Category Archives: Nick Sweeney

Transakcja – Nick Sweeney (przeł. Aleksandra Guzik)

Witek Galicki nie mógł tego wieczoru nazwać sukcesem. Kobieta uśmiechnęła się w sposób, który można by wziąć za zachętę, ale Witek zsunął się z niej delikatnie i uniósł rękę w przepraszającym geście. Odwrócił się tyłem i przysiadł na brzegu łóżka. „Nieudana transakcja” pomyślał.

–  Przykro mi – powiedział.

Miała na imię Magda. Witek usłyszał, jak mówi:

–  Nie przejmuj się, zdarza się przecież. – Usiadła obok niego, otoczyła ramieniem i skierowała palec w dół. – Jeśli chcesz, mogę… no wiesz.

– Och… nie trzeba, dziękuję. – Rozumiał, że kobieta czuje się w obowiązku zrealizować swoje usługi na warunkach, jakie ustalili. Prowadziła interesy, tak jak on. – To miłe z twojej strony, ale…

Jeszcze zanim skończył, Magda zawinęła się w szlafrok i wstała. Witek zaczął się ubierać. W biznesie wszyscy czasem dokonywali nieudanych transakcji, powiedział do siebie. Po prostu trzeba to spisać na straty i w przyszłości być mądrzejszym – albo raczej mieć więcej szczęścia.

Czasem nie wiedział, czy posiada którekolwiek z nich – mądrość lub szczęście, dopóki jakaś pełna znaczenia chwila, zrozpaczona twarz albo pechowiec ze swoją smutną historią nie przypomniały mu, że tak naprawdę ma przecież i to, i to.

Magda stała w drzwiach łazienki, wycierając twarz.

– Zdarza się – powtórzyła, a Witka pocieszyły te słowa, tak jak późniejsze zaproszenie do wspólnego wypicia kawy. Zastanawiał się, czy nie jest trochę za późno na kawę, ale ona uznała jego wahanie za brak pewności siebie. Wskazała głową w stronę kuchni. – I tak sama miałam się napić.

Zaproszenie było nowością. Miało ogromne znaczenie albo może nie znaczyło nic, ale Witek z zadowoleniem je przyjął. Zaczął wiązać krawat, potem go zwinął i spakował do swojej aktówki.

Podszedł do okna, obserwował śnieg osadzający się na ulicy, która omijała tory kolejowe i prowadziła do białostockiej stacji. Pojawił się grubo ubrany mężczyzna i odcisnął za sobą na śniegu ślady zimowych butów. Niedługo granicę przekroczy pierwszy pociąg z Białorusi. Wypluje z siebie handlarzy – cali obładowani będą brnąć przez miasto, żeby rozstawić stoisko z pierdołami na sprzedaż. Witek podziwiał, z jakim hartem ducha próbowali wyrwać drobniaki z gwałtownie rozwijającej się dookoła gospodarki kapitalistycznej. Oni też byli biznesmenami, nie zapominał o tym.

Taka była natura granicy – miejsca pojawiania się znikania. Granice powinny ucieleśniać wolność, otwartą przestrzeń, a mimo to były pod nadzorem, miały w sobie coś klaustrofobicznego. Symbolizowały możliwości, a jednak ludzie byli na nich przetrzymywani, obrażani, przeszukiwani, bici, pozbawiało się ich narodowości, strzelano do nich – a te ich przebłyski wolności stawały się tak samo krótkotrwałe jak ślady butów, co  znikają pod świeżym śniegiem.

Witek odwrócił się i zobaczył, jak Magda stawia na stole tacę: kawiarka, połyskujące łyżeczki, dzbanek z mlekiem, filiżanki i spodki z zastawy, którą nie pogardziłaby jego babcia, oraz ciastka. Usiadł obok niej na kanapie i powiedział pod nosem:

– O, jak miło.

Następnie oddali się zwyczajowemu rytuałowi – spytała, jaką kawę sobie życzy, ale całe te ceregiele poszły na marne, kiedy nie mogąc uchwycić absurdalnie małego uchwytu, niezgrabnie uniosła dzbanuszek i rozlała mleko po całej tacy.

Powiedział Magdzie, że obiło mu się o uszy, że zachodni biznesmeni pili kawę czarną, niesłodzoną. Dał radę przestrzegać tego zwyczaju – z wykrzywioną twarzą – równo tydzień. Oboje zaśmiali się z tego, jak podatny na sugestie był kiedyś Witek.

– To… ładny pokój – powiedział Witek. – W sensie, urządziłaś go… ładnie. Czuć spokój. – Podobało mu się, że zapaliła lampy, które miały klosze w pastelowych odcieniach – te w rogach otulały pokój delikatną poświatą. W tym temacie był ekspertem, widział już wiele kobiecych pokoi. Z zaskoczeniem odkrył, że opowiada jej, dlaczego tak się stało: że w związku z pracą żył w ciągłym ruchu, nie spotkał jeszcze odpowiedniej kobiety, w której mógłby się zakochać i później się z nią ożenić, i że – w głębi duszy będąc staroświeckim chłopcem – czekał, aż dostanie awans i odłoży trochę pieniędzy. „Co innego miałbym robić w międzyczasie?”, taka była jego odpowiedź na wyimaginowane oskarżenia. „Żyć w celibacie?”. Tak było lepiej, nie musiał zostawiać na długie tygodnie żadnej dziewczyny, której właściwie i tak nie zależało, nie było żadnych obustronnych podejrzeń o nieuczciwość.

– Jesteś szczery wobec siebie. – Magda objęła go ramieniem. – Każdy może być szczery wobec innych – powiedziała. – Najtrudniej być szczerym wobec samego siebie.

Witek nigdy nie patrzył na to z tej strony. Uświadomił sobie, że to prawda. Zgodzili się, że w tym skorumpowanym świecie, który ich otaczał, nie ceniono szczerości. Wolny rynek nie wynagradzał ani ciężkiej pracy, ani szczerości: wraz z nadejściem kapitalizmu w dawnym bloku komunistycznym zazdrość rozeszła się jak zaraza, zmieniła społeczeństwo w bezdusznych poszukiwaczy złota. Oboje zgodzili się, że wyrośnie z tego pokolenie, które w ogóle nie będzie znało życia.

– A więc komunizm pomagał w budowaniu charakteru? – Oboje skwitowali to śmiechem, a jednak odkryli, że tkwi w tym pewna ponura logika. – Tak jak te angielskie szkoły prywatne?

Ich śmiech ucichł i Witek spytał:

– Mieszkasz sama?

– Tak. – Drobna zmiana w wyrazie jej twarzy zdradziła nagłą czujność. – A co?

– Nie masz… – Chciał to wiedzieć jedynie z zawodowego punktu widzenia. Zastanawiał się, jak to ująć. – Żadnego… chłopaka?

– Nie powinno się pytać kobiet o takie rzeczy. – To był lekki afront. – Ale jestem za stara, żeby mieć chłopaka.

Kiedyś w gdyńskim porcie Witek widział ich w oddali, niedaleko starego posterunku celnego, gdzie zbierały się dziewczyny. Akurat podrzucał tam z powrotem jedną z nich, kiedy niski, chudy mężczyzna w zapinanej na zamek błyskawiczny skórzanej kurtce wetknął głowę przez okno samochodu Witka, jak gdyby był panem i władcą, wyszczerzył zęby w uśmiechu, po czym zapytał:

– Dobrze się pan bawił?

Witek wyczuł szyderczą nutę w tym pytaniu i zastanowił się nad odpowiedzią.

– Jaka była? – nie ustępował mężczyzna. – Dobra?

Co właściwie mógł na takie coś odpowiedzieć dobrze wychowany gość, jakim był Witek? Nawet alfonsi mają jakąś kontrolę jakości. Witkowi nawet się to spodobało, ale zaraz potem miał próbkę tego, jak pilnuje się tej jakości – błysnęła uniesiona pięść. Przelotne spojrzenie na dziewczynę ujawniło nawet więcej niż jego zbliżenie z nią: chuda istotka, z oczami szeroko otwartymi z przerażenia.

Bardzo dobra – powiedział bez emocji. Niewiele myśląc, uniósł kciuk do góry i uśmiechnął się głupkowato. – O tak. Najlepsza.

Odjechał, zatrzymał się za rogiem. Siedział, cały się trzęsąc. Zastanawiał się, czy wywołał odpowiednie wrażenie. Walczył ze sobą, żeby nie pojechać z powrotem i nie zaprosić tej samej dziewczyny na kolejny wieczór, ale uświadomił sobie, że to niemożliwe – następnego dnia miał być na spotkaniu w Olsztynie, to za daleko, a poza tym… raz w tygodniu, taka była jego żelazna zasada. Zapewnił siebie samego, że na pewno by ją wyratował, gdyby nie to, że wzywały go flipcharty w Olsztynie.

– Dobrze jest nie pracować… w detalu – powiedział do Magdy. – W sensie wyeliminować pośredników. Ale jak się ich pozbyć? – zastanawiał się. – Tych facetów, tych… alfonsów? – Pozwolił słowom zawisnąć w powietrzu, żeby zobaczyć, czy Magda się zgadza. Poczekał na potwierdzenie, nim kontynuował: – Jak trzymać ich z dala od siebie?

– Nie ma żadnej złotej rady – powiedziała po chwili namysłu. – Mam czterdzieści lat – przyznała. – I kiedy ma się tyle lat co ja, uznają, że tylko stwarzasz problemy, bo przemija twoja młodość i łatwowierność, nie dajesz już sobą pomiatać. Wtedy znajdujesz własne miejsce, chociaż musisz oczywiście uważać na miejscówki innych dziewczyn i jak kilka z nich uzna, że cię nie lubią, to nie masz innego wyjścia i musisz się zmywać. A czasami zyskujesz reputację i szacunek wśród innych dziewczyn i się odczepiają albo nie wchodzą ci w paradę.

– Ale jak zyskać reputację?

Dla Witka to była najtrudniejsza rzecz na świecie: próbował to osiągnąć od czasu ostatnich dwóch lat liceum, kiedy to postanowił – tak po prostu, pozostawiając za sobą śląskie miasto górnicze, pokryty sadzą dom i rodzinę – że osiągnie sukces w świecie biznesu, że będzie się o nim mówiło i ludzie będą go cytowali.

– Cóż. – Magda obdarzyła Witka długim i intensywnym spojrzeniem. Poczuł, że magiczna bańka prysła, jej muzyka ucichła. – Opowiem ci, jak tego dokonała jedna dziewczyna, o której słyszałam. – Wyciągnęła zegarek z kieszeni szlafroka, chwyciła go niezręcznie, zerknęła na niego i ziewnęła. – A potem serio musimy… iść do łóżka. – Magda zaśmiała się, Witek też. Zegarek wysmyknął się jej między palcami. Oboje rzucili się, żeby go złapać, ale bez powodzenia.

– No dobra, czyli jakaś dziewczyna – podpowiedział Witek.

– Tak. Dziewczyna z… Mińska. – Wskazała głową okno, miała na myśli linię kolejową, granicę, wschód. – Miała alfonsa, to był zły człowiek. To zawsze są źli ludzie. – Nakreśliła Witkowi ich obraz: zabawni – często, czarujący – zawsze, łagodni – czasami, ale to były tylko tymczasowe role, które odgrywali. Tak naprawdę byli źli. – A ona była jego ulubienicą, co oznaczało, że mogła zamieszkać z nim w jego wielkim domu z trzema piętrami i ogrodem warzywnym. Ale zaczęło do niej docierać, że to nie będzie trwało wiecznie.

Opowiedziała o dziewczynie, że miała rodziców, którzy pili i się kłócili, znikali i wracali, bo raz im się powodziło, raz nie, a ich wiara w trwałość różnych rzeczy zawsze była nadszarpywana. Na kilka chwil Witek ujrzał ją w myślach.

– Próbowała sobie wmówić, że to tylko jej paranoja – mówiła dalej Magda. – Ale na horyzoncie pojawiła się nowa ulubienica.

Dziewczyna młodsza, ładniejsza, przesiadywała tam wczesnymi wieczorami, zaraz przed nocnymi obowiązkami, a czasami zostawała aż do ich końca. Dziewczyna, której radosny śmiech można było czasem usłyszeć z ciemnych schodów. A pewnego ranka ta nowa, świeża i młodziutka, pojawiła się przy śniadaniu – taka jasnooka i rozrywkowa, niewinna i czarująca.

– Widziała, dokąd to wszystko zmierza – powiedziała Magda. – Zresztą pamiętała, że dokładnie tak samo było z nią, kiedy stała się ulubienicą i w identyczny sposób ona sama wyeliminowała wcześniejszą ulubienicę.

I ta dziewczyna wiedziała, że niedługo zostanie wyrzucona z wielkiego domu. Że będzie mieszkała w paskudnym pokoju we wspólnym domu, tak jak reszta. Ale to wszystko przecież zostawiła za sobą: całe to życie, malutkie pokoje, wspólną kuchenkę, która nigdy nie działała tak, jak należy, kolejki do łazienki, umywalki usiane kropelkami kosmetyków do makijażu, smród kanalizacji. Nigdy nie mieszkała w miejscu, które by miało tyle przestrzeni i światła ile ten wielki dom, nigdy nie miała ogrodu – miejsca, gdzie można odetchnąć świeżym powietrzem, spojrzeć na wszystko z innej perspektywy.

Pewnego dnia wcześnie rano stała w ogrodzie i myślała o tym, co ją czeka. Wiedziała, że powinna podejść do tego dojrzale. Magda opowiadała dalej:

– To powinna być piękna pora roku. A ona stała w ogrodzie przy grządkach truskawkowych i opanowało ją coś w rodzaju… szaleństwa.

– Szaleństwo – wyszeptał Witek. Nie potrafił sobie wyobrazić szaleństwa. Pochodził ze świata, w którym wszystko było spokojne, uporządkowane, ułożone w podpunktach – bezpiecznie nudne.

Magda pokiwała głową.

– Szaleństwo. Jednej nocy między nią a alfonsem wywiązała się… ostra kłótnia o jego nową ulubienicę.

Oszczędziła Witkowi szczegółów, ale zrozumiał, że mężczyzna poharatał twarz dziewczyny masywnymi pierścieniami, które nosił na palcach. Połamał jej też kilka zębów. I kiedy tak leżała na podłodze, krztusząc się własną krwią, on stanął nad nią. Rzucił jej kilka banknotów. Powiedział, że ma sobie zrobić nowe zęby, jeśli chce dalej pracować.

– Widzisz, nawet nazewnictwo się zmieniło.

– Jakie nazewnictwo?

– Do tamtej pory udawał, że nie pracowała dla niego – była jego ulubionym najdroższym kochaniem serduszkiem kwiatuszkiem, nie pracownicą, który od czasu do czasu wyświadczał słodką przysługę jemu czy któremuś z jego kolegów.

Magda dokładnie opowiedziała o tym, jak dziewczyna siedziała w fotelu u dentysty bezbronna, zraniona. Na Białorusi było tak jak w Polsce – ludzie nie dostawali znieczulenia, było go mało i dużo kosztowało, ale jej zęby były w tak tragicznym stanie, że lekarz poradził, by jednak je wzięła. Obserwowała go uważnie, jak gromadził przedmioty potrzebne do tej procedury. Zrobił jej kilka zastrzyków.

– A potem poszedł na papierosa i czekał, aż znieczulenie zacznie działać.

– Nienawidzę znieczuleń – powiedział Witek. – Chyba wolałem, jak ich nie było.

Uśmiechnęła się, nie do końca przekonana jego zapewnieniem, przynajmniej tak to odczuł, a po czym kontynuowała:

– Kiedy dentysta wyszedł na papierosa, dziewczyna wstała z krzesła i schowała do kieszeni strzykawkę i kilka ampułek nowokainy.

– Co?

– A potem dentysta wrócił i zrobił jej zęby.

– Ale czekaj, co? Ukradła środek znieczulający? Po co?

– Powiem ci. – Magda pokiwała głową. – Wyszła od dentysty i szła przed siebie, żeby zabić czas.

Witek znów widział ją, jak podąża ulicami Mińska otumaniona działającym jeszcze znieczuleniem, ze zdrętwiałymi ustami, z poczuciem, że już wszystkiego ma dość. Minęła szkołę, do której chodziła jako dziecko, potem blok, w którym kiedyś mieszkała, zatrzymała się przy podejrzanie wyglądającym placu zabaw – kiedyś bała się tych zardzewiałych drabinek, betonowych zwierząt i chamskich chłopców. Zaszła do apteki, kupiła bandaż i środek dezynfekujący.

– Ale znacznie później, kiedy już się ściemniło, wróciła do wielkiego domu.

Szkicując kolejne obrazy, Magda opowiedziała, jak dziewczyna bezszelestnie przeprawia się przez ciemność wielkiego domu. Jej mężczyzna był na górze, spał ze swoją nową ulubienicą.

– Złamała ampułkę z nowokainą – powiedziała Magda.

– Och. Dlaczego ona…

– Napełniła strzykawkę, po czym – domyślasz się, co zrobiła?

– Podkradła się na górę – powiedział automatycznie Witek. – I dźgnęła go strzykawką.

–  I co by jej to dało? – odparła Magda, zabrzmiało to jednak uprzejmie. – Nie. Poszła do kuchni i wzięła najostrzejszy nóż, jaki udało jej się znaleźć. Potem poszła do łazienki. – Witek znów oczami wyobraźni widział ją, widział, jak uspokaja oddech i trzęsące ręce, pozwala oczom przyzwyczaić się do ciemności, dostrzega muszlę, najpierw tylko jej połysk, a później całą. – Wstrzyknęła środek znieczulający w palec i tak samo jak u dentysty czekała, aż zacznie działać. Jej serce zatrzymywało się za każdym razem, kiedy na zewnątrz liść wiązu zadrapał w szybę. Wiesz, co zrobiła później?

– Nie. – Witek czuł, jak jego własne serce mocno bije, ale nic nie przyszło mu do głowy. – Nie wiem, co?

– Odcięła sobie palca.

– Co! Ale czemu, po co miałaby coś takiego zrobić?

Bardzo ostrożnie dziewczyna wycisnęła krew na stary mosiężny kran przy wannie, potem na pęknięcia w kafelkach na podłodze i na fugi, gdzie cement już się zdarł. Była bardzo uważna, żeby zostawić po sobie tylko ślad. Trochę większą niespodziankę zostawiła pod wanną pomiędzy odchodami myszy i martwymi owadami – rozpryskała krew w kurzu. Z szafki w łazience wyciągnęła ręcznik i zatamowała nim krew. Na zmianę upuszczała trochę krwi i tamowała, upuszczała i tamowała. Wtedy wyjęła środek odkażający i bandaż i opatrzyła sobie rękę. Wytarła nóż ręcznikiem i zwinęła je razem w rulon, po czym położyła gdzieś na tyłach szafki w łazience. Podkradła się po schodach w dół i wyszła do ogrodu.

– Ogród – powtórzył Witem z pewnym ożywieniem. – Ogród, gdzie na świeżym powietrzu była szczęśliwa i z dala od wścibskich spojrzeń. To co ona tam zrobiła?

– Z dala od wścibskich spojrzeń – powtórzyła Magda – zaraz przy końcu grządki z truskawkami urządziła swojemu palcu godny pochówek w płytkim grobie.

– I ten palec. – Witek prawie zdążył o nim zapomnieć. – Ale to wszystko jest nienormalne. Po co ona to zrobiła? Ktoś się jej kiedyś spytał?

– Na pewno nie w Mińsku. Już nigdy nie pokazała się w Mińsku.

– Po prostu zniknęła. – Witek potrząsnął głową. – Ale czekaj. – Czegoś nie rozumiał. Robienie absurdalnych rzeczy, a potem znikanie wcale nie wydawało się idealną receptą na zyskanie reputacji.

– To jeszcze nie koniec historii – powiedziała Magda.

Zaraz następnego dnia rano w wielkim domu zaroiło się od policji. Alfons był trochę rozbawiony, a trochę zły. Już chciał ich opłacić, tak jak to zwykle robił, kiedy powiedzieli, o co chodzi: dostali cynk, że zabił jedną ze swoich dziewczyn. W odpowiedzi wyciągnął jedną ze swoich ksiąg rachunkowych i pokazał, ile jedna dziewczyna zarabiała tygodniowo – tylko idiota by taką zabił. Spytali, czy mogą przeszukać dom. „Zapraszam”, odpowiedział.

– I wiesz co? – odezwała się Magda. – To były ostatnie słowa, jakie wypowiedział z uśmiechem na twarzy.

Bo chociaż nie znaleziono ciała, policja miała informację na temat jej grupy krwi w kartotece i ta grupa zgadzała się z krwią, która była w łazience, na nożu i ręczniku. To nie wystarczyło, ale w aktach mieli też jej odciski palców. Kiedy znaleźli palec w ogrodzie, mieli do mężczyzny dużo pytań.

– Dali mu dziesięć lat – powiedziała. – Widocznie tyle jest warte życie kobiety. Ale jakoś po roku już był martwy, zadźgali go nożem podczas kłótni o tytoń czy coś tam.

– Boże… – powiedział Witek.

– I w taki sposób, mój przyjacielu, pewna dziewczyna zyskała reputację.

Witkowi podobało się, że nazwała go przyjacielem. Rozbawiła go ta myśl. Kiedy uniósł wzrok, ona już stała, mówiąc:

– Słyszysz to?

Stali, nasłuchując.

– Pociąg z Grodna – powiedziała. – Jest tak późno, że wcześnie. Słuchaj. – Położyła mu rękę na ramieniu. – Może przyjdziesz do mnie jeszcze?

– Chciałbym. – Mówił poważnie.

– Ja też. – Odprowadziła go do drzwi. – Niedokończone biznesy to takie… rozczarowanie.

– Dokończymy następnym razem – obiecał Witek. – Ale słuchaj. – Stanął w progu jej mieszkania i ściszył głos ze względu na sąsiadów. – Mówiłaś, że tej dziewczyny już nikt nigdy nie widział w Mińsku. Co się z nią stało, gdzie poszła? Wiesz coś?

– Nie. Inne miasto? – Pokazała rząd idealnych zębów w szerokim uśmiechu, którym już na początku przyciągnęła jego zainteresowanie. – Może uprawia kapustę gdzieś na wsi.

– Albo truskawki – odparł Witek.

Nachyliła się i pocałowała go w oba policzki. To był dla niego zaszczyt – pamiętał, że jest jej przyjacielem.

– Truskawki. – Z jakiegoś powodu twarz Magdy pojaśniała na ten pomysł. – Tak, nawet lepiej. Może uprawia truskawki.

Kilka godzin później tego samego poranka obudził się w swoim pokoju hotelowym i nie mógł się oprzeć wrażeniu, że czuje zapach truskawek. Trwało to tak krótko, że zdało mu się, że wyobraził sobie nawet tę halucynację i przez moment był podwójnie zdezorientowany. Wstał, poszedł do toalety. Na zewnątrz drzewa uwolniły się od masy śniegu, którego napadało tak dużo, że spadł na ziemię, a lekkie teraz gałęzie uderzały liśćmi w szybę, sprawiając za każdym razem, że podskakiwał ze strachu. Możliwe, że Magda wymyśliła niektóre rzeczy – na przykład miejsce pochówku, o tej grządce truskawkowej mogła przeczytać w jakiejś gazecie – ale na pewno nie to, co powiedziała o liściach na oknie w łazience.

Niedługo po tym Witek dostał awans, zakończył się etap życia w ciągłym ruchu, znalazł dziewczynę, ustatkował się. Nigdy więcej nie spotkał się z Magdą, ale czasem łapał się na tym, że próbuje wyobrazić sobie jej dłonie – nie jakie były delikatne czy eleganckie, zgrabne czy miękkie, ale – absurdalnie – to, że są kompletne. Nie potrafił przywołać ich widoku. Zapominał o nich, zawsze udawało mu się wyrzucić je z pamięci, aż przychodził taki moment, że stał samotnie w jakiejś ciemnej łazience i podskakiwał na dźwięk liści obijających się o szybę okna.

Advertisements