Category Archives: Nick Sweeney

Zaginął pies – NICK SWEENEY (PRZEŁ. Anna Kuksinowicz )

W wiadomościach na świecie pojawiła się o tym incydencie zaledwie wzmianka, ale w Polsce katolickiego renesansu, skąd też zaginął medalion podarowany przez ów kraj czcigodnemu Papieżowi Polakowi za jego zasługi dla Kościoła, jeszcze przez długi czas czerwieniono się ze wstydu. Szczegóły afery nie pozostawiały wątpliwości: stróże nocni byli w trakcie ostatniego obchodu warszawskiego Muzeum Kolekcji im. Jana Pawła II, gdy weszli do  głównej Sali i poczuli powiew wiatru na karkach. Pośrodku pomieszczenia stała szklana gablota, gdzie, na grubym suknie w kolorach papieskich – żółci i bieli, powinien znajdować się medalion. Wystarczyło jedno spojrzenie w górę, by okazało się, że w kopule brakowało panelu, widać było też drabinę sznurową z jasnego nylonu oraz kogoś, kto po mistrzowsku i z wielką śmiałością przeprowadził błyskawiczną akcję.

Nowokuński, inspektor warszawskiej policji, wydał oświadczenie, z którego wynikało, że w Polsce znajduje się niewielu ludzi, którzy mogli wykonać taką sztuczkę, i że jest już na ich tropie, a nawet dokonał kilku aresztowań. W międzyczasie problem pozostawał żywy. Towarzyszyło mu ogólne odczucie, że jeśli medalion się nie odnajdzie, pozostawi to trwały ślad na Polsce w opinii katolickiego świata.

Teodor Król miał oczywiście bardziej prozaiczne sprawy na głowie: kulejąc, szedł w stronę centrum miasta i niósł ulotki domowej roboty z wizerunkiem przyjaźnie wyglądającego jamnika. Ludzie uśmiechali się, kiedy pytał, czy widzieli jego psa, ponieważ w Warszawie było pełno jamników. A potem mu współczuli, gdyż, oprócz zaginionego dziecka, nic tak nie dotyka serc warszawiaków, jak zaginiony pies.

— Reaguje na imię: „Misiek”? — Brali od niego ulotkę i z powagą obiecywali, że zadzwonią, jeśli zobaczą zgubę. Teodor wlókł się dalej, przyklejając ulotki do słupów reklamowych i ścian w okolicy uniwersytetu w nadziei, że oczy przechodniów przykuje jedno napisane pogrubioną czcionką słowo: nagroda.

Dotarł aż do Kościoła Nawiedzenia, po czym usiadł na pobliskim murku, aby odpocząć. Teodor wyglądał jakby potrzebował odpoczynku. Włosy mu sterczały na wszystkie strony, a wokół jednego oka pojawiła się obwódka w ponurym odcieniu niebieskiego. Inne siniaki wykropkowane na jego ciele były świadectwem dnia zniewag zafundowanych dzięki uprzejmości warszawskiej policji, która zjawiła się jedynie po to, by niechętnie dojść do wniosku, iż w danym czasie nie był nawet w pobliżu muzeum.

— Kto raz stał się złodziejem — sugerowali kolejni śledczy — na zawsze nim pozostanie. — Teodor odpowiadał na ten banał złością, zrezygnowaniem, milczeniem, a czasami cierpliwie zachowywał dobry humor, pozwalając im kontynuować próby osiągnięcia swojego celu.

Nie mógł zaprzeczyć, że zdobył pewne umiejętności w jednej z najlepszych szkół – tajnej policji generała Jaruzelskiego – WRONIE. Było też powszechnie wiadomo, że został stamtąd wyrzucony z powodu swojego nieortodoksyjnego wykorzystywania tychże technik. Łatwiej było zaprzeczyć temu, że na wygnaniu, w Holandii i Niemczech, używał owych umiejętności do budzących podejrzenia przedsięwzięć.

— Jestem na emeryturze — tłumaczył nieustannie. — Przecież mam pięćdziesiąt siedem lat…

— I świetną kondycję, niczym mężczyzna w kwiecie wieku — grzecznie mu przerywano.

— Obijam się w swoim mieszkaniu — kontynuował z godnością starca, a zarazem zuchwalstwem kogoś, kto zna się na psychologii przesłuchania. — Wyprowadzam psa i maluję. To wszystko. — Kilkakrotnie sprawdzano jego alibi, scenariusz, według którego miał spędzić wieczór z przyjaciółmi w kawiarni Literacka, po czym udał się do swojego mieszkania w Śródmieściu z kobietą, którą nazwał swoją starą znajomą – jedną z muzyków grających w owej kafejce. Zeznała, że widziała, jak Teodor idzie spać, po czym budzi się nazajutrz. Była świadkiem aresztowania Teodora tego ranka.

Drugim świadkiem był Misiek, który ujadał i kąsał policjantów w kostki, zanim udało im się wypędzić go kopniakiem na ulicę, gdzie ślad po nim zaginął. Teodor mógł się temu tylko bezradnie przyglądać.

— Mój pies — skarżył się tak często, jak tylko mógł. — Zamierzacie zrobić coś z moim psem, tak?

Poinformowano go z wyższością, że może sobie kupić drugiego, a po tygodniu nawet nie zauważy różnicy.

— Twój pies nie ma tu nic do rzeczy. — Chwila odprężenia szybko została zapomniana, wrócili do mroczniejszych spraw. — Porozmawiajmy o zeznaniach twojej znajomej. — Jednak nie ważne jak bardzo je zmieniali, powtarzając je zarówno Teodorowi, jak i samym sobie, były one irytująco spójne.

— Mówisz, że malujesz? — upewnił się śledczy.

— Tak. — Pytanie obudziło czujność Teodora; mężczyzna przecież już to wiedział. — Na pewno dokładnie przeszukaliście moje mieszkanie — dodał. Odpowiedział mu szeroki uśmiech. Teodor wiedział, że rozebrali jego łóżko na kawałki i to samo zrobili z telewizorem, opróżnili też każdy garnek w jego kuchni. — Nie widzieliście moich landszafcików?

— Widziałem. — Śledczy wykonał przepraszający gest. — Żaden ze mnie miłośnik sztuki. Jestem pewien, że są całkiem dobre. Zastanawiałem się, co masz na dłoni – to czarne.

— Farba akrylowa. — Teodor uniósł palec. — Zostaje na skórze.

— Naprawdę? — Śledczy stracił zainteresowanie. — Hej, posłuchaj. Te obrazy… Łatwo jest je włożyć z powrotem do ram?

Kiedy Teodora wypuszczono w świat, udał się do schroniska dla zwierząt przy ulicy Na Skraju i dokładnie obejrzał każdego jamnika jakiego tam mieli, ale żaden nie był Miśkiem. Zamieścił małe ogłoszenie w Gazecie Wyborczej, w kolumnie „Zaginął pies”, a następnie zabrał się do robienia ulotek.

— Stało ci się coś w oko, nie? — Mężczyzna przybliżył swoje pośladki do murku, siadając obok Teodora. Kiedy odwrócił się w jego stronę, w twarz buchnęły mu opary wódki.

— Spadłem z ławki — odpowiedział.

— Ławki, taa. — Mężczyzna pokiwał głową niczym prawdziwy mędrzec. Miał taką samą szczecinę na podbródku jak Teodor, tak samo nieuczesane włosy, nieświeże ubrania. Na pierwszy rzut oka sprawiali wrażenie bratnich dusz. — Trzeba uważać na ławki — poradził mężczyzna, a Teodor uśmiechnął się sztywno.

— Co tu masz? — Mężczyzna wyciągnął rękę. — Daj spojrzeć, co? — Teodor wręczył mu jedną z odbitek i wytłumaczył swoją misję.

— Widziałem tego psa — stwierdził mężczyzna takim tonem, jakby doświadczył olśnienia. Teodor przybrał wyraz twarzy mówiący „zaskocz mnie” i zapytał:

— Gdzie to było?

Mężczyzna spojrzał mu w oczy, jedno po drugim, tak jak robią to pijani ludzie.

— Tu jest napisane „nagroda”. — Mężczyzna zastukał w ulotkę. — Ile jest tej nagrody?

— Pięć tysięcy złotych — odparł Teodor. Mężczyzna zrobił szopkę, udając, że rozważa ofertę.

— Hej no, posłuchaj, mam dla ciebie propozycję. Dzisiaj w nocy dostarczę ci psa — stwierdził mężczyzna. Teodor patrzył, jak suma przechodzi stopniowy proces w mózgu mężczyzny, patrzył, jak proces ten zostaje zarejestrowany na jego twarzy jako konsternacja, a następnie zamienia się w chciwość. — Mówiłeś pięć tysięcy?

— Pięć tysięcy — potwierdził Teodor i zaśmiał się nerwowo razem z mężczyzną. — Teraz ty mnie posłuchaj. — Teodor był już zmęczony swoim kompanem. — Chcę swojego psa. — Jego głos przybrał ton cichego autorytetu, znowu stał się Teodorem Królem z WRONY,    z czasów kiedy obracał się w podziemiach Hamburga i Amsterdamu. — Nie chcę psa jakiejś staruszki, chcę swojego. Dostaniesz pięć tysięcy, jak przyniesiesz mi Miśka. Rozumiemy się?

Mężczyznę nagle przeraziła suma. Teodor już wcześniej widywał ludzi, którzy docierali do punktu, w którym przestawali czuć się pewnie. W uspokajającym geście położył rękę na ramieniu pijaczyny i powiedział łagodnie — Nowe złotówki, pięć tysięcy. Jamnik krótkowłosy, czarno-podpalany, jasny brzuch, reaguje na imię „Misiek”, nosi czarny medalik doczepiony do obroży, niewiele większy niż tyle — złączył kciuk i palec wskazujący. — Jeśli go znajdziesz, będziemy przyjaciółmi do końca życia.

— Przyjaciele do końca życia, co? — Mężczyzna smutno potrząsnął głową, zaskoczony ogromem tej myśli, jednak coś w głosie Teodora z przeszłości przekonało go o tym, że pięć tysięcy nie było przeznaczone dla niego. — To… fajno. Ej. — Z ulgą pozwolił na to, by dwa samochody policyjne jadące z hałasem Krakowskimi Przedmieściami w jakiejś głośnej, pilnej sprawie, rozproszyły jego uwagę. — Popatrz na tych głupich milicjantów. Ganiają po mieście jak muchy z niebieskimi tyłkami, na pewno za medalionem papieża. Nie do pomyślenia, co? Kto by kradł medalion ojca świętego, co nie? W Rzymie jakoś udało się nim zająć. Był w Dublinie. Był w Madrycie, Paryżu. Nawet łobuzy z Nowego Jorku go nie zwędziły. Był w Krakowie. Przenieśli go do Warszawy, i co?

— Okropne — przytaknął Teodor.

— Nie ujdzie mu to na sucho.

— No — zgodził się Teodor, ale dodał — a skąd to wiesz?

— Cóż — stwierdził mężczyzna — kto by go kupił? Mam na myśli to, że jaki zysk miałby z niego którykolwiek ze złodziei?

— Istnieją prywatni kolekcjonerzy — Teodor zasugerował ostrożnie. — Mężczyźni w… Niemczech… Holandii. Straszni ludzie z większą ilością pieniędzy i władzy niż możesz to sobie wyobrazić, ludzie z obsesją, których domy pełne są dzieł Michała Anioła, Da Vinciego, Van Gogha. Bezcennych rzeczy.

Pomyślał o małym medalionie, cienkim jak wafel złocie pochodzącym z podstawy wawelskiego kielicha; po jego jednej stronie widniał delikatny symbol krzyża, na którego ramionach wygrawerowane zostało imię Papieża Polaka, a po drugiej, niesamowicie małymi literami, wyryte zostały imiona wybrane przez wszystkich następców Świętego Piotra w Rzymie. Szkoda, że musiał go pokryć farbą akrylową, pomyślał, ale zawiera ona plastik, dzięki czemu można ją łatwo zeskrobać, kiedy tylko się chce, i właśnie to było jej plusem.

— A jednak ma swoją cenę. —  Teodor pozwolił sobie na odwagę, myśląc o tym i o walizce pełnej dolarów.

— Śmieszna sprawa — stwierdził mężczyzna.

— Kapitalizm to rzeczywiście — Teodor wstał, zamierzając odejść — szalona rzecz.

— Ej, idziesz już?

— Mam coś do załatwienia. — Teodor pomachał pękiem ulotek. — Muszą zniknąć.

— Na pewno bardzo kochasz tego psa, przyjacielu. — Mężczyzna wstał wraz z Teodorem. — Lubię to w ludziach. Za mało dobra na świecie, wiesz o co mi chodzi? — Spojrzał na ponury kościół znajdujący się za nimi i, poruszony, kontynuował — W Biblii jest napisane, że dobroć jest ważniejsza od dóbr, i jeśli to prawda – a sądzę, że tak jest – to rzeczywiście musisz być naprawdę bogatym człowiekiem. W każdym razie — powiedział Teodorowi to, co każda warszawska pijaczyna — jesteś prawdziwym Polakiem. — Wyciągnął do niego rękę, Teodor ją złapał i przez kilka sekund wymieniali się uściskiem dłoni. — Znajdę dla ciebie twojego psa — obiecał mężczyzna. Teodor uśmiechnął się szeroko.

— Jak ci się uda — powiedział — to zrobisz ze mnie najbogatszego człowieka w Warszawie.

Skończył przyklejać i wygładzać, po czym udał się do kafejki Nowy Świat, gdzie usiadł pośród jej sztucznej weneckiej wystawności i pił kawę. Czytał z roztargnieniem gazety, rozmyślając nad zmiennymi kolejami swojego losu; najpierw obmyślał strategie na znalezienie Miśka, a później, w przypływie kontrolowanego optymizmu, na wydawanie sum pieniędzy, które przechodziły od niesamowitych do szaleńczych.

Kiedy zszedł z górki, instynktownie zauważył dwa nieoznakowane samochody policyjne, jeden zaparkowany na chodniku przed jego blokiem, a drugi przed japońską restauracją znajdującą się po przeciwnej stronie ulicy. Poczuł, że wzmaga w nim pobudliwy gniew starszego człowieka, po czym przypomniał sobie, że złość nic tu nie da; znowu zostaną mu postawione głupie pytania, znowu na nie odpowie i będzie miał nadzieję, że znudzi ich to szybciej niż jego.

Podszedł bliżej, jedne z drzwi samochodu, znajdującego się przy bloku, otworzyły się, i wyłonił się z nich sławny inspektor Nowokuński, machając radośnie.

— Dobry wieczór, Teodorze — przywitał go. Ten skłonił się.

— Zdaje się, że znów mogę pomóc, inspektorze — powiedział uprzejmie.

— Myślę, że tak. — Twarz inspektora zamieniła się w maskę z groteskowym, przesadnym uśmiechem, kiedy powiedział — Mam dobrą i złą wiadomość. — Teodor mógł tylko patrzeć, jak inspektor sięga w dół i otwiera tylne drzwi samochodu, wypuszczając policyjnego opiekuna psów, który kurczowo trzymał podekscytowanego jamnika. — Zdaje się, że w zwyczaju jest podawać najpierw dobrą wiadomość — stwierdził inspektor. — A więc oto twój pies.

 

Advertisements

OSTATNIE KORONKI – Nick Sweeney (PRZEŁ. ALEKSANDRA GUZIK)

To było zupełnie niespodziewane jak na tak spokojny dzień – podmuch wiatru poderwał kapelusz Magdy i ściągnął go z jej głowy. Wyciągnęła rękę, ale nie złapała go i zaklęła.

– Jesteśmy teraz na placu, Alicjo – powiedziała, nie mogąc się zdecydować, czy trzymać mocno córkę, czy schylić się po kapelusz, ale właśnie wtedy wiatr jeszcze raz się o niego upomniał i zdmuchnął go za róg.

W jej brzuchu zalęgła się pustka, która wzbierała niemal z wdziękiem – przesunęła się najpierw do piersi, potem osiadła w gardle, w ustach i nosie, aż w końcu wydostała się na zewnątrz i wsiąkła w powietrze. Magda przystanęła na chwilę, mrugając oczami i wypuściła z siebie oddech, który zdawał się trwać minutę, po czym ruszyła dalej.

Zerknęła na arkady we włoskim stylu i ukryte pośród nich okna, pilnując się, by nie zaglądać do środka. Już wcześniej próbowała w  kilku odnaleźć swój własny dom, jednak natknęła się wyłącznie na twarze zastygłe w niepokoju.

– Tu był sklep wuja Piotra – poinformowała Alicję. – Brata twojego dziadka. To był taki sklep z tym i tamtym, no, z takimi pierdółkami.

Oczami wyobraźni zobaczyła te wszystkie nitki, wełny i wstążki nawinięte na szpule, guziki we wszystkich kształtach, rozmiarach i kolorach, kartoniki z malutkimi haczykami, których zadaniem było przytrzymywanie damskiej bielizny, no i koronkę, kilometry koronki. Piotr świadczył usługi krawieckie pulchnym kobietom, uznając ich zauroczenie weselami, szkolnymi przedstawieniami, przyjęciami czy pogrzebami, na które trzeba było się przygotować i przemyśleć wszelakie błahostki i falbanki, za głupotę nabytą w podeszłym wieku. Jej ojciec zawsze powtarzał, że pracując w sklepie, Piotr sam zmienił się w taką podstarzałą kobietę – wysłuchiwał niekończących się plotek, a na te wszystkie dramaty otwierał szeroko oczy i zaokrąglał usta w literkę „O”.

– Zniknął podczas wojny – powiedziała Magda. – Zabrali go gdzieś na tyłach ciężarówki i już nigdy nie wrócił.

Jej ojca spotkał lepszy los, nawet jeśli stało się na ich oczach. Inteligencja miasta została powieszona na placu tylko dlatego, że zasiadała w zarządach, ustanawiała prawa przewozowe i organizowała bale przebierańców i światełka na Boże Narodzenie.

– A jednak nie byli wystarczająco inteligentni, żeby stąd spieprzyć – usłyszała pewnego kawiarnianego nieroba jakoś niedługo po wojnie. Spojrzała na niego, nie będąc w stanie wydusić ani słowa. Jeszcze tego samego dnia szukała go w tej kawiarni, przeczesywała wzrokiem nieruchome przedmioty i twarze, chwytała za włosy obce głowy i podnosiła je znad stołów, ale nie znalazła go. Splunęłaby mu prosto w oczy, a byłaby to i tak litościwa zemsta na człowieku, który nie robił nic w swoim życiu oprócz siedzenia w kawiarni i wygłaszania niekulturalnych spostrzeżeń.

Na placu matka zakryła dłońmi jej oczy, ale Magdzie nigdy nie udało się zapomnieć miarowego skrzypienia, jakie wydawała zapadnia – najgłośniejszego dźwięku w tym milczącym, odległym dniu.

– Tak było lepiej – uznała, że powinna wytłumaczyć to Alicji. – Przynajmniej wiedziałyśmy, nie musiałyśmy się zastanawiać, czy ojciec nie leży w jakiejś dziurze gdzieś na wschodzie. Miałam tyle lat co ty teraz, byłam w wieku, kiedy niektórych rzeczy nie trzeba rozumieć, po prostu trzeba je zrobić.

Poprowadziła Alicję koło domu nazwanego „Pod syrenką”, gdzie kiedyś mieściła się pierwsza apteka w kraju i, przelotnie, główna siedziba tajnej policji w ostatnich dniach wojny. Na szczęście nie była tego świadoma, dopóki miejsce nie stało się kawiarnią „Klub Literata”. Kiedy była studentką, przychodziła tam podczas wakacji rozmawiać o filozofii i książkach, żeby poczuć, że jest młoda, ważna i oczytana.

– Tam poznałam twojego ojca – przypomniała Alicji. Próbowała wyobrazić sobie go takim, jakim był wtedy – w ciemnym garniturze i ekscentrycznym, dziwacznym krawacie, z włosami gładko zaczesanymi w modnym w tamtych czasach stylu – ale przed oczami miała tylko jego obraz z tego dnia, kiedy widziała go po raz ostatni: bladego, starego i skulonego, usiłującego odnaleźć jakiś ostateczny spokój.

– A tam stoi dom, gdzie wygłosili obwieszczenie – powiedziała. Skinęła głową w stronę kamienicy czynszowej, której fryz udekorowany był postaciami rzemieślników, ale tak naprawdę wcale nie pamiętała, czy to na pewno był ten dom. Nie wiedziała też, o które obwieszczenie jej chodziło: to wygłoszone przez któregoś z jej ludzi, mobilizujące do buntu i powstania, czy sił okupujących, które w ten sposób zmuszały mieszkańców do pracy.

Zaraz nad ich głowami była kobieta ubrana w przepiękne czerwienie i biele typowe dla strojów wschodnich województw. Lekko kołysała się z poręczy balkonu na cienkiej linie zakończonej pętlą schowaną gdzieś w jej szyi. Obróciła się powoli z jedną ręką nieznacznie uniesioną. Magda miała na sobie taki sam strój na procesji Bożego Ciała, w szkolnych przedstawieniach, w zespołach tanecznych. Ona też unosiła dłonie i się obracała. Odsunęła od siebie ten obraz, pochylając głowę, ale za chwilę zastąpił go widok dziecka zastygłego w drzwiach ze zdziwieniem wymalowanym w szeroko otwartych woskowych oczach. Nie czekając, aż to intensywne spojrzenie ją sparaliżuje, Magda pognała z Alicją ulicą, która prowadziła do świętego Romualda. Zatrzymała się pod drzwiami kościoła, niepewna, czy wejść do środka.

– Tu zostałaś ochrzczona – powiedziała Alicji. – Ja też i twój ojciec, i nasi rodzice. Pobraliśmy się też tutaj.

Mogła iść dalej, wrócić do miasta, które kiedyś nieświadomie tętniło życiem, ale zaczęła ją ogarniać panika – najpierw mały skurcz, który potem zaczął rosnąć, zacisnął się na jej klatce piersiowej, kiedy porównywała ruchome obrazy z jej pamięci i historii z tym, co działo się dookoła niej. Sięgnęła do kapelusza, żeby naciągnąć go sobie na oczy i ze złością stwierdziła, że przecież już go nie ma.

 

***

Alicja powiedziała do słuchawki, że nic nie widzi, a Magda warknęła „Co ty wygadujesz?” tak zjadliwie, że doprowadziła córkę do płaczu.

– Daj mi porozmawiać z tatusiem – ponagliła ją.

– Nie widzę go. – Zdawało się, że to jedyne, co Alicja była w stanie powiedzieć. – Nie słyszę go – improwizowała dzielnie, aż po drugiej stronie zapadła miażdżąca cisza.

W wiadomościach powiedzieli, że nikt nie może wjechać do miasta ani z niego wyjechać. Dwóch młodych żołnierzy w skafandrach kosmicznych zatrzymało Magdę na ostatniej blokadzie drogi, chcieli wiedzieć, jak udało jej się ominąć pozostałe. Magda musiała więc im pokazać, musiała ich zastrzelić ze starego rewolweru, którego jej ojciec nigdy nie użył, bo ufał mocy słów – tylko po to, by wcisnęli mu je z powrotem do gardła przy pomocy liny.

– Jestem w tym wieku – wytłumaczyła jednemu z astronautów spowita ciężką chmurą dymu unoszącą się dookoła niej – kiedy niektórych rzeczy nie trzeba rozumieć, po prostu trzeba je zrobić.

Stała tam przez chwilę, po czym wsiadła z powrotem do samochodu. Spojrzała na iglice kościelnych wieży swojego miasta i, kawałek na wschód, tlące się ruiny dogasających wież i kominów elektrowni – pierwszej takiej w kraju, zbudowanej przez i dla ludzi jeszcze w tych dniach, kiedy rozpoczynali pełen optymizmu marsz w stronę rozświetlonej nocy dwudziestego wieku. Teraz, zaduszając miasto kłębowiskiem pyłu, dymu i trucizny, elektrownia przywracała ciemność.

***

Magda przeniosła Alicję przez tę część średniowiecznej ściany miasta, która służyła za bramę cmentarza. Starała się zignorować świeżo wykopane doły, zerknęła tylko na ich groteskowego strażnika, martwego astronautę ustawionego pionowo przy swojej łopacie – był jeszcze dzieckiem. Nie przyglądała się ani ciężarówce z otwartym nadwoziem, ani jej nadzwyczajnemu ładunkowi: kolejny młody astronauta leżał sztywny w  kabinie z licznikiem Geigera na kolanach tykającym tak pospiesznie, że brzmiał on raczej jak mruczenie jakiegoś drapieżnego kota.

Na szczycie rodzinnego grobowca także był chłopiec, biały anioł z kamienia, pełen wdzięku nawet z brakującym nosem. Wyznaczał najwyższy punkt cmentarza. Magda zaprowadziła Alicję na wzniesienie.

– Bądź dobrą dziewczynką i poczekaj tutaj – poinstruowała ją, wzięła łopatę i zaczęła kopać. Skończyła pracę jakieś czterdzieści minut później, kiedy Alicja – owinięta w zestarzałą, żółtawą koronkę, ostatnią z asortymentu wuja Piotra – została zakryta ostatnią garścią ziemi.

Magda nigdy nie była skora do płaczu, ale coś jej mówiło, że tym razem mogła płakać, jeśli tylko chciała. Przeciągnęła się i usiadła na grobie, znów ujrzała kościelne wieże i szczyty kamienic czynszowych na placu. To było ich renesansowe miasto położone na obrzeżach barbarzyńskiego wschodu i dorastając tam, nigdy nie mieli wątpliwości, że byli ostatnim bastionem światłej cywilizacji.

Spojrzała na wyblakłą tarczę swojego zegarka, ale musiała zgadywać, że jest około południa. I rzeczywiście, w tym momencie dzwony na wieży kościelnej zaczęły dzwonić. To była zagadka, nad którą z przyjemnością mogła się zastanowić w mieście rozciągającym się przed jej oczami – pełnym światła i kolorów, ruchów i odgłosów; błyszczącym nieznośną jasnością, która odbiła się od jej zegarka i zaczęła niknąć.

 

Transakcja – Nick Sweeney (przeł. Aleksandra Guzik)

Witek Galicki nie mógł tego wieczoru nazwać sukcesem. Kobieta uśmiechnęła się w sposób, który można by wziąć za zachętę, ale Witek zsunął się z niej delikatnie i uniósł rękę w przepraszającym geście. Odwrócił się tyłem i przysiadł na brzegu łóżka. „Nieudana transakcja” pomyślał.

–  Przykro mi – powiedział.

Miała na imię Magda. Witek usłyszał, jak mówi:

–  Nie przejmuj się, zdarza się przecież. – Usiadła obok niego, otoczyła ramieniem i skierowała palec w dół. – Jeśli chcesz, mogę… no wiesz.

– Och… nie trzeba, dziękuję. – Rozumiał, że kobieta czuje się w obowiązku zrealizować swoje usługi na warunkach, jakie ustalili. Prowadziła interesy, tak jak on. – To miłe z twojej strony, ale…

Jeszcze zanim skończył, Magda zawinęła się w szlafrok i wstała. Witek zaczął się ubierać. W biznesie wszyscy czasem dokonywali nieudanych transakcji, powiedział do siebie. Po prostu trzeba to spisać na straty i w przyszłości być mądrzejszym – albo raczej mieć więcej szczęścia.

Czasem nie wiedział, czy posiada którekolwiek z nich – mądrość lub szczęście, dopóki jakaś pełna znaczenia chwila, zrozpaczona twarz albo pechowiec ze swoją smutną historią nie przypomniały mu, że tak naprawdę ma przecież i to, i to.

Magda stała w drzwiach łazienki, wycierając twarz.

– Zdarza się – powtórzyła, a Witka pocieszyły te słowa, tak jak późniejsze zaproszenie do wspólnego wypicia kawy. Zastanawiał się, czy nie jest trochę za późno na kawę, ale ona uznała jego wahanie za brak pewności siebie. Wskazała głową w stronę kuchni. – I tak sama miałam się napić.

Zaproszenie było nowością. Miało ogromne znaczenie albo może nie znaczyło nic, ale Witek z zadowoleniem je przyjął. Zaczął wiązać krawat, potem go zwinął i spakował do swojej aktówki.

Podszedł do okna, obserwował śnieg osadzający się na ulicy, która omijała tory kolejowe i prowadziła do białostockiej stacji. Pojawił się grubo ubrany mężczyzna i odcisnął za sobą na śniegu ślady zimowych butów. Niedługo granicę przekroczy pierwszy pociąg z Białorusi. Wypluje z siebie handlarzy – cali obładowani będą brnąć przez miasto, żeby rozstawić stoisko z pierdołami na sprzedaż. Witek podziwiał, z jakim hartem ducha próbowali wyrwać drobniaki z gwałtownie rozwijającej się dookoła gospodarki kapitalistycznej. Oni też byli biznesmenami, nie zapominał o tym.

Taka była natura granicy – miejsca pojawiania się znikania. Granice powinny ucieleśniać wolność, otwartą przestrzeń, a mimo to były pod nadzorem, miały w sobie coś klaustrofobicznego. Symbolizowały możliwości, a jednak ludzie byli na nich przetrzymywani, obrażani, przeszukiwani, bici, pozbawiało się ich narodowości, strzelano do nich – a te ich przebłyski wolności stawały się tak samo krótkotrwałe jak ślady butów, co  znikają pod świeżym śniegiem.

Witek odwrócił się i zobaczył, jak Magda stawia na stole tacę: kawiarka, połyskujące łyżeczki, dzbanek z mlekiem, filiżanki i spodki z zastawy, którą nie pogardziłaby jego babcia, oraz ciastka. Usiadł obok niej na kanapie i powiedział pod nosem:

– O, jak miło.

Następnie oddali się zwyczajowemu rytuałowi – spytała, jaką kawę sobie życzy, ale całe te ceregiele poszły na marne, kiedy nie mogąc uchwycić absurdalnie małego uchwytu, niezgrabnie uniosła dzbanuszek i rozlała mleko po całej tacy.

Powiedział Magdzie, że obiło mu się o uszy, że zachodni biznesmeni pili kawę czarną, niesłodzoną. Dał radę przestrzegać tego zwyczaju – z wykrzywioną twarzą – równo tydzień. Oboje zaśmiali się z tego, jak podatny na sugestie był kiedyś Witek.

– To… ładny pokój – powiedział Witek. – W sensie, urządziłaś go… ładnie. Czuć spokój. – Podobało mu się, że zapaliła lampy, które miały klosze w pastelowych odcieniach – te w rogach otulały pokój delikatną poświatą. W tym temacie był ekspertem, widział już wiele kobiecych pokoi. Z zaskoczeniem odkrył, że opowiada jej, dlaczego tak się stało: że w związku z pracą żył w ciągłym ruchu, nie spotkał jeszcze odpowiedniej kobiety, w której mógłby się zakochać i później się z nią ożenić, i że – w głębi duszy będąc staroświeckim chłopcem – czekał, aż dostanie awans i odłoży trochę pieniędzy. „Co innego miałbym robić w międzyczasie?”, taka była jego odpowiedź na wyimaginowane oskarżenia. „Żyć w celibacie?”. Tak było lepiej, nie musiał zostawiać na długie tygodnie żadnej dziewczyny, której właściwie i tak nie zależało, nie było żadnych obustronnych podejrzeń o nieuczciwość.

– Jesteś szczery wobec siebie. – Magda objęła go ramieniem. – Każdy może być szczery wobec innych – powiedziała. – Najtrudniej być szczerym wobec samego siebie.

Witek nigdy nie patrzył na to z tej strony. Uświadomił sobie, że to prawda. Zgodzili się, że w tym skorumpowanym świecie, który ich otaczał, nie ceniono szczerości. Wolny rynek nie wynagradzał ani ciężkiej pracy, ani szczerości: wraz z nadejściem kapitalizmu w dawnym bloku komunistycznym zazdrość rozeszła się jak zaraza, zmieniła społeczeństwo w bezdusznych poszukiwaczy złota. Oboje zgodzili się, że wyrośnie z tego pokolenie, które w ogóle nie będzie znało życia.

– A więc komunizm pomagał w budowaniu charakteru? – Oboje skwitowali to śmiechem, a jednak odkryli, że tkwi w tym pewna ponura logika. – Tak jak te angielskie szkoły prywatne?

Ich śmiech ucichł i Witek spytał:

– Mieszkasz sama?

– Tak. – Drobna zmiana w wyrazie jej twarzy zdradziła nagłą czujność. – A co?

– Nie masz… – Chciał to wiedzieć jedynie z zawodowego punktu widzenia. Zastanawiał się, jak to ująć. – Żadnego… chłopaka?

– Nie powinno się pytać kobiet o takie rzeczy. – To był lekki afront. – Ale jestem za stara, żeby mieć chłopaka.

Kiedyś w gdyńskim porcie Witek widział ich w oddali, niedaleko starego posterunku celnego, gdzie zbierały się dziewczyny. Akurat podrzucał tam z powrotem jedną z nich, kiedy niski, chudy mężczyzna w zapinanej na zamek błyskawiczny skórzanej kurtce wetknął głowę przez okno samochodu Witka, jak gdyby był panem i władcą, wyszczerzył zęby w uśmiechu, po czym zapytał:

– Dobrze się pan bawił?

Witek wyczuł szyderczą nutę w tym pytaniu i zastanowił się nad odpowiedzią.

– Jaka była? – nie ustępował mężczyzna. – Dobra?

Co właściwie mógł na takie coś odpowiedzieć dobrze wychowany gość, jakim był Witek? Nawet alfonsi mają jakąś kontrolę jakości. Witkowi nawet się to spodobało, ale zaraz potem miał próbkę tego, jak pilnuje się tej jakości – błysnęła uniesiona pięść. Przelotne spojrzenie na dziewczynę ujawniło nawet więcej niż jego zbliżenie z nią: chuda istotka, z oczami szeroko otwartymi z przerażenia.

Bardzo dobra – powiedział bez emocji. Niewiele myśląc, uniósł kciuk do góry i uśmiechnął się głupkowato. – O tak. Najlepsza.

Odjechał, zatrzymał się za rogiem. Siedział, cały się trzęsąc. Zastanawiał się, czy wywołał odpowiednie wrażenie. Walczył ze sobą, żeby nie pojechać z powrotem i nie zaprosić tej samej dziewczyny na kolejny wieczór, ale uświadomił sobie, że to niemożliwe – następnego dnia miał być na spotkaniu w Olsztynie, to za daleko, a poza tym… raz w tygodniu, taka była jego żelazna zasada. Zapewnił siebie samego, że na pewno by ją wyratował, gdyby nie to, że wzywały go flipcharty w Olsztynie.

– Dobrze jest nie pracować… w detalu – powiedział do Magdy. – W sensie wyeliminować pośredników. Ale jak się ich pozbyć? – zastanawiał się. – Tych facetów, tych… alfonsów? – Pozwolił słowom zawisnąć w powietrzu, żeby zobaczyć, czy Magda się zgadza. Poczekał na potwierdzenie, nim kontynuował: – Jak trzymać ich z dala od siebie?

– Nie ma żadnej złotej rady – powiedziała po chwili namysłu. – Mam czterdzieści lat – przyznała. – I kiedy ma się tyle lat co ja, uznają, że tylko stwarzasz problemy, bo przemija twoja młodość i łatwowierność, nie dajesz już sobą pomiatać. Wtedy znajdujesz własne miejsce, chociaż musisz oczywiście uważać na miejscówki innych dziewczyn i jak kilka z nich uzna, że cię nie lubią, to nie masz innego wyjścia i musisz się zmywać. A czasami zyskujesz reputację i szacunek wśród innych dziewczyn i się odczepiają albo nie wchodzą ci w paradę.

– Ale jak zyskać reputację?

Dla Witka to była najtrudniejsza rzecz na świecie: próbował to osiągnąć od czasu ostatnich dwóch lat liceum, kiedy to postanowił – tak po prostu, pozostawiając za sobą śląskie miasto górnicze, pokryty sadzą dom i rodzinę – że osiągnie sukces w świecie biznesu, że będzie się o nim mówiło i ludzie będą go cytowali.

– Cóż. – Magda obdarzyła Witka długim i intensywnym spojrzeniem. Poczuł, że magiczna bańka prysła, jej muzyka ucichła. – Opowiem ci, jak tego dokonała jedna dziewczyna, o której słyszałam. – Wyciągnęła zegarek z kieszeni szlafroka, chwyciła go niezręcznie, zerknęła na niego i ziewnęła. – A potem serio musimy… iść do łóżka. – Magda zaśmiała się, Witek też. Zegarek wysmyknął się jej między palcami. Oboje rzucili się, żeby go złapać, ale bez powodzenia.

– No dobra, czyli jakaś dziewczyna – podpowiedział Witek.

– Tak. Dziewczyna z… Mińska. – Wskazała głową okno, miała na myśli linię kolejową, granicę, wschód. – Miała alfonsa, to był zły człowiek. To zawsze są źli ludzie. – Nakreśliła Witkowi ich obraz: zabawni – często, czarujący – zawsze, łagodni – czasami, ale to były tylko tymczasowe role, które odgrywali. Tak naprawdę byli źli. – A ona była jego ulubienicą, co oznaczało, że mogła zamieszkać z nim w jego wielkim domu z trzema piętrami i ogrodem warzywnym. Ale zaczęło do niej docierać, że to nie będzie trwało wiecznie.

Opowiedziała o dziewczynie, że miała rodziców, którzy pili i się kłócili, znikali i wracali, bo raz im się powodziło, raz nie, a ich wiara w trwałość różnych rzeczy zawsze była nadszarpywana. Na kilka chwil Witek ujrzał ją w myślach.

– Próbowała sobie wmówić, że to tylko jej paranoja – mówiła dalej Magda. – Ale na horyzoncie pojawiła się nowa ulubienica.

Dziewczyna młodsza, ładniejsza, przesiadywała tam wczesnymi wieczorami, zaraz przed nocnymi obowiązkami, a czasami zostawała aż do ich końca. Dziewczyna, której radosny śmiech można było czasem usłyszeć z ciemnych schodów. A pewnego ranka ta nowa, świeża i młodziutka, pojawiła się przy śniadaniu – taka jasnooka i rozrywkowa, niewinna i czarująca.

– Widziała, dokąd to wszystko zmierza – powiedziała Magda. – Zresztą pamiętała, że dokładnie tak samo było z nią, kiedy stała się ulubienicą i w identyczny sposób ona sama wyeliminowała wcześniejszą ulubienicę.

I ta dziewczyna wiedziała, że niedługo zostanie wyrzucona z wielkiego domu. Że będzie mieszkała w paskudnym pokoju we wspólnym domu, tak jak reszta. Ale to wszystko przecież zostawiła za sobą: całe to życie, malutkie pokoje, wspólną kuchenkę, która nigdy nie działała tak, jak należy, kolejki do łazienki, umywalki usiane kropelkami kosmetyków do makijażu, smród kanalizacji. Nigdy nie mieszkała w miejscu, które by miało tyle przestrzeni i światła ile ten wielki dom, nigdy nie miała ogrodu – miejsca, gdzie można odetchnąć świeżym powietrzem, spojrzeć na wszystko z innej perspektywy.

Pewnego dnia wcześnie rano stała w ogrodzie i myślała o tym, co ją czeka. Wiedziała, że powinna podejść do tego dojrzale. Magda opowiadała dalej:

– To powinna być piękna pora roku. A ona stała w ogrodzie przy grządkach truskawkowych i opanowało ją coś w rodzaju… szaleństwa.

– Szaleństwo – wyszeptał Witek. Nie potrafił sobie wyobrazić szaleństwa. Pochodził ze świata, w którym wszystko było spokojne, uporządkowane, ułożone w podpunktach – bezpiecznie nudne.

Magda pokiwała głową.

– Szaleństwo. Jednej nocy między nią a alfonsem wywiązała się… ostra kłótnia o jego nową ulubienicę.

Oszczędziła Witkowi szczegółów, ale zrozumiał, że mężczyzna poharatał twarz dziewczyny masywnymi pierścieniami, które nosił na palcach. Połamał jej też kilka zębów. I kiedy tak leżała na podłodze, krztusząc się własną krwią, on stanął nad nią. Rzucił jej kilka banknotów. Powiedział, że ma sobie zrobić nowe zęby, jeśli chce dalej pracować.

– Widzisz, nawet nazewnictwo się zmieniło.

– Jakie nazewnictwo?

– Do tamtej pory udawał, że nie pracowała dla niego – była jego ulubionym najdroższym kochaniem serduszkiem kwiatuszkiem, nie pracownicą, który od czasu do czasu wyświadczał słodką przysługę jemu czy któremuś z jego kolegów.

Magda dokładnie opowiedziała o tym, jak dziewczyna siedziała w fotelu u dentysty bezbronna, zraniona. Na Białorusi było tak jak w Polsce – ludzie nie dostawali znieczulenia, było go mało i dużo kosztowało, ale jej zęby były w tak tragicznym stanie, że lekarz poradził, by jednak je wzięła. Obserwowała go uważnie, jak gromadził przedmioty potrzebne do tej procedury. Zrobił jej kilka zastrzyków.

– A potem poszedł na papierosa i czekał, aż znieczulenie zacznie działać.

– Nienawidzę znieczuleń – powiedział Witek. – Chyba wolałem, jak ich nie było.

Uśmiechnęła się, nie do końca przekonana jego zapewnieniem, przynajmniej tak to odczuł, a po czym kontynuowała:

– Kiedy dentysta wyszedł na papierosa, dziewczyna wstała z krzesła i schowała do kieszeni strzykawkę i kilka ampułek nowokainy.

– Co?

– A potem dentysta wrócił i zrobił jej zęby.

– Ale czekaj, co? Ukradła środek znieczulający? Po co?

– Powiem ci. – Magda pokiwała głową. – Wyszła od dentysty i szła przed siebie, żeby zabić czas.

Witek znów widział ją, jak podąża ulicami Mińska otumaniona działającym jeszcze znieczuleniem, ze zdrętwiałymi ustami, z poczuciem, że już wszystkiego ma dość. Minęła szkołę, do której chodziła jako dziecko, potem blok, w którym kiedyś mieszkała, zatrzymała się przy podejrzanie wyglądającym placu zabaw – kiedyś bała się tych zardzewiałych drabinek, betonowych zwierząt i chamskich chłopców. Zaszła do apteki, kupiła bandaż i środek dezynfekujący.

– Ale znacznie później, kiedy już się ściemniło, wróciła do wielkiego domu.

Szkicując kolejne obrazy, Magda opowiedziała, jak dziewczyna bezszelestnie przeprawia się przez ciemność wielkiego domu. Jej mężczyzna był na górze, spał ze swoją nową ulubienicą.

– Złamała ampułkę z nowokainą – powiedziała Magda.

– Och. Dlaczego ona…

– Napełniła strzykawkę, po czym – domyślasz się, co zrobiła?

– Podkradła się na górę – powiedział automatycznie Witek. – I dźgnęła go strzykawką.

–  I co by jej to dało? – odparła Magda, zabrzmiało to jednak uprzejmie. – Nie. Poszła do kuchni i wzięła najostrzejszy nóż, jaki udało jej się znaleźć. Potem poszła do łazienki. – Witek znów oczami wyobraźni widział ją, widział, jak uspokaja oddech i trzęsące ręce, pozwala oczom przyzwyczaić się do ciemności, dostrzega muszlę, najpierw tylko jej połysk, a później całą. – Wstrzyknęła środek znieczulający w palec i tak samo jak u dentysty czekała, aż zacznie działać. Jej serce zatrzymywało się za każdym razem, kiedy na zewnątrz liść wiązu zadrapał w szybę. Wiesz, co zrobiła później?

– Nie. – Witek czuł, jak jego własne serce mocno bije, ale nic nie przyszło mu do głowy. – Nie wiem, co?

– Odcięła sobie palca.

– Co! Ale czemu, po co miałaby coś takiego zrobić?

Bardzo ostrożnie dziewczyna wycisnęła krew na stary mosiężny kran przy wannie, potem na pęknięcia w kafelkach na podłodze i na fugi, gdzie cement już się zdarł. Była bardzo uważna, żeby zostawić po sobie tylko ślad. Trochę większą niespodziankę zostawiła pod wanną pomiędzy odchodami myszy i martwymi owadami – rozpryskała krew w kurzu. Z szafki w łazience wyciągnęła ręcznik i zatamowała nim krew. Na zmianę upuszczała trochę krwi i tamowała, upuszczała i tamowała. Wtedy wyjęła środek odkażający i bandaż i opatrzyła sobie rękę. Wytarła nóż ręcznikiem i zwinęła je razem w rulon, po czym położyła gdzieś na tyłach szafki w łazience. Podkradła się po schodach w dół i wyszła do ogrodu.

– Ogród – powtórzył Witem z pewnym ożywieniem. – Ogród, gdzie na świeżym powietrzu była szczęśliwa i z dala od wścibskich spojrzeń. To co ona tam zrobiła?

– Z dala od wścibskich spojrzeń – powtórzyła Magda – zaraz przy końcu grządki z truskawkami urządziła swojemu palcu godny pochówek w płytkim grobie.

– I ten palec. – Witek prawie zdążył o nim zapomnieć. – Ale to wszystko jest nienormalne. Po co ona to zrobiła? Ktoś się jej kiedyś spytał?

– Na pewno nie w Mińsku. Już nigdy nie pokazała się w Mińsku.

– Po prostu zniknęła. – Witek potrząsnął głową. – Ale czekaj. – Czegoś nie rozumiał. Robienie absurdalnych rzeczy, a potem znikanie wcale nie wydawało się idealną receptą na zyskanie reputacji.

– To jeszcze nie koniec historii – powiedziała Magda.

Zaraz następnego dnia rano w wielkim domu zaroiło się od policji. Alfons był trochę rozbawiony, a trochę zły. Już chciał ich opłacić, tak jak to zwykle robił, kiedy powiedzieli, o co chodzi: dostali cynk, że zabił jedną ze swoich dziewczyn. W odpowiedzi wyciągnął jedną ze swoich ksiąg rachunkowych i pokazał, ile jedna dziewczyna zarabiała tygodniowo – tylko idiota by taką zabił. Spytali, czy mogą przeszukać dom. „Zapraszam”, odpowiedział.

– I wiesz co? – odezwała się Magda. – To były ostatnie słowa, jakie wypowiedział z uśmiechem na twarzy.

Bo chociaż nie znaleziono ciała, policja miała informację na temat jej grupy krwi w kartotece i ta grupa zgadzała się z krwią, która była w łazience, na nożu i ręczniku. To nie wystarczyło, ale w aktach mieli też jej odciski palców. Kiedy znaleźli palec w ogrodzie, mieli do mężczyzny dużo pytań.

– Dali mu dziesięć lat – powiedziała. – Widocznie tyle jest warte życie kobiety. Ale jakoś po roku już był martwy, zadźgali go nożem podczas kłótni o tytoń czy coś tam.

– Boże… – powiedział Witek.

– I w taki sposób, mój przyjacielu, pewna dziewczyna zyskała reputację.

Witkowi podobało się, że nazwała go przyjacielem. Rozbawiła go ta myśl. Kiedy uniósł wzrok, ona już stała, mówiąc:

– Słyszysz to?

Stali, nasłuchując.

– Pociąg z Grodna – powiedziała. – Jest tak późno, że wcześnie. Słuchaj. – Położyła mu rękę na ramieniu. – Może przyjdziesz do mnie jeszcze?

– Chciałbym. – Mówił poważnie.

– Ja też. – Odprowadziła go do drzwi. – Niedokończone biznesy to takie… rozczarowanie.

– Dokończymy następnym razem – obiecał Witek. – Ale słuchaj. – Stanął w progu jej mieszkania i ściszył głos ze względu na sąsiadów. – Mówiłaś, że tej dziewczyny już nikt nigdy nie widział w Mińsku. Co się z nią stało, gdzie poszła? Wiesz coś?

– Nie. Inne miasto? – Pokazała rząd idealnych zębów w szerokim uśmiechu, którym już na początku przyciągnęła jego zainteresowanie. – Może uprawia kapustę gdzieś na wsi.

– Albo truskawki – odparł Witek.

Nachyliła się i pocałowała go w oba policzki. To był dla niego zaszczyt – pamiętał, że jest jej przyjacielem.

– Truskawki. – Z jakiegoś powodu twarz Magdy pojaśniała na ten pomysł. – Tak, nawet lepiej. Może uprawia truskawki.

Kilka godzin później tego samego poranka obudził się w swoim pokoju hotelowym i nie mógł się oprzeć wrażeniu, że czuje zapach truskawek. Trwało to tak krótko, że zdało mu się, że wyobraził sobie nawet tę halucynację i przez moment był podwójnie zdezorientowany. Wstał, poszedł do toalety. Na zewnątrz drzewa uwolniły się od masy śniegu, którego napadało tak dużo, że spadł na ziemię, a lekkie teraz gałęzie uderzały liśćmi w szybę, sprawiając za każdym razem, że podskakiwał ze strachu. Możliwe, że Magda wymyśliła niektóre rzeczy – na przykład miejsce pochówku, o tej grządce truskawkowej mogła przeczytać w jakiejś gazecie – ale na pewno nie to, co powiedziała o liściach na oknie w łazience.

Niedługo po tym Witek dostał awans, zakończył się etap życia w ciągłym ruchu, znalazł dziewczynę, ustatkował się. Nigdy więcej nie spotkał się z Magdą, ale czasem łapał się na tym, że próbuje wyobrazić sobie jej dłonie – nie jakie były delikatne czy eleganckie, zgrabne czy miękkie, ale – absurdalnie – to, że są kompletne. Nie potrafił przywołać ich widoku. Zapominał o nich, zawsze udawało mu się wyrzucić je z pamięci, aż przychodził taki moment, że stał samotnie w jakiejś ciemnej łazience i podskakiwał na dźwięk liści obijających się o szybę okna.