podczas gdy on będzie się pocił, zaklinał i błagał o litość. Cierpliwość jest cnotą, jak mawiał mój ojciec. Choć z drugiej strony równie dużo pierdolił od rzeczy. Cierpliwość jest cnotą jedynie wtedy, gdy, jak na cnotę przystało, dobrze ci służy.

Czyż nie?

***

Facet nazywa się Ronald James Davis. Przyjaciele, wrogowie i ofiary znają go jako Davo. Młodość spędził, zataczając się od jednego wykroczenia do drugiego. Wiem, nic godnego uwagi. Kiedy byłem młodzikiem, zdarzały mi się podobne rzeczy. Coś tam zwędziłem, coś tam zniszczyłem. Z tą różnicą, że on nigdy nie przestał. Taką wybrał sobie drogę w życiu. A z każdym krokiem było na niej coraz więcej przemocy. Wraz z jej nasileniem rosła też jego reputacja.

Załapał się na bramkarza w lokalnym klubie bilardowym. Uderzenia bili w kolorze dymu. Kule rozpryskujące się po oświetlonym, zielonym firmamencie. Idealne miejsce dla kogoś pokroju Davo. Idealna okazja na zetknięcie się z typami spod ciemnej gwiazdy. Cały ten pokątny handel narkotykami. Prowokowane kłótnie, w trakcie których nie raz trzaskało szkło. Wszyscy ci drobni kanciarze, szpanujący na wyrost swoimi eskapadami. Obserwujący, jak bez powodu nokautuje bogu ducha winnych graczy jednym strzałem z dyni i ugruntowuje swoją reputację człowieka agresywnie szukającego zaczepki. Wszystkie te tanie, tępawe dziewczyny z blokowisk, kręcące się wokół w oczekiwaniu na szybkie rżnięcie w kiblu. Aż je pazurki świerzbiły, żeby wbić się w jakiegoś niebezpiecznego gacha. Wreszcie zostać kimś w tym zaplutym kącie wszechświata. I spędzić resztę życia, żałując.

Naczelny bękart w oświetlonym jarzeniówkami królestwie.

Po drobnych starciach z prawem i odsłużonych pracach społecznych trafił wreszcie na półtora roku do pierdla za ciężkie uszkodzenie ciała. To właśnie po tym wydarzeniu zaczął być znany jako zakapior do wynajęcia. Każdy męt mógł wykupić jego usługi. Byle szmaciarz, który miał na zbyciu kilka funtów i robotę, której sam albo się bał, albo był na nią za mądry. Kiedy nie chciałeś pobrudzić sobie rąk, przychodziła kolej na Davo.

Wymuszenia. Spłaty długów. Udzielenie komuś „lekcji”. Zastraszanie. Davo znał się na tym jak mało kto. To właśnie wtedy wpadł w oko swojemu obecnemu szefowi.

Do którego adresowany jest nasz liścik miłosny.

Nadal czekamy.

***

Możliwe, że dręczy was pytanie: skąd wiem aż tyle o naszym drogim Davo? Wszystko jest w jego papierach więziennych, raporcie psychologa i dokumentach z aresztu. Eksperci nabazgrali swoje notatki i sprawili, że stały się rzeczywistością.

Teraz przerzucił się na groźby. Zaczął od klasyków. Znajdzie nas. Będziemy cierpieć. Nasze rodziny będą cierpieć, a domy wypali do gołej ziemi. Nasze dzieci potnie rozbitym szkłem. Nie będziemy mieli gdzie się ukryć. Słodka naiwności! Kto by pomyślał. Kto by pomyślał, że w takiej sytuacji będzie nadal uważał, że może nam grozić. Co za bezpretensjonalna, zwierzęca głupota. Sprawia, że niemal ci go żal. Mały króliczek złapany we wnyki. Nie ma pojęcia, z czym przyjdzie mu się zmierzyć, gdy któreś z nas wreszcie się poruszy. Naprawdę powinien sobie darować te groźby.

Teraz z kolei dostrzega absurd, jaki faktycznie sobą przedstawiamy. Zanosi się śmiechem, obrażając nas i plując dookoła. Dowcipkuje. Dostrzega komizm całej sytuacji. Jego reakcja nie jest odosobnionym przypadkiem.

Oni wszyscy nadal uważają, że działamy w obrębie prawa. Że nic, co zrobimy, nie będzie miało na nich wpływu. Mylą się. Nie dostrzegają faktów. A fakty są takie, że to oni są bezsilni. Poświęcili całe swoje życie na gromadzenie wpływów. To oni zawsze dominowali. Dzięki sile, bo kto ma siłę, ten ma rację. Tak działa świat. Przynajmniej według nich. Dlatego właśnie śmieją się, ale to jedyne, co są w stanie zrobić. Wielu z nich tak ma. To ich własna wersja modelu Küblera–Rossa. Pięć stadiów żałoby. Zaprzeczenie, gniew i tak dalej. Zaczynam uśmiechać się razem z nim. Nazywam to trybem Chuligańskiej Akceptacji Tortury, w skrócie trybem CHAT.

Szok. „Walcz lub uciekaj”. Groźby. Kpina.

Może któregoś dnia napiszę o tym książkę.

Nadszedł ten moment.

Króliczek puka do drzwi.

„Wpuść mnie”, szepcze.

Ktoś po mojej prawej wykonuje ruch.

Startujemy jak jeden organizm.

Naciskam przycisk wieży stereo, która gra Magical Mystery Tour, na pętli, bardzo głośno. Zakładamy nasze słuchawki przemysłowe. Wybraliśmy ten album wierząc, że nasza wspólna nienawiść do Beatlesów doda całej sprawie trochę pikanterii.

Już czas.

Osoba obok mnie sprawdza akumulator samochodu. Iskrzy. Wtyczki zostaną przytwierdzone do fragmentów anatomii Davo, wybranych specjalnie na tę okazję. Wiecie, co mam na myśli.

Mistycznej Podróży już czas.

Ktoś inny patrzy na swój młot. Zastanawia się, którego końca powinien użyć najpierw. Decyzje, decyzje.

Jeszcze inna osoba natłuszcza gigantyczne czarne dildo. Z takich, którymi da się zabić człowieka. Na różne sposoby.

Podróż Magiczna, Mistyczna, już czeka, by porwać cię w dal.

Jest dopiero piątek, żadne z nas nie idzie do pracy aż do poniedziałku rano. Mamy cały weekend, żeby się ze sobą zapoznać. Osobiście, a wręcz intymnie. Nigdy nie zrozumie, dlaczego mu to robimy. Bo nie chcemy żadnych informacji. Nie chcemy przekazać go policji. Nie zrozumie, że to dlatego, że wszyscy ponieśliśmy porażkę. Każdy z nas.

Doczekać nie możesz się.

Jesteśmy przegrani.

Wnet porwie cię.

Króliczek kica dookoła krzesła.

Krąży ze stokrotkami w łapkach.

Chce wpleść mu kwiat we włosy.

Już nie dostrzegam Davo.

Otacza go czerń.

W głowie słyszę głos mojej zmarłej żony.

Śpiewa do mnie.

Dziś mi odpowiedź daj.

A ja zastanawiam się, jak do tego wszystkiego doszło.

 

KONIEC

 

Bio: Jason Michel jest dyktatorem bezpardonowego czasopisma Pulp Metal Magazine oraz scenarzystą i wykonawcą neo-noirowego podcastu, The Black-hearted Beat. Jego najnowsza książka, The Death Of Three Colours, jest dostępna w witrynie Amazon.

Advertisements

Cyk – Paul D. Brazill (przeł. Martyna Bohdanowicz)

 

Po czterdziestu pięciu latach małżeńskiej katorgi, która w najlepszych momentach przypominała brodzenie po pas w melasie, Oliver Robinson osiągnął granice wytrzymałości i udusił żonę poduszką z beżowego sztruksu, którą przypadkowo nadpalił papierosem dwa pełne napięcia dni wcześniej.

Przez większość życia Oliver był człowiekiem spokojnym. Swoje seksualnie jałowe małżeństwo – mdłe posiłki i męczące wakacje – przyjmował stoicko, niemal obojętnie. Było jednak coś, co podkopywało jego cierpliwość i ostatecznie skruszyło jej fundament – nieustanna dezaprobata Glorii wobec wszystkich jego działań.

To i cykanie.

Cykanie nieodzownie towarzyszyło grymasowi, który na twarzy Glorii wywoływał każdy wieczorny drink czy zapalony papieros. Nabierało mocy, gdy Oliver niechcący rozsypał sól. Albo zaklął. Albo do późna w nocy czekał na transmisję snookera. Nieprzerwane cyk, cyk, cyk przypominało odgłos karabinu maszynowego, który od rana do wieczora rozbrzmiewał w ich londyńskim mieszkaniu do chwili, gdy przelała się czara goryczy.

Zawijając ciało żony w biały, puchaty dywan łazienkowy, Oliver doszedł do wniosku, że choć powinien odczuwać wyrzuty sumienia, przygnębienie czy strach, nie potrafił się na to zdobyć. A wręcz przeciwnie. Właściwie czuł się tak lekki i wolny jak napełniony helem kolorowy balon, który zerwał się z uwięzi i unosił nad jaskrawo oświetlonym wesołym miasteczkiem.

Zabezpieczył dywan szarą taśmą i zwlókł ciało po schodach do piwnicy. Obijając się o kolejne stopnie, głowa Glorii wydawała dźwięk przypominający cykanie, tak że Oliver musiał powstrzymywać się przed wymamrotaniem „przepraszam”.

Już dość się naprzepraszał.

***

Nalał sobie whisky (o ósmej rano!) – smakowała lepiej niż wszystkie, których do tej pory próbował. Omiótł wzrokiem swój sterylny dom z kanapą wciąż zawiniętą w folię, w której przyjechała, a na jego twarzy zagościł uśmiech.

Rozkoszując się ciszą, stłumił w sobie potrzebę usunięcia wymiocin Glorii z poduszki, która przyczyniła się do jej zgonu. Ze skrytki wydrążonej w twardookładkowym wydaniu Szczęk – Gloria nie aprobowała fikcji, więc nigdy nie przyszłoby jej do głowy, by tam szukać – wyciągnął Marlboro bez filtra i zaczął wypalać dziury we wszystkich poduszkach w całym domu.

A później w kanapie.

Krótki napad piromanii Olivera przerwało dobiegające z korytarza cyk, cyk, cyk. Serce podeszło mu do gardła – ale szybko wyszło na jaw, że to tylko poruszana wiatrem klapka na listy. Oliver zaśmiał się z ulgą.

***

Usunięcie ciała Glorii okazało się łatwiejsze niż przypuszczał. W pogodny kwietniowy poranek załadował trupa do bagażnika samochodu – cały czas mając oko na wścibskich sąsiadów – i ruszył w kierunku wioski Innersmouth i zaniedbanej farmy Jeda Bramble’a.

Jed był starym kolegą ze szkolnej ławy i, podobnie jak sam Oliver, członkiem Ochotniczej Armii Rezerwowej. Co jakiś czas spotykali się, by w zaciszu obskurnej, zadymionej gospody Innersmouth Arms dyskretnie obalić drinka – a Jed za kołnierz nie wylewał. Według planu należało spić go do nieprzytomności, a ciało Glorii rzucić na pożarcie świniom. Oliver wiedział, że farma ledwo trzymała się na nogach, podobnie jak większość żywego inwentarza, dlatego miał pewność, że wygłodniałe świnki z radością wrzucą Glorię na ruszt.

Siedzenie pasażera w samochodzie zajmowała torba z hipermarketu, a w niej sześć butelek whisky Grant’s. Na wszelki wypadek Oliver zabrał też w kieszeni butelkę diazepamu, tego samego, którym wcześniej otumanił Glorię.

Przed samym Innersmouth zaczęło padać. Deszcz dzwonił o szyby: cyk, cyk, cyk. Rzadki kapuśniaczek przeszedł następnie w rzęsistą ulewę. Cyk, cyk, cyk, cyk, cyk.

Oliver włączył wycieraczki, ale każde ich skrzypnięcie przypominało raczej cykanie. Otworzył butelkę whisky i pił, dopóki odgłosy deszczu nie zaczęły brzmieć tak, jak powinny.

Jed stał przed stodołą ze strzelbą na ramieniu i sam wyglądał niewiele lepiej od rozpadającego się budynku. Jego zmierzwione włosy były długie i tłuste, a przekrwione oczy zalśniły jak lampki na choince, gdy dostrzegł zawartość torby Olivera.

***

Chłodne powietrze poniedziałkowego poranka miało aluminiowy posmak. Dręczony kacem i zadyszką Oliver wytargał zwłoki Glorii z samochodu i wrzucił je do chlewa. Wygłodniałe bestyjki ochoczo zabrały się do uczty. Widząc to, Oliver zwymiotował, ale w żaden sposób nie przerwał im konsumpcji.

Na farmie Jed nadal spał przy kuchennym stole, donośnie pochrapując. Spocony i roztrzęsiony Oliver zapadł się w zdezelowany fotel. Postanowił zostać z Jedem przez kilka dni, na wszelki wypadek podtrzymując jego stan upojenia do momentu, aż doczesne szczątki Glorii nie zostaną w pełni skonsumowane. Ale w miarę jak dni stawały się ciemniejsze, cykanie powróciło.

Tykanie wahadłowego zegara przemieniło się w natarczywe cyk, cyk, cyk. Kap, kap, kap cieknącego kranu, które spędzało Oliverowi sen z powiek, brzmiało jak cyk, cyk, cyk. Pogodne i energiczne stuk–puk listonosza o drzwi wejściowe sprawiało mu ból gorszy od wypadającej plomby. Włączył radio, ale nawet tam Bob Dylan cyk, cyk, cykał do nieba bram.

***

Zwykle tętniąca życiem główna ulica Innersmouth niemal całkiem opustoszała. Miejscowi z przerażeniem chowali się wewnątrz budynków – w sklepach, pubach, knajpach z fast foodem. Oliver kroczył przed siebie ze strzelbą Jeda na ramieniu. Niezależnie od tego, ilu ludzi położył trupem, nie mógł uciec od dezaprobaty Glorii.

Cyk, zastrzelił listonosza.

Cyk, cyk, pociągnął za spust i rozkwasił głowę mleczarzowi Harry’emu.

Cyk, cyk, cyk, przerobił na tatar grubego posterunkowego Thompsona, który w panice usiłował przeleźć przez ogrodzenie żłobka.

Gdy do jego uszu dobiegł odgłos nadciągających wozów policyjnych, zrozumiał, że istnieje tylko jedno wyjście.

Wepchnął lufę do ust i wystrzelił.

Ostatnim odgłosem, jaki usłyszał, było donośne CYK!

KONIEC