Category Archives: noir

Transakcja – Nick Sweeney (przeł. Aleksandra Guzik)

Witek Galicki nie mógł tego wieczoru nazwać sukcesem. Kobieta uśmiechnęła się w sposób, który można by wziąć za zachętę, ale Witek zsunął się z niej delikatnie i uniósł rękę w przepraszającym geście. Odwrócił się tyłem i przysiadł na brzegu łóżka. „Nieudana transakcja” pomyślał.

–  Przykro mi – powiedział.

Miała na imię Magda. Witek usłyszał, jak mówi:

–  Nie przejmuj się, zdarza się przecież. – Usiadła obok niego, otoczyła ramieniem i skierowała palec w dół. – Jeśli chcesz, mogę… no wiesz.

– Och… nie trzeba, dziękuję. – Rozumiał, że kobieta czuje się w obowiązku zrealizować swoje usługi na warunkach, jakie ustalili. Prowadziła interesy, tak jak on. – To miłe z twojej strony, ale…

Jeszcze zanim skończył, Magda zawinęła się w szlafrok i wstała. Witek zaczął się ubierać. W biznesie wszyscy czasem dokonywali nieudanych transakcji, powiedział do siebie. Po prostu trzeba to spisać na straty i w przyszłości być mądrzejszym – albo raczej mieć więcej szczęścia.

Czasem nie wiedział, czy posiada którekolwiek z nich – mądrość lub szczęście, dopóki jakaś pełna znaczenia chwila, zrozpaczona twarz albo pechowiec ze swoją smutną historią nie przypomniały mu, że tak naprawdę ma przecież i to, i to.

Magda stała w drzwiach łazienki, wycierając twarz.

– Zdarza się – powtórzyła, a Witka pocieszyły te słowa, tak jak późniejsze zaproszenie do wspólnego wypicia kawy. Zastanawiał się, czy nie jest trochę za późno na kawę, ale ona uznała jego wahanie za brak pewności siebie. Wskazała głową w stronę kuchni. – I tak sama miałam się napić.

Zaproszenie było nowością. Miało ogromne znaczenie albo może nie znaczyło nic, ale Witek z zadowoleniem je przyjął. Zaczął wiązać krawat, potem go zwinął i spakował do swojej aktówki.

Podszedł do okna, obserwował śnieg osadzający się na ulicy, która omijała tory kolejowe i prowadziła do białostockiej stacji. Pojawił się grubo ubrany mężczyzna i odcisnął za sobą na śniegu ślady zimowych butów. Niedługo granicę przekroczy pierwszy pociąg z Białorusi. Wypluje z siebie handlarzy – cali obładowani będą brnąć przez miasto, żeby rozstawić stoisko z pierdołami na sprzedaż. Witek podziwiał, z jakim hartem ducha próbowali wyrwać drobniaki z gwałtownie rozwijającej się dookoła gospodarki kapitalistycznej. Oni też byli biznesmenami, nie zapominał o tym.

Taka była natura granicy – miejsca pojawiania się znikania. Granice powinny ucieleśniać wolność, otwartą przestrzeń, a mimo to były pod nadzorem, miały w sobie coś klaustrofobicznego. Symbolizowały możliwości, a jednak ludzie byli na nich przetrzymywani, obrażani, przeszukiwani, bici, pozbawiało się ich narodowości, strzelano do nich – a te ich przebłyski wolności stawały się tak samo krótkotrwałe jak ślady butów, co  znikają pod świeżym śniegiem.

Witek odwrócił się i zobaczył, jak Magda stawia na stole tacę: kawiarka, połyskujące łyżeczki, dzbanek z mlekiem, filiżanki i spodki z zastawy, którą nie pogardziłaby jego babcia, oraz ciastka. Usiadł obok niej na kanapie i powiedział pod nosem:

– O, jak miło.

Następnie oddali się zwyczajowemu rytuałowi – spytała, jaką kawę sobie życzy, ale całe te ceregiele poszły na marne, kiedy nie mogąc uchwycić absurdalnie małego uchwytu, niezgrabnie uniosła dzbanuszek i rozlała mleko po całej tacy.

Powiedział Magdzie, że obiło mu się o uszy, że zachodni biznesmeni pili kawę czarną, niesłodzoną. Dał radę przestrzegać tego zwyczaju – z wykrzywioną twarzą – równo tydzień. Oboje zaśmiali się z tego, jak podatny na sugestie był kiedyś Witek.

– To… ładny pokój – powiedział Witek. – W sensie, urządziłaś go… ładnie. Czuć spokój. – Podobało mu się, że zapaliła lampy, które miały klosze w pastelowych odcieniach – te w rogach otulały pokój delikatną poświatą. W tym temacie był ekspertem, widział już wiele kobiecych pokoi. Z zaskoczeniem odkrył, że opowiada jej, dlaczego tak się stało: że w związku z pracą żył w ciągłym ruchu, nie spotkał jeszcze odpowiedniej kobiety, w której mógłby się zakochać i później się z nią ożenić, i że – w głębi duszy będąc staroświeckim chłopcem – czekał, aż dostanie awans i odłoży trochę pieniędzy. „Co innego miałbym robić w międzyczasie?”, taka była jego odpowiedź na wyimaginowane oskarżenia. „Żyć w celibacie?”. Tak było lepiej, nie musiał zostawiać na długie tygodnie żadnej dziewczyny, której właściwie i tak nie zależało, nie było żadnych obustronnych podejrzeń o nieuczciwość.

– Jesteś szczery wobec siebie. – Magda objęła go ramieniem. – Każdy może być szczery wobec innych – powiedziała. – Najtrudniej być szczerym wobec samego siebie.

Witek nigdy nie patrzył na to z tej strony. Uświadomił sobie, że to prawda. Zgodzili się, że w tym skorumpowanym świecie, który ich otaczał, nie ceniono szczerości. Wolny rynek nie wynagradzał ani ciężkiej pracy, ani szczerości: wraz z nadejściem kapitalizmu w dawnym bloku komunistycznym zazdrość rozeszła się jak zaraza, zmieniła społeczeństwo w bezdusznych poszukiwaczy złota. Oboje zgodzili się, że wyrośnie z tego pokolenie, które w ogóle nie będzie znało życia.

– A więc komunizm pomagał w budowaniu charakteru? – Oboje skwitowali to śmiechem, a jednak odkryli, że tkwi w tym pewna ponura logika. – Tak jak te angielskie szkoły prywatne?

Ich śmiech ucichł i Witek spytał:

– Mieszkasz sama?

– Tak. – Drobna zmiana w wyrazie jej twarzy zdradziła nagłą czujność. – A co?

– Nie masz… – Chciał to wiedzieć jedynie z zawodowego punktu widzenia. Zastanawiał się, jak to ująć. – Żadnego… chłopaka?

– Nie powinno się pytać kobiet o takie rzeczy. – To był lekki afront. – Ale jestem za stara, żeby mieć chłopaka.

Kiedyś w gdyńskim porcie Witek widział ich w oddali, niedaleko starego posterunku celnego, gdzie zbierały się dziewczyny. Akurat podrzucał tam z powrotem jedną z nich, kiedy niski, chudy mężczyzna w zapinanej na zamek błyskawiczny skórzanej kurtce wetknął głowę przez okno samochodu Witka, jak gdyby był panem i władcą, wyszczerzył zęby w uśmiechu, po czym zapytał:

– Dobrze się pan bawił?

Witek wyczuł szyderczą nutę w tym pytaniu i zastanowił się nad odpowiedzią.

– Jaka była? – nie ustępował mężczyzna. – Dobra?

Co właściwie mógł na takie coś odpowiedzieć dobrze wychowany gość, jakim był Witek? Nawet alfonsi mają jakąś kontrolę jakości. Witkowi nawet się to spodobało, ale zaraz potem miał próbkę tego, jak pilnuje się tej jakości – błysnęła uniesiona pięść. Przelotne spojrzenie na dziewczynę ujawniło nawet więcej niż jego zbliżenie z nią: chuda istotka, z oczami szeroko otwartymi z przerażenia.

Bardzo dobra – powiedział bez emocji. Niewiele myśląc, uniósł kciuk do góry i uśmiechnął się głupkowato. – O tak. Najlepsza.

Odjechał, zatrzymał się za rogiem. Siedział, cały się trzęsąc. Zastanawiał się, czy wywołał odpowiednie wrażenie. Walczył ze sobą, żeby nie pojechać z powrotem i nie zaprosić tej samej dziewczyny na kolejny wieczór, ale uświadomił sobie, że to niemożliwe – następnego dnia miał być na spotkaniu w Olsztynie, to za daleko, a poza tym… raz w tygodniu, taka była jego żelazna zasada. Zapewnił siebie samego, że na pewno by ją wyratował, gdyby nie to, że wzywały go flipcharty w Olsztynie.

– Dobrze jest nie pracować… w detalu – powiedział do Magdy. – W sensie wyeliminować pośredników. Ale jak się ich pozbyć? – zastanawiał się. – Tych facetów, tych… alfonsów? – Pozwolił słowom zawisnąć w powietrzu, żeby zobaczyć, czy Magda się zgadza. Poczekał na potwierdzenie, nim kontynuował: – Jak trzymać ich z dala od siebie?

– Nie ma żadnej złotej rady – powiedziała po chwili namysłu. – Mam czterdzieści lat – przyznała. – I kiedy ma się tyle lat co ja, uznają, że tylko stwarzasz problemy, bo przemija twoja młodość i łatwowierność, nie dajesz już sobą pomiatać. Wtedy znajdujesz własne miejsce, chociaż musisz oczywiście uważać na miejscówki innych dziewczyn i jak kilka z nich uzna, że cię nie lubią, to nie masz innego wyjścia i musisz się zmywać. A czasami zyskujesz reputację i szacunek wśród innych dziewczyn i się odczepiają albo nie wchodzą ci w paradę.

– Ale jak zyskać reputację?

Dla Witka to była najtrudniejsza rzecz na świecie: próbował to osiągnąć od czasu ostatnich dwóch lat liceum, kiedy to postanowił – tak po prostu, pozostawiając za sobą śląskie miasto górnicze, pokryty sadzą dom i rodzinę – że osiągnie sukces w świecie biznesu, że będzie się o nim mówiło i ludzie będą go cytowali.

– Cóż. – Magda obdarzyła Witka długim i intensywnym spojrzeniem. Poczuł, że magiczna bańka prysła, jej muzyka ucichła. – Opowiem ci, jak tego dokonała jedna dziewczyna, o której słyszałam. – Wyciągnęła zegarek z kieszeni szlafroka, chwyciła go niezręcznie, zerknęła na niego i ziewnęła. – A potem serio musimy… iść do łóżka. – Magda zaśmiała się, Witek też. Zegarek wysmyknął się jej między palcami. Oboje rzucili się, żeby go złapać, ale bez powodzenia.

– No dobra, czyli jakaś dziewczyna – podpowiedział Witek.

– Tak. Dziewczyna z… Mińska. – Wskazała głową okno, miała na myśli linię kolejową, granicę, wschód. – Miała alfonsa, to był zły człowiek. To zawsze są źli ludzie. – Nakreśliła Witkowi ich obraz: zabawni – często, czarujący – zawsze, łagodni – czasami, ale to były tylko tymczasowe role, które odgrywali. Tak naprawdę byli źli. – A ona była jego ulubienicą, co oznaczało, że mogła zamieszkać z nim w jego wielkim domu z trzema piętrami i ogrodem warzywnym. Ale zaczęło do niej docierać, że to nie będzie trwało wiecznie.

Opowiedziała o dziewczynie, że miała rodziców, którzy pili i się kłócili, znikali i wracali, bo raz im się powodziło, raz nie, a ich wiara w trwałość różnych rzeczy zawsze była nadszarpywana. Na kilka chwil Witek ujrzał ją w myślach.

– Próbowała sobie wmówić, że to tylko jej paranoja – mówiła dalej Magda. – Ale na horyzoncie pojawiła się nowa ulubienica.

Dziewczyna młodsza, ładniejsza, przesiadywała tam wczesnymi wieczorami, zaraz przed nocnymi obowiązkami, a czasami zostawała aż do ich końca. Dziewczyna, której radosny śmiech można było czasem usłyszeć z ciemnych schodów. A pewnego ranka ta nowa, świeża i młodziutka, pojawiła się przy śniadaniu – taka jasnooka i rozrywkowa, niewinna i czarująca.

– Widziała, dokąd to wszystko zmierza – powiedziała Magda. – Zresztą pamiętała, że dokładnie tak samo było z nią, kiedy stała się ulubienicą i w identyczny sposób ona sama wyeliminowała wcześniejszą ulubienicę.

I ta dziewczyna wiedziała, że niedługo zostanie wyrzucona z wielkiego domu. Że będzie mieszkała w paskudnym pokoju we wspólnym domu, tak jak reszta. Ale to wszystko przecież zostawiła za sobą: całe to życie, malutkie pokoje, wspólną kuchenkę, która nigdy nie działała tak, jak należy, kolejki do łazienki, umywalki usiane kropelkami kosmetyków do makijażu, smród kanalizacji. Nigdy nie mieszkała w miejscu, które by miało tyle przestrzeni i światła ile ten wielki dom, nigdy nie miała ogrodu – miejsca, gdzie można odetchnąć świeżym powietrzem, spojrzeć na wszystko z innej perspektywy.

Pewnego dnia wcześnie rano stała w ogrodzie i myślała o tym, co ją czeka. Wiedziała, że powinna podejść do tego dojrzale. Magda opowiadała dalej:

– To powinna być piękna pora roku. A ona stała w ogrodzie przy grządkach truskawkowych i opanowało ją coś w rodzaju… szaleństwa.

– Szaleństwo – wyszeptał Witek. Nie potrafił sobie wyobrazić szaleństwa. Pochodził ze świata, w którym wszystko było spokojne, uporządkowane, ułożone w podpunktach – bezpiecznie nudne.

Magda pokiwała głową.

– Szaleństwo. Jednej nocy między nią a alfonsem wywiązała się… ostra kłótnia o jego nową ulubienicę.

Oszczędziła Witkowi szczegółów, ale zrozumiał, że mężczyzna poharatał twarz dziewczyny masywnymi pierścieniami, które nosił na palcach. Połamał jej też kilka zębów. I kiedy tak leżała na podłodze, krztusząc się własną krwią, on stanął nad nią. Rzucił jej kilka banknotów. Powiedział, że ma sobie zrobić nowe zęby, jeśli chce dalej pracować.

– Widzisz, nawet nazewnictwo się zmieniło.

– Jakie nazewnictwo?

– Do tamtej pory udawał, że nie pracowała dla niego – była jego ulubionym najdroższym kochaniem serduszkiem kwiatuszkiem, nie pracownicą, który od czasu do czasu wyświadczał słodką przysługę jemu czy któremuś z jego kolegów.

Magda dokładnie opowiedziała o tym, jak dziewczyna siedziała w fotelu u dentysty bezbronna, zraniona. Na Białorusi było tak jak w Polsce – ludzie nie dostawali znieczulenia, było go mało i dużo kosztowało, ale jej zęby były w tak tragicznym stanie, że lekarz poradził, by jednak je wzięła. Obserwowała go uważnie, jak gromadził przedmioty potrzebne do tej procedury. Zrobił jej kilka zastrzyków.

– A potem poszedł na papierosa i czekał, aż znieczulenie zacznie działać.

– Nienawidzę znieczuleń – powiedział Witek. – Chyba wolałem, jak ich nie było.

Uśmiechnęła się, nie do końca przekonana jego zapewnieniem, przynajmniej tak to odczuł, a po czym kontynuowała:

– Kiedy dentysta wyszedł na papierosa, dziewczyna wstała z krzesła i schowała do kieszeni strzykawkę i kilka ampułek nowokainy.

– Co?

– A potem dentysta wrócił i zrobił jej zęby.

– Ale czekaj, co? Ukradła środek znieczulający? Po co?

– Powiem ci. – Magda pokiwała głową. – Wyszła od dentysty i szła przed siebie, żeby zabić czas.

Witek znów widział ją, jak podąża ulicami Mińska otumaniona działającym jeszcze znieczuleniem, ze zdrętwiałymi ustami, z poczuciem, że już wszystkiego ma dość. Minęła szkołę, do której chodziła jako dziecko, potem blok, w którym kiedyś mieszkała, zatrzymała się przy podejrzanie wyglądającym placu zabaw – kiedyś bała się tych zardzewiałych drabinek, betonowych zwierząt i chamskich chłopców. Zaszła do apteki, kupiła bandaż i środek dezynfekujący.

– Ale znacznie później, kiedy już się ściemniło, wróciła do wielkiego domu.

Szkicując kolejne obrazy, Magda opowiedziała, jak dziewczyna bezszelestnie przeprawia się przez ciemność wielkiego domu. Jej mężczyzna był na górze, spał ze swoją nową ulubienicą.

– Złamała ampułkę z nowokainą – powiedziała Magda.

– Och. Dlaczego ona…

– Napełniła strzykawkę, po czym – domyślasz się, co zrobiła?

– Podkradła się na górę – powiedział automatycznie Witek. – I dźgnęła go strzykawką.

–  I co by jej to dało? – odparła Magda, zabrzmiało to jednak uprzejmie. – Nie. Poszła do kuchni i wzięła najostrzejszy nóż, jaki udało jej się znaleźć. Potem poszła do łazienki. – Witek znów oczami wyobraźni widział ją, widział, jak uspokaja oddech i trzęsące ręce, pozwala oczom przyzwyczaić się do ciemności, dostrzega muszlę, najpierw tylko jej połysk, a później całą. – Wstrzyknęła środek znieczulający w palec i tak samo jak u dentysty czekała, aż zacznie działać. Jej serce zatrzymywało się za każdym razem, kiedy na zewnątrz liść wiązu zadrapał w szybę. Wiesz, co zrobiła później?

– Nie. – Witek czuł, jak jego własne serce mocno bije, ale nic nie przyszło mu do głowy. – Nie wiem, co?

– Odcięła sobie palca.

– Co! Ale czemu, po co miałaby coś takiego zrobić?

Bardzo ostrożnie dziewczyna wycisnęła krew na stary mosiężny kran przy wannie, potem na pęknięcia w kafelkach na podłodze i na fugi, gdzie cement już się zdarł. Była bardzo uważna, żeby zostawić po sobie tylko ślad. Trochę większą niespodziankę zostawiła pod wanną pomiędzy odchodami myszy i martwymi owadami – rozpryskała krew w kurzu. Z szafki w łazience wyciągnęła ręcznik i zatamowała nim krew. Na zmianę upuszczała trochę krwi i tamowała, upuszczała i tamowała. Wtedy wyjęła środek odkażający i bandaż i opatrzyła sobie rękę. Wytarła nóż ręcznikiem i zwinęła je razem w rulon, po czym położyła gdzieś na tyłach szafki w łazience. Podkradła się po schodach w dół i wyszła do ogrodu.

– Ogród – powtórzył Witem z pewnym ożywieniem. – Ogród, gdzie na świeżym powietrzu była szczęśliwa i z dala od wścibskich spojrzeń. To co ona tam zrobiła?

– Z dala od wścibskich spojrzeń – powtórzyła Magda – zaraz przy końcu grządki z truskawkami urządziła swojemu palcu godny pochówek w płytkim grobie.

– I ten palec. – Witek prawie zdążył o nim zapomnieć. – Ale to wszystko jest nienormalne. Po co ona to zrobiła? Ktoś się jej kiedyś spytał?

– Na pewno nie w Mińsku. Już nigdy nie pokazała się w Mińsku.

– Po prostu zniknęła. – Witek potrząsnął głową. – Ale czekaj. – Czegoś nie rozumiał. Robienie absurdalnych rzeczy, a potem znikanie wcale nie wydawało się idealną receptą na zyskanie reputacji.

– To jeszcze nie koniec historii – powiedziała Magda.

Zaraz następnego dnia rano w wielkim domu zaroiło się od policji. Alfons był trochę rozbawiony, a trochę zły. Już chciał ich opłacić, tak jak to zwykle robił, kiedy powiedzieli, o co chodzi: dostali cynk, że zabił jedną ze swoich dziewczyn. W odpowiedzi wyciągnął jedną ze swoich ksiąg rachunkowych i pokazał, ile jedna dziewczyna zarabiała tygodniowo – tylko idiota by taką zabił. Spytali, czy mogą przeszukać dom. „Zapraszam”, odpowiedział.

– I wiesz co? – odezwała się Magda. – To były ostatnie słowa, jakie wypowiedział z uśmiechem na twarzy.

Bo chociaż nie znaleziono ciała, policja miała informację na temat jej grupy krwi w kartotece i ta grupa zgadzała się z krwią, która była w łazience, na nożu i ręczniku. To nie wystarczyło, ale w aktach mieli też jej odciski palców. Kiedy znaleźli palec w ogrodzie, mieli do mężczyzny dużo pytań.

– Dali mu dziesięć lat – powiedziała. – Widocznie tyle jest warte życie kobiety. Ale jakoś po roku już był martwy, zadźgali go nożem podczas kłótni o tytoń czy coś tam.

– Boże… – powiedział Witek.

– I w taki sposób, mój przyjacielu, pewna dziewczyna zyskała reputację.

Witkowi podobało się, że nazwała go przyjacielem. Rozbawiła go ta myśl. Kiedy uniósł wzrok, ona już stała, mówiąc:

– Słyszysz to?

Stali, nasłuchując.

– Pociąg z Grodna – powiedziała. – Jest tak późno, że wcześnie. Słuchaj. – Położyła mu rękę na ramieniu. – Może przyjdziesz do mnie jeszcze?

– Chciałbym. – Mówił poważnie.

– Ja też. – Odprowadziła go do drzwi. – Niedokończone biznesy to takie… rozczarowanie.

– Dokończymy następnym razem – obiecał Witek. – Ale słuchaj. – Stanął w progu jej mieszkania i ściszył głos ze względu na sąsiadów. – Mówiłaś, że tej dziewczyny już nikt nigdy nie widział w Mińsku. Co się z nią stało, gdzie poszła? Wiesz coś?

– Nie. Inne miasto? – Pokazała rząd idealnych zębów w szerokim uśmiechu, którym już na początku przyciągnęła jego zainteresowanie. – Może uprawia kapustę gdzieś na wsi.

– Albo truskawki – odparł Witek.

Nachyliła się i pocałowała go w oba policzki. To był dla niego zaszczyt – pamiętał, że jest jej przyjacielem.

– Truskawki. – Z jakiegoś powodu twarz Magdy pojaśniała na ten pomysł. – Tak, nawet lepiej. Może uprawia truskawki.

Kilka godzin później tego samego poranka obudził się w swoim pokoju hotelowym i nie mógł się oprzeć wrażeniu, że czuje zapach truskawek. Trwało to tak krótko, że zdało mu się, że wyobraził sobie nawet tę halucynację i przez moment był podwójnie zdezorientowany. Wstał, poszedł do toalety. Na zewnątrz drzewa uwolniły się od masy śniegu, którego napadało tak dużo, że spadł na ziemię, a lekkie teraz gałęzie uderzały liśćmi w szybę, sprawiając za każdym razem, że podskakiwał ze strachu. Możliwe, że Magda wymyśliła niektóre rzeczy – na przykład miejsce pochówku, o tej grządce truskawkowej mogła przeczytać w jakiejś gazecie – ale na pewno nie to, co powiedziała o liściach na oknie w łazience.

Niedługo po tym Witek dostał awans, zakończył się etap życia w ciągłym ruchu, znalazł dziewczynę, ustatkował się. Nigdy więcej nie spotkał się z Magdą, ale czasem łapał się na tym, że próbuje wyobrazić sobie jej dłonie – nie jakie były delikatne czy eleganckie, zgrabne czy miękkie, ale – absurdalnie – to, że są kompletne. Nie potrafił przywołać ich widoku. Zapominał o nich, zawsze udawało mu się wyrzucić je z pamięci, aż przychodził taki moment, że stał samotnie w jakiejś ciemnej łazience i podskakiwał na dźwięk liści obijających się o szybę okna.

Cadillac – Carrie Clevenger (przeł. Antoni Kaja)

Był czwarty czerwca, kiedy cień kierowcy tego cadillaca przesłonił mój próg. Nosił idealnie przylegający do uszu melonik, nieco zmięty ponad brwiami. Miał ze sobą swego rodzaju niewielką metalową walizkę z połyskującym zamkiem, ale to nie jego osoba czy ubiór tak na mnie podziałały. Tylko jego samochód. Ten szary cadillac to było dopiero coś.

Przycupnięty na krawężniku niczym metaliczny ptak drapieżny na gałęzi, spoglądał na mnie gniewnie poprzez cienką siatkę w drzwiach. Chciałem się od niego odciąć. Zaciągnąć zasłony i zejść do piwnicy. Nie odbijało się od niego słońce. Nie rzucał też cienia. Po prostu przykucnął z nosem beztrosko wetkniętym w trawnik oraz zaczątki kolczastych chwastów, których jeszcze nie miałem okazji wyciąć. Zatraciłem się w tej jego szarości, barwie wypalonego starego betonu. Szarości głębszej niż jakakolwiek barwa; odcieniu włazu studzienki na zimę. Powstrzymałem dreszcze.

Przedstawił się jako John. John Wilson. Domyślałem się, że kłamie. Spojrzał ponad moim ramieniem, już pochylając się w drzwiach, a ten szalony samochód zdawał się popierać jego prośbę o użycie mojego telefonu. Zaoferował mi dwudziestopięciocentówkę za pomoc i wbrew sobie przystałem na to. Co innego mogłem zrobić? Wytarłem ręce w kuchenny ręcznik, poluźniłem krawat. Drzwi frontowe zostawiłem otwarte, żeby mieć oko na tego cadillaca, jakby w obawie, że może znienacka pożreć dzieciaki sąsiadów.

John Wilson podczepił jakiś dziwny przyrząd do podstawy mojego telefonu, wykręcił numer, mamrotał coś przez parę sekund do słuchawki, po czym rozłączył się, pozwalając jej od razu z trzaskiem opaść na widełki. Domyśliłem się, że wykręcił zamiejscową, w końcu tak długo obracał tarczą, w kółko i w kółko. Dałbym mu znać, że panują tutaj inne zasady, ale pewnie niewiele by go to obeszło. Nic a nic. Właściwie już miałem otworzyć usta, żeby powiedzieć co o tym myślę, kiedy spostrzegłem cadillaca. Nie był już szary.

O nie, okrył się ładnym, gładkim lakierem barwy szminkowej czerwieni. Zatoczyłem się do tyłu, obracając, żeby uzyskać wyjaśnienie całego tego absurdu, gotów pod byle pretekstem pozbyć się tego mężczyzny z domu, a wraz z nim jego paskudnego dużego auta.

John rozgościł się w kuchni, podziwiając garnki oraz patelnie o miedzianym spodzie, zapalając jednocześnie papierosa. W mojej kuchni. Ja nie paliłem. On też nie powinien, ale byłem już zbyt zahukany. Odszukałem wzrokiem wiszący w korytarzu krucyfiks, mamrocząc do Boga prośbę o to, żeby jeszcze ten jeden, jedyny raz czuwał nade mną, niech będą Mu dzięki, Amen. John Wilson dalej rozkoszował się dymem, tworząc z niego idealne kółka przy każdym wydechu.

– Hej – zacząłem, gdy coś mnie tknęło i spojrzałem znów na cadillaca. Wyszczerzył się do mnie trawiastą zielenią.

– Co do diaska… hej! Ten samochód! – wykrzyknąłem, zaczynając myśleć o tym, dlaczego General Motors miałoby nie reklamować swoich nowych modeli zmieniających barwy. Wtedy mi przygrzmocił. Zatoczyłem się, starając uniknąć ciosu, ale metal zetknął się z kością. Rozłożyło mnie.

Poczułem jak moja czaszka ustępuje pod naciskiem patelnii. Wywróciłem oczami, aby spojrzeć na mężczyznę, który wciąż ściskał ją w ręce; trochę włosów przywarło do powierzchni. Upuścił papierosa na podłogę tuż obok mojej twarzy i zadeptał obcasem. Aż zakręciło mnie w nosie od odoru siarki. To nie był jakiś tam zwyczajny pet. Zadzwonił telefon.

Odebrał go. Spojrzał na mnie z góry.

– Jeszcze raz skorzystam z twojego telefonu. A ty przestań się martwić moją bryką.

W tym momencie straciłem przytomność, a kiedy się ocknąłem, byłem w bagażniku jadącego pojazdu, najpewniej tego cadillaca-kameleona. Nie wiedziałem, gdzie zabiera mnie John Wilson, dlaczego mnie uprowadził albo czy naprawdę tak się nazywa. Nie ma to w sumie teraz większego znaczenia – powiedziałem sam do siebie. – bo ani chybi do ranka będę trupem. Samochód pędził przed siebie przez jakąś godzinę, potem wreszcie się zatrzymał.

Kierowca wysiadł, mogłem dosłyszeć jego kroki na luźnym żwirze. Klucz przekręcił się w zamku bagażnika, klapa poszła w górę i stanąłem oko w oko ze Śmiercią, a nie Johnem Wilsonem.

–  Po prostu musiałeś się wtrynić – Wyciągnął mnie z bagażnika, stawiając na równe nogi.

Śmierć może i świecił nagim czerepem jak na niego przystało, ale jakoś zapomniał zdjąć swój zgnieciony melonik. Wyglądał przez to dość komicznie.

– Tak wlepiałeś gały w moją brykę, że nie mogłem pozwolić żebyś potem kłapał dziobem – Przeszedł na drugą stronę auta.

Chciałem obrócić głowę, ale kiedy próbowałem, w skroń wbiły mi się igiełki bólu. Burknąłem, przenosząc ciężar ciała z potłuczonego biodra.

– Ja… ja nikomu nie pisnąłbym słówka – zapewniłem, chwytając gwałtownie powietrze. Chyba poza rozwaloną czachą miałem też parę złamanych żeber.

– Nie kituj! Widziałem jak główkujesz co z tymi kolorami. Łżesz żebym cię puścił!

Nie zdawałem sobie sprawy, jakim Śmierć jest prostakiem. Było to naprawdę dość żałosne, więc zacząłem się śmiać. Nie przestałem nawet kiedy mnie kopnął. Chyba byłem bliski załamania.

– Nie bój nic. Ten telefon oszczędził mi kolejnych czterech stuleci czynszu – Wzruszył ramionami.

Zamilkłem, zaciekawiony tak dziwnym wytłumaczeniem. A może on mi dziękował.

– Doliczyłem to do rachunku, ale…

Spojrzał w moim kierunku, w pustych oczodołach pełgał ogień.

– Tak, myślę, że wezmę cię do roboty – Sięgnął ku mnie i poczułem jak moje ciało ogarnia chłodny paraliż.

****

Zdjąłem melonik, wchodząc do środka i mijając przysadzistą staruszkę. Miło z jej strony, że pozwoliła mi skorzystać z telefonu, ale już widziałem jak przygląda się mojemu autu. Westchnąłem, wykręcając znany już sobie numer, zdając sobie sprawę, że zanim skończę, ten samochód sprowadzi zgubę na wielu ludzi.

Jakimś cudem Ten Na Górze uznał go za dobry sposób ukarania za nękanie jego chrześcijańskich dziatek. Nie dało się go zakryć. Nie dało się go ukryć. Cholerstwo jaśniało jak zorza polarna.

Stanowił przynętę, przyciągającą tylko dobre dusze. Smakowite dusze. Stałem się piechurem, zbieraczem duchowej esencji, całej tej mocy. Płaciłem w imieniu Belzebuba za wynajem tego cudeńka od Sami-Wiecie-Kogo. Cóż, mimo wszystko bycie uczniem samego Starego Rogacza miało swoje plusy.

Przynajmniej wiem, że gdzieś tam w piekle zarezerwowano dla mnie przytulny kąt.

 

MJ -David Malcolm ( przeł. Kamil Głośnicki)

****** Argus, 25 sierpnia 1883

Sąd Koronny hrabstwa ******. Rozprawę prowadzi sędzia Renwick.

Dzisiejszego dnia Roger Arneil został uznany za winnego publicznego podszywania się pod kobietę celem prowokowania u poddanych Jej Królewskiej Mości bezwstydnych i niemoralnych zachowań oraz podania fałszywego imienia policjantowi, za co został skazany na rok uwięzienia połączonego z ciężkimi robotami w Zakładzie Poprawczym w Searskin Flints. Arneil został pochwycony na początku miesiąca w domu publicznym Wschodzące Słońce na Llewleyn Lane. Arneil, którego rzekomy adres zamieszkania to Deepdale, 43 Broadmoor Crescent, został pojmany przez znanego z bezwzględności dla występku sierżanta Terence’a Bairda z miejskiego posterunku policji, który dłuższy czas obserwował podejrzanego. Sierżant Baird zeznał przed sądem, że aresztował Arneila, gdy ten zbliżał się do akwizytora, aby zaproponować mu usługi seksualne. Wydając wyrok, sędzia Renwick wyraził nadzieję, że surowość kary będzie przestrogą dla innych ludzi o podobnych skłonnościach i pomoże wyplenić moralną zarazę, która przyszła z metropolii i coraz bardziej się rozprzestrzeniała. Pogratulował także sierżantowi jego wytrwałości w nieprzerwanym pościgu za zwyrodnieniem.

Obudziłem się w parku, w krzakach tuż przy rzece. Moje gardło przypominało rynsztok przy pijalni dżinu po sobotniej nocy. Zachowując czujność, wyczołgałem się z zarośli. Nikogo nie było w pobliżu. Usiadłem na ławce i wróciłem myślami do wcześniejszych wydarzeń.

Po tym jak sąd skazał tego obrzydliwego zboczeńca Arneila, wróciłem zadowolony do domu. Dałem żonie porządnego całusa i zasugerowałem, że liczę na wieczorne igraszki w łóżku. Synowi Johnowi posłałem jedynie krótkie, karcące spojrzenie, widząc jak czyta jeden ze swoich przeklętych tomików poezji. Dostawał ode mnie w skórę za mniejsze przewinienia. Tej nocy, po wyśmienitej kolacji, wygrzmociłem mocno Elsę, chociaż twierdziła, że jest wykończona. Następnego dnia obudziłem się wesoły i pewny siebie, do tego stopnia, że nie zauważyłem spojrzenia sierżanta posterunkowego, kiedy powiedział, że komendant chce ze mną pomówić.

– Piekielnie dobra robota, Baird – powiedział inspektor Chisolm, kiwając głową. – W normalnych okolicznościach przekazałbym swoją rekomendację naczelnikowi policji. Teraz, cóż. Nie jestem w stanie.

Odchrząknąłem.

– Czy coś się stało, panie komendancie?

– Owszem – ten wstrętny dewiant zbiegł. Podejrzany został wysłany pociągiem do Searskin, gdzie prawdopodobnie musiał odurzyć posterunkowego, zabrać mu kluczyki i zdjąć kajdanki. Ostatnio widziano go, jak jechał w stronę Manchesteru. Wykręcił niezły numer. Ktoś musiał mu pomóc.

Numer jak cholera, pomyślałem. Mogłem się pożegnać z moją rekomendacją. Nie mówiąc o tym, że plugawy zboczeniec dał nogę. Byłem wściekły.

Poszedłem do księgarni Martina Deansa. Miałem zamiar przyszpilić go tej samej nocy, kiedy ująłem jego kumpla Arneila, ale jakimś trafem nie przyłączył się wtedy do zabawy.

Pomiędzy zakurzonymi, wysokimi regałami zastawionymi badziewiem nie było nikogo poza Deansem. Zabrałem go na zaplecze sklepu.

– Ty chodzący ekskremencie – warknąłem. – Gadaj, kto pomógł Arneilowi albo wyduszę to z ciebie siłą.

– Zabieraj łapy, ignorancki prostaku – syknął.

Jego twarz spotkała się z moją ręką. Upadł między swoje książki. Usłyszałem dzwonek przy drzwiach i odwróciłem się do wyjścia.

– Jeszcze tu wrócę – rzuciłem. – Niedługo będziesz żarł pakuły i biegał w kieracie.

– Gertrude. Akt trzeci, scena druga – wyszeptał, gdy wychodziłem.

Wróciłem na komisariat i przesiedziałem tam zamyślony bezczynnie całe popołudnie. Sierżant powiedział, że jakaś młoda osoba chce się ze mną zobaczyć.

Tym kimś okazała się ładniutka pokojówka, Jeanie Rea. Spostrzegłem, że mnie podziwia. Same moje wąsy dawały ku temu dobry powód. Czy mogę zobaczyć się z jej panią? Miała pewną sprawę, która wiązała się Arneilem. Zrobiła do mnie wielkie oczy. Podała adres dobrej ulicy w Arnswick. Pogładziłem wąsy i zgodziłem się.

Dom był jednym z tych dużych ceglanych, tuż przy lesie. Korytarz pachniał ledwie wyczuwalnie stęchlizną. Bardzo ciekawiło mnie, cóż pani domu ma mi do powiedzenia.

– Pani Washburton – przywitała mnie z uśmiechem.

– Proszę, niech pani mówi, w czym mogę pomóc.

Była kobietą niezwykłej urody – smukłą blondynką. Miała na sobie jasnoniebieski jedwab.

Historia, którą mi opowiedziała była z tych najsmutniejszych. Jej mąż zaczął gustować w okrutnych zachciankach. Sprowadzał do domu same bezwstydne osoby. W opowieści pojawiło się użycie chloroformu w celach erotycznych. Kobieta obawiała się, że mąż może być zamieszany w spisek mający na celu, jak mniemała, uwolnić degenerata Arneila.

– Jak dobrze jest wreszcie ujrzeć prawdziwego mężczyznę w tym domu – powiedziała zbliżając się. – Och, sierżancie. Od dawna pana obserwowałam, z daleka. Wiem, że występek jest dla pana tak obrzydliwy jak dla mnie. Niech mnie pan uwolni z tych kajdan.

Położyła ręce na mojej piersi. Spojrzała mi w oczy. Była bliska płaczu.

– Błagam pana.

Pocałowaliśmy się namiętnie. Poczułem jej dłoń na moim rozporku. Wyszeptała „proszę” i uklęknęła. Jęknąłem z rozkoszy. Za plecami usłyszałem śmiech. Pokojówka Jeanie pogładziła mnie po klatce piersiowej. „Och, sierżancie”. Sięgnąłem ręką do tyłu, między jej nogi. Wyczułem coś, czego się nie spodziewałem. Znalazłem się pomiędzy dwom kobietami (kobietami?). Odwróciłem się w stronę pani domu. Uniosła moją dłoń i skierowała ją pomiędzy swoje nogi. Wpatrywały się we mnie – długimi, chłodnymi, oceniającymi spojrzeniami.

Chciałbym móc powiedzieć, że czymś mnie odurzyły. Nie, to stało się później. Wtedy byłem po prostu rozochocony. Nie miałem nad sobą władzy, poruszałem się od jednej do drugiej i robiłem posłusznie, co mi kazały.

Byłem im posłuszny.

Wypiliśmy do dna jakiś rubinowy trunek. Widziałem tańce cieni i kształtów. Młodzi chłopcy stawali się dziewczynami. Chłopcy zabawiali się swawolnie ze sobą. Dziewczyny dosiadały ich i siebie nawzajem. Uprawiały trybadyzm. Czyżby była tam moja żona Eliza? Mój syn John?

Podniosłem się z ławki i pospiesznie udałem się do Arnswick. Był wczesny poranek. Nikt mnie nie widział. Dotarłem do ceglanego domu. Wyglądał na opuszczony. Zapukałem do drzwi. Przez mur wychylił się sąsiad.

– Nikogo tam nie ma. Wyjechali na południe rok temu.

– Ostatnia noc – wydukałem. – Słyszał pan straszną muzykę? Widział pan światła?

– Nie było mnie wczorajszej nocy – odparł, patrząc się na mnie podejrzliwie. – Czy to nie pan, panie sierżancie Baird? Pan wygląda strasznie. Czy wszystko w porządku?

Uciekłem.

Nie mogłem wrócić jeszcze do domu, nie w takim stanie. Znałem prostytutkę, która mieszkała w małym mieszkaniu w Fishergate. Martha pozwoliłaby mi się umyć i ogolić. Być może ma nawet czystą koszulę.

Przywitała mnie z nieszczerym uśmiechem. Rozebrałem się i umyłem ciepłą wodą z dzbanka. Narkotykowe odurzenie przestało działać. Zacząłem zdawać sobie sprawę z wszystkich dziwnych odczuć i bólów, które wcześniej tłumiło. Dopiero w lustrze u Marthy dostrzegłem, że wygolono mi włosy na całym ciele, a na pośladkach miałem wytatuowane czarnymi literami imię: „Mary Jane”.

Nekrolog. 12 stycznia 1910 roku.

Ze smutkiem zawiadamiamy o śmierci pana Terence’a Bairda, pracownika ****** w hrabstwie ******. Pan Baird, były posterunkowy, zostanie zapamiętany jako obrońca biednych, pokrzywdzonych i (trzeba o tym przypomnieć) potępianych w całym kraju. Był szanowaną osobistością, a jego pogrzeb z pewnością będzie powodem do szczerego smutku mężczyzn i kobiet z biedniejszych ulic naszego miasta. Pozostawił po sobie żonę Elizę i syna Johna Bairda, poetę.

Groteska – K. A. Laity (przeł. Filip Cieślak)

Tony donośnym głosem referował mi zażalenie, jakie złożył w związku z podwyżką cen wody.

– Absolutnie nie do przyjęcia, skandaliczne, zatrważające – recytował, żywo wymachując Carlsbergiem i zachlapując pianą brązową podłogę.

Spacer do pubu był niczym wędrówka po mieście duchów, jakby nagle każdy wybył z miasta, rzucił je niczym gównianą robotę i wyjechał w pizdu do Holandii, Monachium albo Rzymu.  Ale to był tylko finał mistrzostw. Takie problemy nie istniały u Tony`ego. Telewizor wciąż wiszący nad tarczą do darta nie działał od czasów Erica Bristowa. Wyposażony był teraz w rozczapierzoną perukę z pajęczyn, która ładnie komponowała się z całą resztą wystroju, od wykrzywionego blatu barowego do śmierdzącego klopa z tyłu. Jeśli jakaś pani zachciałaby przypudrować nosek, zaniepokoiłby ją brak drzwi z napisem „damski”, a potem urocze zdjęcie prostytutki ze skrzyżowanymi nogami. Dotychczas jednak żadna kobieta nie przekroczyła tutejszego progu. Być może winny temu jest wystrój wnętrza, którego głównym elementem jest brąz z odcieniami brązu. Może pewną rolę odgrywa tu też nastrój tworzony przez niedomytych mężczyzn w kwiecie wieku, świeżo po szychcie. Wszyscy młodzi faceci poszli do lśniących pubów sportowych, by pośród kakofonii ekranów wychylać jak soczek drinki o głupkowatych nazwach. Mieliśmy tu dwa rodzaje lagera, jeden ale i Guinnessa na boku dla starszych panów z wyspy. Latem mogłeś też dostać puszkę Budweisera, by raczyć się nią w „ogródku piwnym”, którego wyposażenie stanowił plastikowy stolik ustawiony na betonie – centralnie między śmietnikiem a szarą ścianą piętrowego parkingu. Główną atrakcją wydawało się pozwolenie na plucie. Tony doszedł właśnie do kulminacyjnego punktu swojej tyrady:

– Zdrajcy klasy robotniczej! Sześćdziesięciogodzinny tydzień pracy!

Gdy do pubu wszedł Huckleberry Bob, natychmiast zapadła cisza. Być może chodziło o opowieści o tym, jaki to z niego zabijaka: mając 15 lat pobił sąsiada, któremu nie spodobało się, że doberman Boba, Bękart, postawił kilka parujących, brązowych podarunków na azaliach. Biedny stary Gary wciąż kuśtykał. Wszyscy starali się trzymać od Boba z daleka. I to niekoniecznie z racji jego przyzwyczajenia do bełkotania jakiś niepokojących słów pod nosem, zazwyczaj skierowanych do sąsiadów, dentysty lub w niebiosa. Prawdopodobnie w całym pubie zapadła taka upiorna cisza, bo wyglądało na to, że Huckleberry Bob jest pokryty krwią. Deska dzierżona w lewej dłoni wcale nie łagodziła sytuacji. Nikt nie  patrzył na niego bezpośrednio. Zrobiło się więcej miejsca, albo tak co najmniej się zdawało, kiedy nasz oddech stał się płytszy. Niekończącą się chwilę przerwał jego brat Jack:

– Co tam słychać, Bob? – Nikt nie nazywał go Huckleberry prosto w twarz.

Bob nic nie odpowiedział, ale odwrócił głowę w stronę brata. Bez słowa wyciągnął pistolet i strzelił mu prosto w jego lśniącą glacę. Jack cofnął się plecami w lustro, które wytrzymało lata zaniedbań, a teraz również ciężar ćmy barowej, która to osunęła się po nim na lepką posadzkę.

Cisza pękła niczym szkło rozbitych kufli, które runęły na ziemię. Rozległy się krzyki i wszyscy zaczęli szukać wyjścia. Szkoda tylko, że Bob stał przy drzwiach, a drugie prowadziły do ogródka.  Większość wybrała właśnie tę drugą drogę, ale szybko utknęli w przejściu jak bracia Marx na imprezie. Kilku skitrało się w klopie, ale to był chyba gorszy pomysł niż ogródek. Stanąłem jak kretyn przy filarze. Zasłoną tego nazwać nie było można.

Huckleberry Bob ruszył za grupką desperatów wpychających się jeden na drugiego, oby tylko przebić się do ogródka i zaczął okładać ich po tyłkach deską, jeszcze bez strzelania do kogokolwiek. Wyglądało na to, że goście w kiblu brali co pod ręką i nieprzybite do ścian, by zablokować jakoś drzwi, ale zamarli w bezruchu, gdy wreszcie rozległ się huk.

Niektórym się udało, niektórzy leżeli na podłodze w kałużach krwi. Tony był jednym z nich. Nie wiem, czemu zamarzłem. Kiedy Bob odwrócił się od ogródka, każda część mojego ciała podpowiadała mi, bym uciekał, a ja stałem dalej.

Bob podszedł chwiejnym krokiem. Nie spieszył się, nie pocił. Tak prawdę mówiąc, to wydawał się odurzony; miał zaczerwienione oczy i zwiotczałą twarz. Niech chroni mnie święty ogień Brygidy! Powtarzałem modlitwę matki, którą słyszałem tysiące razy albo i więcej w rodzinnej wiosce, zanim przybyłem na ziemie wroga.  Niczym iskry wiecznego ognia, słowa same nasunęły mi się na język:

– Jak tam twój pies, Bob?

Bękart zdechł kilka lat wcześniej, ale został zastąpiony jednym ze swoich szczeniaków: obrzydliwa kopia wabiła się Junior.

Teraz przyszła kolej na to, by Bob zamarzł. Jego palce zadrżały i deska upadła na ziemię. Ku mojemu zaskoczeniu począł szlochać.

– Nie żyje!

– Co ty do diabła mówisz?! Co się stało?

Zaczał się kołysać i miałem wrażenie, że zaraz się przewróci. Szloch wstrząsnąłego potężną tuszą, a on wytarł przedramieniem twarz, biorąc nierówny oddech.

– Samochód. Jakiś pierdolony Torys w odpicowanej furze go przejechał – łkał.

Położyłem delikatnie dłoń na jego ramieniu, gotowy, by rzucić się do ucieczki.

– Szkoda go, Bob, naprawdę szkoda. – Postawić ci piwo?

Pokiwał głową, więc przeszedłem za bar nad ciałem Jacka i polałem mu kufel.

– To pewnie dlatego masz całe ciuchy we krwi – powiedziałem, by podtrzymać konwersację.

Bob spojrzał w dół, jakby dopiero zauważył czerniejące plamy na ubraniu. Przesunąłem kufel po blacie, a on wychlał go natychmiast, wycierając raz jeszcze zakrwawioną twarz. Zacząłem nalewać drugi, nie zważając na drżące dłonie.

Bobowi się trochę odbiło, ale chociaż przestał płakać. Złapał za utytłaną koszulkę.

– Niee, to tego toryskiego ścierwa. Myślę, że wracał pewnie z cash-n-carry z zapasem drewna w swoim Range Roverze.

– Przydało się – dodałem, kładąc napełniony kufel na barze.

– Masz rację – zgodził się i wziął się za picie, tym razem odrobinę wolniej. – Masz dużo racji.

– Dziwny jest ten świat, Bob – powiedziałem, nalewając sobie piwo.

Usłyszałem dźwięk syren w oddali.

 

 

Czego nie robimy dla miłości – Patricia Abbott (przeł. Antoni Kaja)

Całą noc planowałaś, jak go zabić. Ciężko o inne zajęcie, kiedy siedzi się na krześle z prostym oparciem ze związanymi z tyłu rękami, skutymi nogami, kneblem w ustach oraz zaklejonymi taśmą oczami. Zostawił cię tu, nie oglądając się choćby na chwilę. Słuchałaś, jak trzaskają drzwi, jak samochód zapala, dostrzegając zupełny brak wahania w jego ucieczce… tylko pożegnalne chrzęszczenie żwiru, kiedy ruszył w drogę. Niebawem się ściemni; wiesz o tym nawet bez pomocy zegarka na nadgarstku czy pozycji słońca, czujesz to w kościach. Znów jesteś zupełnie sama. Jedynym dźwiękiem, który ci towarzyszy jest trzaskanie gałązek, gdy na zewnątrz przemykają dzikie zwierzęta. I bicie twojego własnego serca.

W ciągu pierwszej godziny wykonujesz standardowe czynności – podskakujesz, starając się przewrócić krzesło, pocierasz barkiem o knebel, wiercisz się. Nic nie przynosi skutku; więzy jedynie się zacieśniają. Lata praktyki uczyniły z niego eksperta. Zaklinował to cholerne krzesło w kącie, żeby się nie przewróciło. Bark zaczyna boleć długo przed tym, zanim udaje ci się poluźnić knebel, a wiercenie się tylko zacieśnia pęta. W obrębie wielu mil ani żywej duszy. Nawet nie potrzebował knebla; sprawiało mu to radochę: użycie twojej bladobłękitnej kaszmirowej chusty, aby cię zagłuszyć, zaciskanie jej mocniej niż musiał, niszczenie jej – prezentu od twojej siostry. Nigdy nie powinnaś używać szminki, kiedy planujesz spędzić z nim noc.

Między drugą a piątą godziną analizujesz fakty swojego życia. Nie należało do najlepszych, więc istnieje szansa, że od razu po śmierci trafiłabyś do piekła. A i to dla ciebie zbyt dobry los. Skoro niektórzy trafiają tam za zdradzanie męża albo kłamanie ojcu, co dopiero mówić o tobie? Zdradziłaś męża z własnym ojcem, nawet nie starając się kłamać na ten temat. Zero bezinteresownych decyzji, działań w dobrej sprawie, dobrych uczynków, które wyrównałby szalę. Chryste! Dochodzisz do wniosku, że lepiej żebyś tego dnia nie umierała.

Zaczynasz się nad tym zastanawiać w szóstej albo siódmej godzinie. Jak zacałować kogoś w tej pozycji. Zaraz, zacałować? Miałaś chyba na myśli zamordować, prawda? Jak kogoś zamordować. Nie możesz chcieć całować kogoś takiego jak on. Pętanie to nie jest żadna miłosna uwertura. Zapamiętaj to sobie. ZAPAMIĘTAJ. Lekarze z Houston i Dallas starali się ci to uświadomić. Uświadomić, że kajdanki, sznury, liny do bangee czy jedwabne chusty nie stanowią właściwych narzędzi miłości. Zasługujesz na więcej, nawet jeśli dobrze wiesz, że to nieprawda.

No chyba że ci, których kochasz, pętali cię całe życie, trzymali w kącie, gasząc światła. Chyba że ci, których pragniesz całować starają się ciebie zabić. Odczytujesz sygnały właściwie… albo błędnie. Czy tak to działa? Wszystko nabierze sensu, jeśli dokonasz dalszej analizy. Wreszcie zrozumiesz. Zresztą co innego masz do roboty? Starasz się recytować biblijne wersety, imiona dzieci siostry, nazwy stolic poszczególnych stanów.

Wraca w dziewiątej godzinie. Wpierw uwalnia twoje ręce, a ty wplatasz je w jego włosy i dotykasz jego policzka. Zdejmuje kajdanki z twoich stóp, a ty, zakołysawszy się, wpadasz mu prosto w ramiona. Zdejmuje taśmę i wyciąga ci z ust knebel, a ty przyciskasz je do jego ust – poszukujesz niezwykle chłodnego języka. Odgryzasz go gwałtownie. Jesteś zaskoczona. Nie pomyślałaś o zrobieniu czegoś takiego ani razu w ciągu tych długich godzin.

Teraz płacze – właściwie to łka. Ale na litość Boską, tym razem czekałaś aż dziewięć godzin. Teraz, tak jak ty wcześniej, znajduje się całe mile od innych ludzi… Zabrawszy mu z kieszeni pistolet, zamykasz drzwi i odchodzisz.

Żwir chrzęszczy tym razem pod twoim stopami, gdy robisz to, co poradził ci lekarz z Austin: zostawiasz go.

 

Cyk – Paul D. Brazill (przeł. Martyna Bohdanowicz)

 

Po czterdziestu pięciu latach małżeńskiej katorgi, która w najlepszych momentach przypominała brodzenie po pas w melasie, Oliver Robinson osiągnął granice wytrzymałości i udusił żonę poduszką z beżowego sztruksu, którą przypadkowo nadpalił papierosem dwa pełne napięcia dni wcześniej.

Przez większość życia Oliver był człowiekiem spokojnym. Swoje seksualnie jałowe małżeństwo – mdłe posiłki i męczące wakacje – przyjmował stoicko, niemal obojętnie. Było jednak coś, co podkopywało jego cierpliwość i ostatecznie skruszyło jej fundament – nieustanna dezaprobata Glorii wobec wszystkich jego działań.

To i cykanie.

Cykanie nieodzownie towarzyszyło grymasowi, który na twarzy Glorii wywoływał każdy wieczorny drink czy zapalony papieros. Nabierało mocy, gdy Oliver niechcący rozsypał sól. Albo zaklął. Albo do późna w nocy czekał na transmisję snookera. Nieprzerwane cyk, cyk, cyk przypominało odgłos karabinu maszynowego, który od rana do wieczora rozbrzmiewał w ich londyńskim mieszkaniu do chwili, gdy przelała się czara goryczy.

Zawijając ciało żony w biały, puchaty dywan łazienkowy, Oliver doszedł do wniosku, że choć powinien odczuwać wyrzuty sumienia, przygnębienie czy strach, nie potrafił się na to zdobyć. A wręcz przeciwnie. Właściwie czuł się tak lekki i wolny jak napełniony helem kolorowy balon, który zerwał się z uwięzi i unosił nad jaskrawo oświetlonym wesołym miasteczkiem.

Zabezpieczył dywan szarą taśmą i zwlókł ciało po schodach do piwnicy. Obijając się o kolejne stopnie, głowa Glorii wydawała dźwięk przypominający cykanie, tak że Oliver musiał powstrzymywać się przed wymamrotaniem „przepraszam”.

Już dość się naprzepraszał.

***

Nalał sobie whisky (o ósmej rano!) – smakowała lepiej niż wszystkie, których do tej pory próbował. Omiótł wzrokiem swój sterylny dom z kanapą wciąż zawiniętą w folię, w której przyjechała, a na jego twarzy zagościł uśmiech.

Rozkoszując się ciszą, stłumił w sobie potrzebę usunięcia wymiocin Glorii z poduszki, która przyczyniła się do jej zgonu. Ze skrytki wydrążonej w twardookładkowym wydaniu Szczęk – Gloria nie aprobowała fikcji, więc nigdy nie przyszłoby jej do głowy, by tam szukać – wyciągnął Marlboro bez filtra i zaczął wypalać dziury we wszystkich poduszkach w całym domu.

A później w kanapie.

Krótki napad piromanii Olivera przerwało dobiegające z korytarza cyk, cyk, cyk. Serce podeszło mu do gardła – ale szybko wyszło na jaw, że to tylko poruszana wiatrem klapka na listy. Oliver zaśmiał się z ulgą.

***

Usunięcie ciała Glorii okazało się łatwiejsze niż przypuszczał. W pogodny kwietniowy poranek załadował trupa do bagażnika samochodu – cały czas mając oko na wścibskich sąsiadów – i ruszył w kierunku wioski Innersmouth i zaniedbanej farmy Jeda Bramble’a.

Jed był starym kolegą ze szkolnej ławy i, podobnie jak sam Oliver, członkiem Ochotniczej Armii Rezerwowej. Co jakiś czas spotykali się, by w zaciszu obskurnej, zadymionej gospody Innersmouth Arms dyskretnie obalić drinka – a Jed za kołnierz nie wylewał. Według planu należało spić go do nieprzytomności, a ciało Glorii rzucić na pożarcie świniom. Oliver wiedział, że farma ledwo trzymała się na nogach, podobnie jak większość żywego inwentarza, dlatego miał pewność, że wygłodniałe świnki z radością wrzucą Glorię na ruszt.

Siedzenie pasażera w samochodzie zajmowała torba z hipermarketu, a w niej sześć butelek whisky Grant’s. Na wszelki wypadek Oliver zabrał też w kieszeni butelkę diazepamu, tego samego, którym wcześniej otumanił Glorię.

Przed samym Innersmouth zaczęło padać. Deszcz dzwonił o szyby: cyk, cyk, cyk. Rzadki kapuśniaczek przeszedł następnie w rzęsistą ulewę. Cyk, cyk, cyk, cyk, cyk.

Oliver włączył wycieraczki, ale każde ich skrzypnięcie przypominało raczej cykanie. Otworzył butelkę whisky i pił, dopóki odgłosy deszczu nie zaczęły brzmieć tak, jak powinny.

Jed stał przed stodołą ze strzelbą na ramieniu i sam wyglądał niewiele lepiej od rozpadającego się budynku. Jego zmierzwione włosy były długie i tłuste, a przekrwione oczy zalśniły jak lampki na choince, gdy dostrzegł zawartość torby Olivera.

***

Chłodne powietrze poniedziałkowego poranka miało aluminiowy posmak. Dręczony kacem i zadyszką Oliver wytargał zwłoki Glorii z samochodu i wrzucił je do chlewa. Wygłodniałe bestyjki ochoczo zabrały się do uczty. Widząc to, Oliver zwymiotował, ale w żaden sposób nie przerwał im konsumpcji.

Na farmie Jed nadal spał przy kuchennym stole, donośnie pochrapując. Spocony i roztrzęsiony Oliver zapadł się w zdezelowany fotel. Postanowił zostać z Jedem przez kilka dni, na wszelki wypadek podtrzymując jego stan upojenia do momentu, aż doczesne szczątki Glorii nie zostaną w pełni skonsumowane. Ale w miarę jak dni stawały się ciemniejsze, cykanie powróciło.

Tykanie wahadłowego zegara przemieniło się w natarczywe cyk, cyk, cyk. Kap, kap, kap cieknącego kranu, które spędzało Oliverowi sen z powiek, brzmiało jak cyk, cyk, cyk. Pogodne i energiczne stuk–puk listonosza o drzwi wejściowe sprawiało mu ból gorszy od wypadającej plomby. Włączył radio, ale nawet tam Bob Dylan cyk, cyk, cykał do nieba bram.

***

Zwykle tętniąca życiem główna ulica Innersmouth niemal całkiem opustoszała. Miejscowi z przerażeniem chowali się wewnątrz budynków – w sklepach, pubach, knajpach z fast foodem. Oliver kroczył przed siebie ze strzelbą Jeda na ramieniu. Niezależnie od tego, ilu ludzi położył trupem, nie mógł uciec od dezaprobaty Glorii.

Cyk, zastrzelił listonosza.

Cyk, cyk, pociągnął za spust i rozkwasił głowę mleczarzowi Harry’emu.

Cyk, cyk, cyk, przerobił na tatar grubego posterunkowego Thompsona, który w panice usiłował przeleźć przez ogrodzenie żłobka.

Gdy do jego uszu dobiegł odgłos nadciągających wozów policyjnych, zrozumiał, że istnieje tylko jedno wyjście.

Wepchnął lufę do ust i wystrzelił.

Ostatnim odgłosem, jaki usłyszał, było donośne CYK!

KONIEC