Category Archives: paul d brazill

Na księżycowej bani – Paul D. Brazill (PRZEŁ. Aneta Uszyńska )

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Wcześniej czy później przydarza się to niemal każdemu. Przy okazji szczególnie przykrej rocznicy urodzin, czy to po scysji z żoną…

Budzisz się przybity, dręczony mętnym poczuciem winy. Urywki poprzedniej nocy uporczywie wciskają się między myśli. W brzuchu dojrzewają mdłości, w ustach syf jak pod kurzą grzędą, a w głowie Keith Moon gra solo na bębnach.

Rozklejasz powieki, nieopatrznie wpuszczając łupiny posiekanego przez żaluzje światła. Wnętrze pokoju wygląda jak zaprojektowane przez cech żuli.

Zataczasz się do względnego pionu i wpadasz do bezlitośnie jasnej łazienki, żeby puścić pawia. Drżysz, pocisz się, skóra ci drętwieje jak podczas sesji akupunktury. Ubranie masz porwane i powalane krwią. Fala ciemnych wspomnień wlewa się z siłą tsunami.

Jak mówiłem, wcześniej czy później przydarza się to większości z nas. Mnie – zwykle raz na miesiąc. A ściślej – trzy razy.

I zdarzyło się znowu wczorajszej nocy.

ROZDZIAŁ DRUGI

Noc jak plama ropy rozpłynęła się w granitowym dniu, a na poranne niebo wtoczyły się wielkie wrogie chmury, kiedy przed wejściem do mojego apartamentowca charknęła docelowo żółta zdezelowana taksówka z ciemnymi szybami.

Wepchnąłem się przed wyfiokowaną Rosjankę usiłującą poskromić parasol, który szamotał się i łopotał jak wielki czarny nietoperz próbujący wyrwać się z jej uścisku. Głuchy na okrzyki protestu, złapałem za klamkę i otworzyłem drzwi.

Wpakowałem się na tylne siedzenie taksówki. Kierowca o imieniu Duffy wydmuchał zawartość nosa do bożonarodzeniowej serwetki i wyrzucił ją za okno. Jego poorana przez trądzik twarz przypominała wyssane jabłko karmelowe. Nad nią sterczała czarna jak atrament farbowana Elvisowska grzywka. Nie był to kojący widok.

– Gówniany poranek, co, Roman? – zagaił.

– Miewałem lepsze – odparłem opadając bezwładnie na tylne drzwi.

Mel Torme śpiewał w radiu „Ponurą niedzielę”. Mrucząc do wtóru, Duffy przeciągnął zapałkę po tabliczce z zakazem palenia i przypalił kubańskie cygaro.

– Aksamitna Mgła – powiedział Duffy unosząc krzaczaste brwi. Milczałem. – Tak go nazywają.

Nie zwracałem na niego uwagi. Kiedy odpalał samochód i przejeżdżał na czerwonym świetle, gapiłem się tępo przez okno. Ulice miały kontury nocnego koszmaru.

– Ściemnia się – powiedział Duffy. Miał spoconą twarz, mimo że w aucie było zimno jak w kostnicy. – Pora zmierzchu. Tak zwykliśmy nazywać tę godzinę. Jak w tej piosence.

Znów zamilkł. Słychać było jedynie jego szczękające zęby i przeskakującą raz po raz żuchwę.

Lawirując między samochodami, taksówka toczyła się z łoskotem wzdłuż wybrzeża upstrzonego pubami, podrzędnymi jadłodajniami i kebabowniami, by w końcu wydać z siebie ostatnie stęknięcie przed wejściem do baru U DAFFY’EGO. Lało jak z cebra. Niknące światła latarni połyskiwały na przedniej szybie samochodu.

Duffy wysiadł, podciągnął metalową kratę i otworzył drzwi wejściowe.

ROZDZIAŁ TRZECI

Włączył światła. Szafa grająca ożyła z hukiem.

Nie jestem przesądny… – zawarczał Howlin’ Wolf. Zająłem miejsce na swoim stołku przy barze i przez chwilę kontemplowałem podwójną szkocką, którą postawił przede mną Duffy. Kostki lodu szkliły się, lśniły i mieniły w nikłym świetle lamp. Prawdziwa pora zmierzchu.

Spojrzałem przez okno. Na mokrym chodniku migotało odbicie neonu U DUFFY’EGO, Patykowaty kształt podobny do stracha na wróble przeciął pędem ulicę. Wkrótce drzwi otworzyły się i wpadł przez nie jak stado wron wysoki długowłosy detektyw Iwan Walker, ciągnąc za sobą tuman deszczu i jesiennych liści. Jego znoszony czarny prochowiec załopotał na wietrze.

Usiadł na stołku obok mnie, kładąc na barze odznakę i rewolwer. Duffy podał mu asfaltowe espresso.

– Pora zmierzchu, Roman – zachrypiał Walker głosem jak tłuczone szkło.

– Podobno – odpowiedziałem.

Howlin’ Wolf ustąpił miejsca Dusty Springfield.

– Biała Murzynka – powiedział Duffy, spoglądając znad National Geographic. Tak ją nazywali. Bez rasistowskich podtekstów. – Facet był prawdziwą kopalnią wiedzy.

Przyjrzałem się bliżej Walkerowi.

Jego niemal dziecinną twarz pokrywała siatka blizn, na szyi widniał pięciokątny ślad po przypaleniu.

Trzęsły mi się ręce. Z żarliwością emerytowanego kanciarza w burdelu jednym haustem wlałem w siebie szkocką.

– Chluśniem, bo uśniem, co? – zagaił Walker. Nalałem sobie kolejną.

Nie odpowiedziałem. Byłem jeszcze bardziej zmęczony niż ten wyświechtany tekst. Dwie noce z rzędu robią swoje.

– Ciężki tydzień? – ciągnął Walker.

Wzruszyłem ramionami.

– Gówniane życie, co? – nie odpuszczał.

Puściłem tę wypowiedź mimo uszu. Zamknąłem oczy. Czułem przepływającą przez ciało falę alkoholu.

– Słyszeliście o morderstwach zeszłej nocy? – Walker przeciągnął się ziewając.

– Nie wydaje mi się – rzucił Duffy.

– Poważnie? – zdziwił się Walker. – Wszędzie o tym  trąbią.

– Nie czytam gazet – powiedział Duffy – Dołują mnie.

– Mam dla was coś naprawdę niezłego. Znaleźli paru chłopaków od Ton Ton Philippe’a dosłownie porozrywanych na strzępy pod Różowym Kociakiem.

Zignorowaliśmy go, chociaż znając Walkera nie wpadł tu, żeby sobie z nami pogawędzić.

– Co z tego? – spytałem nie otwierając oczu.

– Dla jasności – to śmiecie. W końcu pracowali dla tego haitańskiego świra. Niech im, kurwa, ziemia lekką będzie i order zasługi dla tego, kto ich załatwił. Ale brakuje poszlak. Na moje oko wygląda, że rozszarpała ich sfora dzikich psów. Może nawet ta sama, która zmasakrowała Micka „Klingę” McKinleya w zeszłym miesiącu.

– Mhm.

– Za to… – Walker pogmerał w kieszeni – …mamy pewien trop. Znaleźliśmy to w resztce pogryzionej ręki walającej się w drugim końcu zaułka.

Rozpoznałem ten metaliczny brzęk.

Otworzyłem oczy.

Na barze leżała moja odznaka. Odznaka detektywa.

Trzeba uważać na siebie w tym mieście, oficerze Dalton. – powiedział Walker wychylając filiżankę. Po czym poklepał mnie po plecach i skierował się do wyjścia.

– Ja pierdolę! – przeklął Duffy pijąc wódkę prosto z gwinta – Ton Ton Filip! – Pokręcił głową – Igrasz z ogniem, Roman.

Biała Murzynka śpiewała: Zamykam oczy i liczę do dziesięciu… Ja też zamknąłem oczy i policzyłem do stu.

ROZDZIAŁ CZWARTY

MIASTO – obwieszczał górujący nad dachami neon. Jego jaskrawe światło spływało z budynków zawiesiną cieni niosących schronienie plugawym miejskim sekretom, których oszałamiający fetor stale unosił się zaułkach, rynsztokach i barach. Na wielu zapach ten działał przytłaczająco, wręcz obezwładniająco. Nie na mnie. Brałem głęboki oddech i wciągałem go w nozdrza.

Byłem gliną od dwudziestu lat – rozboje, wykroczenia, zabójstwa… I nagle wszystko zmieniło się za sprawą zdarzenia, w którego środku znalazłem się zupełnie przypadkowo. Zwykła na pierwszy rzut oka, barowa bójka, w której przyszło mi uczestniczyć, złamała wszelkie zasady pijackiej obyczajowości.

Było już grubo po północy. W górze pełnia księżyca. Półprzytomny, siedziałem samochodzie przed klubem „Playhouse” w dole nadmorskiej ulicy, czatując na Micka „Klingę” McKinleya – kokainowego świra o szczurzej twarzy, który miał mi dostarczyć poszlak na Ton Ton Philippe’a, haitańskego gangstera, co jak zaraza panoszył się ostatnio w Mieście.

Odrażająca mieszanka wrzasków i skowytu przykleiła się do przelatującego podmuchu wiatru i dotarła niespodziewanie do okien mojego auta.

Księżycowa poświata pełzła po kocich łbach niczym żywe srebro, sącząc się w szpary i wczołgując do rynsztoków. Wysiadłem z samochodu i nieśpiesznie poszedłem w górę, niosąc przed sobą białe widmo własnego oddechu.

Gdy stanąłem przed barem Duffy’ego chłodny dreszcz przebiegł mi po plecach. Wtuliłem się w poły płaszcza, wymacałem swój pistolet i ostrożnie pchnąłem ciężkie dębowe drzwi.

Sala dławiła się od czerwonego aksamitu i skóry, z lustrzanych sufitów zwisały żyrandole. Podłogę pokrywały na wpół pożarte ciała, dookoła których ucztowały dwunożne włochate stwory o wilczych pyskach.

Kiedy instynktownie wystrzeliłem serię w ich stronę, nawet nie drgnęły. Nagle ruszyły w moim kierunku warcząc przez obnażone kły.

Przycupnięty na dębowym barze Duffy podpalił szmatę wystającą z butelki jakiegoś trunku i rzucił nią w stojącą obok poczwar szafę grającą.  Wybuchła niczym wulkan.

Przez kilka chwil grzmiało i dudniło jak na pokazie fajerwerków. Gdy kłęby dymu opadły, stojące tuż przede mną stwory rzuciły się z impetem w moją stronę.

ROZDZIAŁ PIĄTY

Obudziłem się w cuchnącym lizolem szpitalu. Siedzący obok mnie Walker jadł winogrona i rozwiązywał Sudoku. Powiedział mi, że po eksplozji jeden z żyrandoli Duffey’ego runął na moich napastników, którzy jednak zdołali wydostać się spod niego i uciec.

Po jakimś czasie Walker i jego chłopcy znaleźli trzy półnagie trupy włochatych harleyowców porzucone w zaułku. Cudaki najwyraźniej wpadły do Miasta, żeby się trochę rozerwać.

A ja? Cóż, podobno miałem szczęście, że wyszedłem z tego żywy. Lekarze stwierdzili spustoszenie organizmu i wysłali mnie na przedłużony urlop zdrowotny.

W obliczu żelaznej decyzji specjalistów zrobiłem to, co zrobiłaby większość moich kolegów po fachu i jak przystało na tytana policyjnej pracy spędziłem kolejne dni i noce oddając się bez reszty jedzeniu, piciu i telewizyjnemu odmóżdżeniu. Nie minął jednak miesiąc, kiedy krągły jak wielka srebrna dolarówka księżyc wypełnił ponownie jesienną noc, a ja poczułem znajomy zawrót głowy.

ROZDZIAŁ SZÓSTY

Dni krwawiły w tygodnie i miesiące, aż wreszcie zakradła się zima i ciemną płachtą udusiła burbonowo-żółtą jesienną aurę. Migający neon Duffy’ego przyciągał mnie co noc niczym pępowina. A może bardziej jak stryczek.

Był wczesny niedzielny wieczór, do pełni pozostał jeszcze tydzień. W lokalu panował średni ruch. Z Wurlitzera leciał stary szlagier Johnny’ego Laytona. Siedziałem na swoim stałym miejscu obserwując unoszącą się znad popielniczki smugę dymu, która niczym zjawa płynęła ku srebrnej gwieździe wiszącej nad barem.

Gwiazda zwisała przekrzywiona na lewo od popękanego, pokrytego pajęczynami zegara. Jej pozłacane brzegi złuszczyły się prawie doszczętnie, a życzenia Wesołych Świąt zdążyły oprószyć czerwonym brokatowym łupieżem tyle barowych głów, że były już prawie nieczytelne.

Nagle, silny podmuch wiatru otworzył drzwi na oścież. Duffy instynktownie wycofał się w cień. Na zewnątrz, jaskrawa poświata księżyca rozsrebrzała antracytowe niebo. Wysoka kobieta o włosach niczym krucze skrzydła maszerowała przez ulicę jak gdyby nieświadoma pędzących zewsząd samochodów. Duffy oblizał usta. Przy każdej o włos unikniętej kolizji w jego oczach pojawiał się szaleńczy błysk.

Nagle, jak na zamówienie, noc wypełnił huk sztucznych ogni i w pomieszczeniu pojawiła się Daria. Stanęła przede mną niczym szklanka chłodnej wody przed umierającym z pragnienia. Ostry jak damska szpilka dreszcz przeszył mnie na jej widok. Uśmiechnęła się, nadając pełnym krwistoczerwonym ustom kształt ciętej rany, jej świecące szmaragdową zielenią oczy pociemniały.

– Detektywie Dalton – powiedziała głosem ciemnym i gęstym jak dym z francuskiego papierosa.

– Były detektywie – wybełkotałem. Przeszedłem na emeryturę. Zasiliłem szeregi wolnych strzelców – Słowa wytaczały się z moich ust jak banda potykających się o siebie wzajemnie pijaków. Podałem Darii wymiętą wizytówkę. – Czy mogę zaproponować pani drinka?

– Noc jest jeszcze młoda, oficerze Dalton – powiedziała wchodząc na niewielką, monochromatycznie oświetloną scenę – W przeciwieństwie do pana!

Roześmiała się. Dwóch łysych osiłków z oczodołami jak rany postrzałowe wynurzyło się z cienia, aby pomóc jej zdjąć długi czarny płaszcz, po czym zajęło się ustawianiem perkusji, kontrabasu i starego mikrofonu radiowego. Daria sennie paliła czarnego papierosa.

Zwróciłem się do Duffy’ego pochylonego nad wyświechtaną kopią National Geographic.

– Jak interes wczoraj? – spytałem.

– Bal przebierańców był bardzo udany – odparł Duffy nie odrywając wzroku od lektury – Szkoda tylko, że goście przebrali się za stoły i krzesła.

Uśmiechnąłem się słabowicie, siląc się na jakąś zgrabną ripostę, ale szybko dałem za wygraną i zapaliłem kolejnego papierosa.

– Jeszcze jedną kolejkę? – zaproponował Duffy.

Wzruszyłem ramionami, potakując jednocześnie, co w moim stanie było nie lada wyczynem.

Nalał mi Danielsa i wyciągnął z kontaktu wtyczkę szafy grającej.

Nagle salę wypełnił śmiech Darii. Odwróciłem się w stronę sceny. Zaczęła śpiewać.

Na perkusję posypały się uderzenia miotełek, palce kontrabasisty zaczęły ślizgać się po gryfie, a ja poczułem jak kropla potu, niczym owad, wędruje w dół mojego grzbietu. Cichy jak ostatnie tchnienie półszept Darii śpiewającej o niespełnionej miłości wprowadził mnie w senny błogostan.

Szybko wychyliłem szklankę, zamówiłem jeszcze jedną i, jak za pociągnięciem spłuczki, udałem się w niebyt.

ROZDZIAŁ SIÓDMY

W górze wisiał pękaty jak bania zimowy księżyc. Oderwałem głowę Długiego Toma Shorta od jego ramion i cisnąłem nią w śnieg. Krwawe bryzgi zdawały się czarne w jaskrawej poświacie. Z dala słychać było pomruk nadjeżdżającego Mercedesa. W końcu mruczenie przeszło w ryk i sprzęgło się z moim skowytem, podrywając do lotu czerniejące wśród bieli stado wron.

Samochód zatrzymał się z piskiem opon przed wejściem do Różowego Kociaka, który obecnie zajmował podwoje byłego kościoła parafialnego. Kierowca z rewolwerem w dłoni wysiadł z samochodu i podążył w moją stronę przez opustoszały parking. Ubrany w czarny płaszcz i kapelusz z szerokim rondem wyglądał upiornie. Gdy podszedł bliżej, zawarczałem w jego stronę z trudem hamując swój wilczy instynkt.

– Leżeć! – rzucił komendę mój były partner detektyw Ivan Walker obrzucając wzrokiem sześć czy siedem ciał rozrzuconych po parkingu.

– Miałeś pracowity wieczór, Dalton – powiedział głosem jak papier ścierny. – Jak tak dalej pójdzie, Ton Ton Philippe będzie musiał wymienić całą ekipę. Albo cię sprzątnąć – Potarł lufą rewolweru pięcioramienną bliznę na szyi.

Z nieba zaczęło sypać śnieżne konfetti. Walker złapał Długiego Toma za kostki i powlókł broczący gargulec wielkiego trupa w kierunku ciemnego obskurnego zaułka, zostawiając za sobą pasmo krwi. Złapałem w nozdrza zapach śmierci. Moje serce biło jak dzwon.

Walker przeciągnął ciało do upstrzonego witrażowymi refleksami samochodu i otworzył bagażnik. Załadował zwłoki i walnął klapą.

W ustach miałem jeszcze smak ciepłego mięsa. Czerwone zmazy rozlewały mi się przed oczami niczym test Roschacha. Nie mogłem dłużej panować nad żądzą krwi. Wydając z siebie otchłanny ryk, rzuciłem się w stronę Walkera, który padł na kolana, wycelował rewolwer i strzelił mi prosto w serce.

Uderzyłem z impetem w tył samochodu i osunąłem się na ziemię. Walker podniósł się i stanął nade mną paląc cygaro. Dymne kółka wznosiły się nad jego głową jak aureola, czy korona cierniowa. Za jego plecami, w rogu zaułka dostrzegłem kształt wysokiej ciemnowłosej kobiety. Jej oczy zabłysły szmaragdową zielenią i znów pociemniały.

Zanurzyłem się w głębinach nieświadomości.

ROZDZIAŁ ÓSMY

Koszmarne fale wtoczyły się na brzeg mojego snu. Obudziłem się mokry od potu. Dałem oczom chwilę okrzepnąć i odwróciłem głowę. Cyfrowy budzik obok łóżka pokazywał południe. Czarna pościel, na której leżałem była w strzępach, a moje nagie ciało pokrywało graffiti ran i siniaków.

Dostrzegłem trzy nakłucia na swojej klatce piersiowej tuż nad sercem. Walker był doborowym strzelcem, a naboje wypełnione śladowymi ilościami srebra były silne na tyle tylko by ściąć mnie z nóg na jakiś czas.

Wziąłem prysznic, założyłem dżinsy i czarny golf. Było mi tak zimno, że swoją mocną czarną i spalony tost jadłem przytulony do rzężącego kaloryfera przy plastikowym stole. Nacisnąłem guzik bakelitowego radia, które nadawało właśnie piosenkę George’a Jonesa, i bezskutecznie próbowałem czytać „Mieć i nie mieć”. Nie po raz pierwszy miałem wrażenie,  że moja koncentracja została rozstrzelana i kona w męczarniach. Założyłem Martensy, zgarnąłem płaszcz i poszedłem do Duffy’ego.

 

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY

Rzecz w tym, że nie miało dla mnie większego znaczenia, czy mówi mi prawdę czy kłamie w żywe oczy, zważywszy że większość tego, co jej sam naopowiadałem była wygrzebana z jakiegoś mrocznego kąta na peryferiach uczciwości.

To było jak polowanie, w którym nie ma znaczenia kto jest myśliwym a kto zwierzyną.

– A więc? Zrobi pan to dla mnie? – spytała Daria popijając absynt. Nachyliła się w moją stronę, żeby usłyszeć odpowiedź. Owładnięci żądzą punkowego zgiełku Frogersi tłoczyli się wokół szafy grającej wywalając do niej stosy monet. Nie miałem siły oponować. Ludzie Ottona nie słynęli z dbałości o formy towarzyskie.

Jeśli Ton Ton Philippe miał rywala w mieście, był nim niewątpliwie Otton Rhino. Frogersi stanowili jego rzekomo niepokonany oddział specjalny. Ubrani w moro, wszyscy bez wyjątku mieli ponad dwa metry wzrostu i łapy jak dębowe konary.

– Więc? – powtórzyła. Jej perfumy były trucizną, której nigdy nie miałem dość. Wzruszyłem ramionami wiedząc doskonale, że zrobię dokładnie o co mnie prosi.

Gdzieś w rogu sali rozległ się dźwięk tłuczonego szkła. Nie zrobiło to na mnie wrażenia.

– Jasne. Wpadnę do Różowego Kociaka po pani siostrę. Z pewnością Ton Ton Philippe nie będzie miał nic przeciwko. Haitańscy wielcy kapłani voodoo są znani ze swojej anielskiej cierpliwości. Zwłaszcza ci, którzy kierują światem przestępczym.

Uśmiechnęła się bałamutnie.

– Proszę pamiętać też o armii oddanych mu zombie – Jej oczy błysnęły szkarłatem.

– Nie omieszkam.

– A więc? Wchodzi pan w to?

– Będzie to panią kosztowało.

– Zapłacę, detektywie. Mam czym.

– Wobec tego wchodzę. Jak Errol Flynn.

Daria odchyliła się na stołku i uśmiechnęła.

– Jeszcze jedną kolejkę! – rzuciła w stronę Duffy’ego.

Duffy chwycił butelkę absyntu i postawił ją na barze. Nagle stołek zatrząsł się pode mną. Dwóch czy trzech Frogersów miotało się w niedźwiedzich podskokach śpiewając, albo raczej wrzeszcząc, że są cranked up really high. Co zresztą było zgodne z prawdą.

Duffy właśnie nalewał do naszych kieliszków, kiedy jeden z Goliatów wpadł na mnie i rozlał wściekle zieloną ciecz na kontuar.

– Dupek! – wrzasnąłem bez zastanowienia.

– Co powiedziałeś? – huknął przerośnięty imbecyl.

Zanim zdążyłem odpowiedzieć złapał mnie swoją wielką grabą za gardło i jednym ruchem zerwał ze stołka jak źdźbło trawy.

Byłem bezradny. Widziałem jak Duffy sięga pod ladę po strzelbę, ale nim zdążył to zrobić szafa grająca zamilkła i nastała kompletna cisza.

Wkrótce, w powietrzu zadrgały pierwsze nuty melodii. Daria śpiewała klepiąc osiłka po ramieniu. Jej oczy lśniły szmaragdową zielenią. – Nie, Duke – padł rozkaz.

Nagle olbrzym załkał i opuścił mnie z powrotem na stołek.

Daria pogłaskała go po policzku.

– Idź i pobaw się ładnie, Duke – powiedziała łagodnie.

– Tak, psze pani – odpowiedział Duke pociągając nosem. – Przepraszam panią, pani Dario.

Duke dołączył do swoich kompanów, którzy siedzieli wokół stołu trzymając się za głowy.

Szafa grająca powróciła do życia. Miles Davis zatrąbił ciepło. Nikt nie miał nic przeciwko.

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY

Klientela Różowego Kociaka składała się z ludzi, którzy słowu „bagno” nadają ciężar gatunkowy. Politycy, wysokiej rangi stróże prawa, aktorzy… Chudy i blady jak pajęcza nitka DJ Neuman wyglądał jakby zmarł na początku zeszłej dekady, lecz nikt mu o tym nie doniósł. Pojawiał się w klubie co noc, serwując salwy ogłuszających basów. Parkiet tętnił od lepkich, gorących ciał. Na scenie, półnagie dzierlatki wiły się jak spaghetti na półmisku pijanego sycylijczyka.

Po południu nie było zbytniego ruchu. Tu i ówdzie niedobitki ludzkich karakanów gnieździły się w kątach i zakamarkach, pochrapując albo zalewając robaka. Czułem się prawie jak w domu.

Usiadłem przy barze i zerknąłem na zegarek. Tajemnica dzisiejszego sukcesu tkwiła w znalezieniu się we właściwym miejscu we właściwym czasie.

– Co podać? – rzucił zza baru wytatuowany smarkacz.

– Burbon.

Wziąłem szklankę i poszedłem w stronę ciemnego rogu sali, gdzie zwykle urzędował Ton Ton Phillippe. Kurdupel z irokezem i opaską na oku siedział rozparty na złotym tronie obok sceny. Wijące się wokół jego ramion węże syczały napastliwie, a na jego kolanach, zwinięta w kłębek niczym perski kot, spoczywała płowowłosa nastolatka.

– Detektyw Dalton – powitał mnie skinieniem. Nie wyprowadziłem go z błędu. – Co pana do mnie sprowadza?

– Ona – odpowiedziałem wskazując głową na wiercącą się małą.

– Obawiam się, że to soczyste mięsko zostało już zarezerwowane przez bardzo specjalnego klienta. A co Lao chcieć, Lao mieć.

Ledwo zdążył rzucić mi swoje mrożące spojrzenie, spozierała już na niego lufa mojego pistoletu.

– Nie kupuję. Biorę – powiedziałem przyciągając ją do siebie.

Rechot Phillippe’a rozniósł się echem po sali.

Wtedy pojawili się oni.

Było ich trzech.

Golemy. Porwane i poszarpane cielska. Szkliste oczy.

Czyżby? Zombie? Najwyraźniej pogłoski były prawdziwe. Nim zdążyłem zagłębić się w swoje rozważania, zbliżyły się do mnie i… zapadły ciemności.

ROZDZIAŁ JEDENASTY

W biurze Ton Tona panował niemiłosierny zaduch. Siedziałem przywiązany do metalowego krzesła jak owadzia inkluzja w kawałku bursztynu. W rogu pokoju skrzeczała papuga.

– No i co ja mam z tobą zrobić? – martwił się Philippe. – Zamordowanie funkcjonariusza policji może przysporzyć mi sporo kłopotów… ale z drugiej strony…

Jego głos docierał do mnie jak zza ściany.  Czułem znajome mrowienie na skórze. Już niedługo. Za oknem na atramentowym niebie wisiał mleczny księżyc. Przemieniłem się.

Wszystko utonęło w odmętach skowyczącego i krzyczącego szkarłatu.

Wkrótce zombie leżeli martwi, porozrywani na strzępy. Tylko Philippe rozpłynął się jak dym z papierosa.

Złapałem dziewczynę niczym szmacianą lalkę i rozbiłem szybę rzucając się przez okno w mroźną zimową noc.

ROZDZIAŁ DWUNASTY

– Dziękuję detektywie – powiedziała Daria. – Świetnie się pan spisał.

Siedzieliśmy przy chybotliwym stole w opustoszałym barze Duffy’ego. Blondwłosa podlotka siedząca na jej kolanach nie zdawała się nosić oznak najdalszego nawet pokrewieństwa. Nie całowała też jak krewna. Ktoś nabił mnie w butelkę. I zrzucił nad trójkątem bermudzkim. Skóra mi drętwiała. Bolały mnie kości. Lecz w gruncie rzeczy, było mi wszystko jedno.

Daria wstała w towarzystwie kilku Frogersów. – Biegnij do tatusia, skarbie – nakazała blondynce, która zgramoliła się z jej kolan z nadąsaną miną. Wyszli na zewnątrz i wsiedli do długiej ciemnozielonej limuzyny ze znakiem krzyża z boku. Znakiem grafa Ottona Rhino.

Spojrzałem na wypchaną gotówką kopertę, którą wręczyła mi Daria. Było w niej więcej zieleniny niż na poletku kapusty.

Trochę szmalu i jeden nowy wróg. Nie źle jak na noc pracy.

– Jack Daniels? – rzucił Duffy drąc papierową podstawkę do piwa.

– Innym razem. Dziś dam się skuć anyżkowej królowej. Nalej mi kolejkę Absyntu – odpowiedziałem idąc w stronę baru – Mówią, że rozpala duszę.

 

KONIEC

 

W najciemniejszym zaułku – Chris Rhatigan (przeł. Magda Kożyczkowska )

Właśnie brała prysznic – jak miała na imię? Sara? Melissa? Joan? – a ja siedziałem na jej obleczonym wysokogatunkową pościelą łóżku. Miała mnóstwo ładnego badziewia. Skórzaną sofę. Luksusowy zegarek. Telefon komórkowy, będący w stanie samodzielnie zabić człowieka, ale też przygotować omlet w stylu Denver.

Mnóstwo ładnego badziewia przy zupełnym braku stylu.

Tak czy inaczej, założyłem ciuchy, które miałem na sobie poprzedniej nocy i postanowiłem zostać kryminalistą. Nie była to prosta decyzja. Poważnie zastanawiałem się, czy nie dołączyć do niej w łazience – szczególnie, że zostawiła uchylone drzwi – i kochać się z nią pod prysznicem, ale potrzebowałem pieniędzy. Nie to co ona, umówmy się.

Wziąłem zegarek, laptop, jakiś tablet i wyszedłem. Chciałem wziąć też telefon, ale wymiana telefonu jest strasznie upierdliwa. Nie jestem przecież sadystą.

Minąłem ludzi na korytarzu, schodach i ulicy, ale nikt nic nie powiedział, nikt też nie rzucał mi podejrzliwych spojrzeń. Pewnie przez moją koszulę. Dopiętą na ostatni guzik, z kołnierzykiem, błękitną w prążki. Wzbudzała szacunek.

Samochód zaparkowałem za barem, w którym spotkałem Sarę-Melissę-Joan. Pojechałem do lombardu i sprzedałem łupy po znacznie zaniżonej ceny. Przynajmniej kolesia nie interesowało ich pochodzenie, a ja nagle miałem dość gotówki, żeby opłacić czynsz.

Przez dwa lata i osiem miesięcy byłem kasjerem w Bullseye. Zarząd uzasadnił moje nagłe zwolnienie kwestiami ekonomicznymi, ja jednak wiedziałem, że chodziło o kasy samoobsługowe, które zainstalowali dwa tygodnie wcześniej. Wyeliminowali interakcję międzyludzką na rzecz doświadczenia idealnych zakupów. Firmy uwielbiają maszyny, ponieważ nie wymagają towarzystwa pracowników i nie krzywią się, kiedy podchodzą do nich klienci.

Wróciłem do siebie i zacząłem żałować dokonanej kradzieży. Mogłem teraz jeść gorące placuszki jagodowe i udawać, że bawią mnie jej żarty albo posuwać ją pod prysznicem. Zamiast tego siedziałem na kratce po mleku w swoim obskurnym mieszkaniu, paliłem papierosa i gapiłem się na ślady palców na szybie.

Co by nie mówić, pieniądze były niezłe. Co dalej? Może powinienem obrabować bank? Wydawać by się mogło, że byle idiota potrafi tego dokonać, jeśli ma maskę narciarską i coś, co w jakimś stopniuprzypomina spluwę. Ale to już przestępstwo federalne, poważny skok.

Nie mogłem podjąć tej decyzji bez kawy. Już chciałem po raz trzeci przelać te same fusy wrzątkiem, kiedy przypomniałem sobie o przypływie gotówki. Poszedłem do Starbucksa, gdzie zamówiłem najdroższy napój w menu.

*

Mżawka zrosiła ciemne, błyszczące okna biurowców. O tej porze na zewnątrz spotykało się tylko meneli. Nie żeby to miasto o jakiejkolwiek porze było tętniącą życiem metropolią.

Po trzech godzinach rozmyślania, papierosów i kawy, postanowiłem na kogoś napaść. Nic skomplikowanego i łatwo uniknąć konsekwencji.

Krążyłem wokół pięciu tych samych bloków, szukając potencjalnej ofiary. Sieci restauracyjne już dawno się pozamykały, a i ruch w barach nie był imponujący. Trzymałem rękę w kieszeni, zaciskając palce na śrubokręcie. Żułem niezapalonego papierosa. Włosy przykleiły mi się do twarzy. Marzyłem o tym, żeby deszcz rozpadał się na dobre i w ciągu kilku minut zmoczył świat to suchej nitki. Nic takiego się nie stało.

Niski koleś w średnim wieku ubrany w trencz i melonik szedł z opuszczoną głową w moim kierunku, w ręku trzymając neseser. Zastanawiałem się, czy siedział w biurze do późna. A może jego stylówa była przykrywką dla ruchania sekretarki za plecami żony. Jednak sposób w jaki posępnie szurał nogami na to nie wskazywał.

Co mnie obchodziło, dlaczego nie był w domu? Dlaczego w ogóle się nad tym zastanawiałem?

– Masz ogień? – zapytałem.

Zwolnił odrobinę, ale nie uniósł głowy. Próbował mnie ominąć. Zagrodziłem mu drogę.

– Portfel. Oddawaj. Już

Pociągnął nosem, który wyglądał jak rzodkiewka.

– Idę do domu.

– Co? Nie obchodzi mnie, dokąd idziesz – docisnąłem tył śrubokrętu do kieszeni. – Nie chcę tego użyć, jasne?

Potarł nasadę nosa, tak jakby dostawał migreny, ilekroć ktoś go napadał.

– Posłuchaj, nie mogę…

 

Walnąłem go z całej siły w szczękę. Bolało jak diabli. Pomasowałem knykcie, które zdawały się przestać funkcjonować. Człowiek-Rzodkiewka zgiął się w pół. Rozważałem kopnięcie go w brzuch, żeby na pewno zrozumiał mój przekaz, ale zobaczyłem, że pluje krwią na chodnik i zrobiło mi się niedobrze. Przywarł do chodnika jak zużyta chusteczka.

Nie jestem pewien, dlaczego załatwiłem sprawę w ten sposób. Może chciałem położyć temu kres, zanim jakiś gliniarz wkroczy do akcji albo bohaterski przechodzień zainterweniuje, bohatersko kopiąc mi tyłek.

Uklęknąłem przy Rzodkiewce i położyłem dłoń na jego ramieniu. Miał miękki płaszcz. Prawdopodobnie z zamszu albo czegoś podobnego.

– To jak będzie z tym portfelem, co?

*

Jeśli chcecie znać moją opinię, to strasznie dużo zachodu o dwadzieścia siedem dolców. Musicie znaleźć odpowiednią osobę, upewnić się, że nie ma w pobliżu świadków, stworzyć zagrożenie. I nawet wtedy to loteria – może mieć pieniądze, może ich nie mieć.

Wróciłem do mieszkania, nałożyłem woreczek lodu na stłuczoną dłoń, zawinąłem się w koc i odpaliłem telewizor.

Chris Hansen stawiał zarzuty pedofilowi, który wydawał się zaskoczony swoim losem. Nienawidziłem Chrisa Hansena, jego plastikowych włosów i przekonania o swojej wyższości nad resztą świata.

Sięgnąłem do kieszeni po portfel Rzodkiewki. Rozważałem użycie jego karty kredytowej i kradzież tożsamości. Ale pewnie tak właśnie najłatwiej dać się złapać. Człowiek robi coś, o czym nie ma pojęcia i ani się obejrzy, a do jego drzwi wali policjant.

Rzodkiewka tak naprawdę nazywał się John Ballard. Spozierał posępnie ze zdjęcia w prawie jazdy. Tak, jakby żona właśnie od niego odeszła i zabrała ze sobą psa. Poza tym niewiele tam było. Kilka rachunków, karta rabatowa do punktu kanapkowego. Zdjęcie szkolne, prawdopodobnie jego córki, uśmiechniętej dziewczynki w za dużej niebieskiej koszulce.

Rzuciłem portfel na podłogę.

*

Następnego dnia wcześnie rano pojechałem do domu Johna Ballarda. Mieszkał w Port Chester. Najwyraźniej nie wyruszyłem dostatecznie wcześnie, bo droga 287 była tak zakorkowana, że samochody niemal się stykały. Zapełniłem popielniczkę kiepami. Wnętrze samochodu było zadymione jak speluna z lat 90.

Jadąca przede mną lexusem kobieta uderzyła pięściami w kierownicę; mięśnie szyi miała napięte jak struny fortepianu.

– JEDŹ KURRRWAAA – wrzeszczała.

Dobra rada. Szkoda, że nikt nie mógł się do niej dostosować.

Włożyłem jego portfel do uchwytu na kubek, tak że patrzył na mnie ze smutnego zdjęcia. Zabranie rzeczy Sary-Melissy-Joan było proste, ale John Ballard mnie prześladował. Nawet nazwisko miał smutne jak gówno.

Nie wydawał się skłonny wnieść oskarżenie. Zapewne będzie szczęśliwy z odzyskanego portfela i zrozumie, kiedy wyjaśnię mu, w jak podłej sytuacji się znajduję (strategicznie dodając kilka białych, dramatycznych kłamstewek). Wyglądał na kolesia, który daje ludziom drugą szansę. Nie wspominając już o tym, że miałem na sobie wzbudzającą szacunek koszulę w błękitne prążki.

Mieszkanie Ballarda mieściło się w połowie pagórka. Nędzny bliźniak o charakterze i uroku miski błyskawicznej owsianki. Trawnik i szpary w chodniku z taniej kostki przejęły chwasty.

Zapukałem do drzwi. Złożyłem dłonie. Światła były zapalone. Zajrzałem przez witrażowe okno.

Ballard osunął się na szklany stolik kawowy. Krew sączyła się na album Ansela Adamsa, tworząc kałużę na zdjęciu ośnieżonego szczytu. Pistolet leżał obok, na dywanie.

Zamknąłem na chwilę oczy, a potem znów spojrzałem. Nic się nie zmieniło, poza tym, że do pokoju wkroczył pręgowany kot, który ostrzył sobie pazurki na narzucie na sofie.

Kucnąłem przy drzwiach. Nos cholernie mnie swędział. Trwałem tak przez chwilę, wściekle się drapiąc, jak jakieś zwierzę.

Zastanawiałem się, co u diabła zrobię z tym portfelem.

Sporty Wodne – Katherine Tomlinson (przeł. Magda Kożyczkowska )

Zaczęło się dla żartu.

No, może nie tyle żartowaliśmy, co chcieliśmy spłatać małego psikusa.

Powiedzieliśmy Joshowi, że owinięte łańcuchami pustaki to prowizoryczne kotwice, na co zareagował jedynie pytaniem:

– Do czego wam to?

– Po jednej na każdy koniec kajaku – odparł Conor. Josh wzruszył ramionami i wyzerował kolejne piwo.

Dopiero, kiedy zauważył, jak z końców łańcuchów dyndają kajdanki, odjebało mu kompletnie.

Z Josha był chuderlawy skurwysynek, ale strach dał mu kopa. Obaj musieliśmy przygwoździć go do podłogi, żeby zakuć kajdankami – jedne na prawej dłoni, drugie wokół lewej kostki.

Wił się i wierzgał, wykręcał i wrzeszczał, miotając łańcuchami z takim impetem, że wpijały się w miękkie kostki, brużdżąc je. Pustaki były jednak szczelnie owinięte i choć się bujały, pozostawały bezpiecznie w swoich łańcuchowych klatkach.

Josh zeszczał się, kiedy wciągnęliśmy go do kajaku i zaczęliśmy wiosłować w kierunku wyspy wyrastającej ze środka jeziora.

Wypłynęliśmy zaledwie na odległość jakichś 40 metrów, kiedy zaczął błagać.

Zrozumieliśmy wówczas, że udało nam się go złamać i powinniśmy skończyć nasz żart, psikus czy cokolwiek to było.

Jednak Conor, który zajął miejsce na dziobie, odwrócił się, żeby spojrzeć na twarz Josha, przez co nie zauważył wystającej z wody skały.

Kajak przechylił się, a pustaki wypadły, ciągnąc za sobą Josha.

Nie zdążył nawet krzyknąć.

– O, kurwa! – wrzasnął Conor, kiedy siłą powstrzymywałem go przed rzuceniem się w jego ślady.

– Kurwa – powtórzył. – Ryan, co my teraz zrobimy?

– Zamknij się – odpowiedziałem. – Musze się zastanowić.

– Widzę bąbelki, Ryan – krzyknął. W jego głosie było słychać ślady histerii. Wychylił się i studiował wodę, omal nie wywracając kajaku.

– Ryan, on wciąż żyje!

– Nie ma żadnych bąbelków – stwierdziłem i taka była prawda. Do tego czasu powierzchnia jeziora zdążyła się idealnie wygładzić.

– Zawróć kajak – rozkazałem.

– Ale Ryan – zaprotestował, gotów się ze mną kłócić.

– Nawet nie próbuj się spierać, Conor – warknąłem. – Zawróć kajak.

Odwaliłem większość roboty, wiosłując do hangaru na łodzie. Conor nie pisnął nawet słowem, kiedy zabezpieczaliśmy kajak w hangarze.

Zmyłem siki i krew, a potem dokładnie przetarłem wszystko, czego mogliśmy dotknąć.

Uknuliśmy nasz plan w sekrecie, więc dopóki żaden z nas nie zacznie paplać, nikt nie powinien nas powiązać ze zniknięciem Josha.

Zakładając, że ktoś w ogóle zauważy jego zniknięcie.

Zakładając, że kogoś to w ogóle obchodzi.

Conor był przekonany, że lada moment spadnie na nas kara boska. Trochę wody upłynęło, zanim zdołałem mu wyjaśnić, co zrobimy.

– Po prostu nie puść pary z jadaczki – powiedziałem, –a nikt się nie dowie.

– Tylko się wygłupialiśmy – próbował przekonać samego siebie.

– To był wypadek – zapewniłem. – To nie twoja wina.

Oczywiście, że zawinił. Gdyby się skupił na swoim zadaniu, nie uderzylibyśmy w tamtą skałę. Dopłynęlibyśmy na wyspę, wywleklibyśmy Josha na brzeg i wyjaśnilibyśmy mu, że nieładnie jest podrywać cudze dziewczyny. Chociaż chodziło o dziewczynę Conora, oczywiście to ja musiałbym gadać, bo z Conora był zbytni mięczak.

A kiedy już skończyłbym z wyjaśnieniami, cyknęlibyśmy zdjęcia zasmarkanej twarzy Josha i jego zaszczanych spodni, a ja zagroziłbym, że jeśli jeszcze kiedykolwiek choćby spojrzy na Brianę Lyons, to wrzucimy je do Internetu.

Wiedzieliśmy, ile dla niego znaczy wizerunek.

W życiu by nie wygadał.

A teraz nie mógłby, nawet gdyby chciał.

W gruncie rzeczy skończyło się idealnie.

Po trzech dniach jego współlokator zgłosił zaginięcie, ale policja nie była w stanie niczego ustalić. Wywieszono plakaty. Otwarto gorącą linię. Jego brat utworzył stronę na Facebooku, na której ludzie mogli zamieszczać swoje przemyślenia i teorie.

Większość doszła do wniosku, że Josh załamał się pod presją zdobywania dobrych ocen w Ivy League, do której dostał się po ukończeniu szkoły publicznej.

Jego współlokator upierał się, że Josh nigdzie by nie poszedł bez laptopa, jednak policjanci byli zawaleni kiepsko płatną robotą i, szczerze mówiąc, mieli to w dupie.

Tak naprawdę wszyscy mieli to w dupie.

Poza Conorem. Gość nie potrafił odpuścić.

Jakiś miesiąc trzymał nerwy na wodzy, ale w końcu pewnej nocy wtoczył się do mojego mieszkania tak pijany, że ledwo chodził.

– Nie zniosę tego, stary – wybełkotał, ziejąc we mnie oparami chmielu. – Musimy pójść do glin. Musimy wyjaśnić co się stało.

– Masz rację – przyznałem. – Powinniśmy natychmiast udać się na komisariat.

Pod wpływem ulgi niemal załkał.

– Dzięki, stary.

– Zrozumieją, że to był wypadek – zapewniłem. – Na pewno tylko poślą nas do terapeuty, czy coś w tym stylu.

– Tak myślisz? – spytał. Jego różowa twarz błyszczała od pijackiego potu.

– Chcieliśmy udzielić mu lekcji, to wszystko – tłumaczyłem. – A potem zdarzył się straszny, okropny wypadek.

– To był wypadek – powtórzył.

– Nie możesz prowadzić w tym stanie. Daj mi kluczyki.

Nie zdążyłem jeszcze wyjechać z parkingu akademika, a już stracił przytomność na siedzeniu pasażera. Kiedy dotarliśmy do hangaru, wciąż spał.

Zostawiając kluczyki w stacyjce i samochód na zapłonie, dźwignąłem jego ciężkie, bezwładne ciało i po schodach na górę.

Przy drzwiach zaczął odzyskiwać przytomność, walnąłem więc jego twarzą o solidny pal, do którego przywiązany był kajak, i znowu zemdlał.

Gdy już byliśmy w hangarze, po prostu wepchnąłem go do wody, przytrzymując mu twarz pod powierzchnią i obserwowałem ostatnie bąbelki.

Kiedy ktoś go znajdzie, pomyśli że wtoczył się do hangaru i zwyczajnie wpadł do wody, zbyt pijany żeby się z niej wydostać. Bliźnie na czole nikt nie będzie się przyglądał. A nawet jeśli, to dojdzie do wniosku, że Conor uderzył się w słup między kajakami.

Zostawiłem jego samochód na zapłonie, z otwartymi drzwiami i kluczykiem w stacyjce. Pewnie będzie tam jeszcze rano, z pustym bakiem i rozładowanym akumulatorem – rekwizyt w sztuce, którą wyreżyserowałem. Nikogo nie zastanowią moje odciski palców na kierownicy. Wszyscy wiedzą, że Conor pozwalał mi prowadzić. A jeśli ktoś zdecyduje się ukraść samochód – cóż, to nawet lepiej.

Kiedy wracałem do akademika, dostałem wiadomość od Briany. Chciała wiedzieć, czy widziałem Conora.

Briana była bardzo atrakcyjnym kąskiem. I z pewnością potrzebowała pocieszenia.

Wszystko skończyło się idealnie.

Tatuaż na autostradzie – Richard Godwin (przeł. Magda Kożyczkowska)

Sycząca szrama autostrady oglądana zza brudnego okna zdawała się opustoszała. Patty miała wrażenie, że znalazła się w mieście, do którego nie powinna mieć wstępu. W przydrożnej knajpie było zupełnie pusto, nie licząc kolesia w rogu. Gapił się na nią przez całą noc.

– Masz ogień? – zapytał, podchodząc bliżej.

– Pewnie – odparła Patty, zamaszystym ruchem otwierając zapalniczkę, której płomień na ułamek sekundy przysłonił brud, po czym szybko ją zamknęła.  – Mogę fajkę?

– Jasne.

Kelnerka najeżyła się. Krótki świst wykrochmalonego stroju i plaśnięcie zbyt długo żutej gumy. Rzuciła na nich okiem, nieznacznie skrzywiła usta.

Patty wyszła na zewnątrz, w mieszankę mrozu i oparów diesla. Po chwili ciszy zaczęli stałą pogawędkę palaczy. Pogoda, podróże, kierunki, psioczenie na to i owo. I właśnie wtedy to powiedział. Bez interludium, bez budowania napięcia. Tak, jakby zamawiał pizzę.

– Zeszłej nocy zabiłem człowieka.

Zaciągnął się głęboko i wydmuchał dym w kierunku nieba, a potem dodał, patrząc jej prosto w oczy:

– Gość zaczął cwaniakować. Tak naprawdę był nikim. Strzeliłem do niego. Dwukrotnie.

– Ach tak?

Cisza. I dwa skrzące się koniuszki papierosów w zimnie i smogu. Obok ze świstem przejechała ciężarówka.

– Czemu mi to mówisz? – zapytała.

– Bo zawsze, gdy kogoś zabiję, mam straszną ochotę…

– Pieprzysz.

– Podobasz mi się.

– Nie prześpię się z tobą.

– Nie chcę z tobą spać, skarbie. Ile ty masz w ogóle lat?

– Dwadzieścia sześć.

– Ach tak? Na wypadek gdybyś nie słyszała, grasuje tu pewien zły koleś. Lubi ćwiartować kobiety. Znacznie gorszy od starego Jima. Ja nie zabijam panienek, tylko je rucham.

– Potrafię o siebie zadbać.

– Podobno jedna kobitka dorobiła się nowego otworu w szyi. Właśnie tu, samiuteńka, z wyciągniętym kciukiem i cipką zamiast portfela. Nazywają go Morderczym Tirowcem, chociaż słyszałem, że jeździ pickupem.

– Dzięki za fajkę – rzuciła i weszła do środka.

Kelnerka przyglądała jej się zza lady, opierając dłonie na biodrach. Kolejny anonimowy sędzia. Patty patrzyła, jak jej spojrzenie blednie. Kelnerka wyszła na zaplecze. Patty zrobiło się słabo. Próbowała sobie przypomnieć, kiedy ostatnio jadła. Jim wszedł do pomieszczenia, śmiejąc się, i niemal tanecznym krokiem podszedł do miejsca, w którym siedziała.

– No dalej, skarbie, możemy to zrobić w kiblu – powiedział.

W powietrzu unosił się zapach pizzy.

– Ile masz?

– Wiedziałem, że jesteś na sprzedaż. Założę się, że jesteś warta stówkę.

– Sto pięćdziesiąt.

– Stoi.

Wyłuskał z portfela stos dziesiątek i ułożył je na jej dłoni.

– Do zobaczenia w kiblu – powiedziała.

Jim ruszył tam po kilku minutach.

Stała na samym końcu pomieszczenia, za pisuarami, przed jedyną czystą kabiną.

Jim wszedł do środku i zablokował drzwi starą miotłą.

– Alleluja, kociaku.

– No, dalej – powiedziała, wchodząc do kabiny i ściągając dżinsy.

– Słodki z ciebie cukiereczek.

Gdy poczuła dotyk jego skóry, zobaczyła nieskończone kilometry drogi. Wydawało jej się, że ktoś próbuje otworzyć drzwi w chwili, gdy w nią wszedł. Spojrzała przez ramię Jima na muchę chodzącą po graffiti. Czuła na pośladkach chłód ściany, kiedy kończył.

Mrugnął do niej i pogładził ją po policzku.

– Mówiłem, że nie jestem Morderczym Tirowcem.

Potem zerknął na jej prawe przedramię i pokręcił głową. Przez wytatuowane słowo „Mama” przechodziła poszarpana blizna.

Wyszedł i po chwili usłyszała odjeżdżającego pickupa. Zerknęła w lustro.

Myślała o jedzeniu, kiedy drzwi otworzyły się z hukiem i do łazienki weszła kelnerka.

– Wiedziałam! – warknęła. – Widziałam, jak wychodzi. Dzwonię po gliny.

– Czemu z ciebie taka suka?

– Popełniłaś wielki błąd, dziwko.

– Nie będziesz mnie nazywać dziwką. Jesteś tylko jebaną kelnerką.

Kiedy próbowała odejść, Patty chwyciła ją za włosy. Kobieta odwróciła się i wymierzyła Patty silny policzek.

– Szkoda, że morderca nie wybrał ciebie – powiedziała kelnerka.

Patty uśmiechnęła się.

– Ach tak?

Zacisnęła jedną pięść na stroju kelnerki, gdy drugą sięgała po nóż sprężynowy, żeby poderżnąć jej gardło. Ostrze wciąż poruszało się w powietrzu, gdy krew trysnęła na ściany, a kelnerka chwiała się na nogach, wybałuszając oczy. Patty obserwowała, jak upada, sięgając dłonią po coś, czego nigdy nie odnalazła.

Przeszła nad ciałem, wyszła z knajpki i pomachała do przejeżdżającej ciężarówki.

Jim wrócił tam następnego dnia i usłyszał, że kelnerka zginęła z rąk Morderczego Tirowca.

Zawsze kiedy tam sikał, wspominał seksowne, wytatuowane stworzenie, które przeleciał, gdy nad pisuarem unosiła się para, niczym mgła.

Groteska – K. A. Laity (przeł. Filip Cieślak)

Tony donośnym głosem referował mi zażalenie, jakie złożył w związku z podwyżką cen wody.

– Absolutnie nie do przyjęcia, skandaliczne, zatrważające – recytował, żywo wymachując Carlsbergiem i zachlapując pianą brązową podłogę.

Spacer do pubu był niczym wędrówka po mieście duchów, jakby nagle każdy wybył z miasta, rzucił je niczym gównianą robotę i wyjechał w pizdu do Holandii, Monachium albo Rzymu.  Ale to był tylko finał mistrzostw. Takie problemy nie istniały u Tony`ego. Telewizor wciąż wiszący nad tarczą do darta nie działał od czasów Erica Bristowa. Wyposażony był teraz w rozczapierzoną perukę z pajęczyn, która ładnie komponowała się z całą resztą wystroju, od wykrzywionego blatu barowego do śmierdzącego klopa z tyłu. Jeśli jakaś pani zachciałaby przypudrować nosek, zaniepokoiłby ją brak drzwi z napisem „damski”, a potem urocze zdjęcie prostytutki ze skrzyżowanymi nogami. Dotychczas jednak żadna kobieta nie przekroczyła tutejszego progu. Być może winny temu jest wystrój wnętrza, którego głównym elementem jest brąz z odcieniami brązu. Może pewną rolę odgrywa tu też nastrój tworzony przez niedomytych mężczyzn w kwiecie wieku, świeżo po szychcie. Wszyscy młodzi faceci poszli do lśniących pubów sportowych, by pośród kakofonii ekranów wychylać jak soczek drinki o głupkowatych nazwach. Mieliśmy tu dwa rodzaje lagera, jeden ale i Guinnessa na boku dla starszych panów z wyspy. Latem mogłeś też dostać puszkę Budweisera, by raczyć się nią w „ogródku piwnym”, którego wyposażenie stanowił plastikowy stolik ustawiony na betonie – centralnie między śmietnikiem a szarą ścianą piętrowego parkingu. Główną atrakcją wydawało się pozwolenie na plucie. Tony doszedł właśnie do kulminacyjnego punktu swojej tyrady:

– Zdrajcy klasy robotniczej! Sześćdziesięciogodzinny tydzień pracy!

Gdy do pubu wszedł Huckleberry Bob, natychmiast zapadła cisza. Być może chodziło o opowieści o tym, jaki to z niego zabijaka: mając 15 lat pobił sąsiada, któremu nie spodobało się, że doberman Boba, Bękart, postawił kilka parujących, brązowych podarunków na azaliach. Biedny stary Gary wciąż kuśtykał. Wszyscy starali się trzymać od Boba z daleka. I to niekoniecznie z racji jego przyzwyczajenia do bełkotania jakiś niepokojących słów pod nosem, zazwyczaj skierowanych do sąsiadów, dentysty lub w niebiosa. Prawdopodobnie w całym pubie zapadła taka upiorna cisza, bo wyglądało na to, że Huckleberry Bob jest pokryty krwią. Deska dzierżona w lewej dłoni wcale nie łagodziła sytuacji. Nikt nie  patrzył na niego bezpośrednio. Zrobiło się więcej miejsca, albo tak co najmniej się zdawało, kiedy nasz oddech stał się płytszy. Niekończącą się chwilę przerwał jego brat Jack:

– Co tam słychać, Bob? – Nikt nie nazywał go Huckleberry prosto w twarz.

Bob nic nie odpowiedział, ale odwrócił głowę w stronę brata. Bez słowa wyciągnął pistolet i strzelił mu prosto w jego lśniącą glacę. Jack cofnął się plecami w lustro, które wytrzymało lata zaniedbań, a teraz również ciężar ćmy barowej, która to osunęła się po nim na lepką posadzkę.

Cisza pękła niczym szkło rozbitych kufli, które runęły na ziemię. Rozległy się krzyki i wszyscy zaczęli szukać wyjścia. Szkoda tylko, że Bob stał przy drzwiach, a drugie prowadziły do ogródka.  Większość wybrała właśnie tę drugą drogę, ale szybko utknęli w przejściu jak bracia Marx na imprezie. Kilku skitrało się w klopie, ale to był chyba gorszy pomysł niż ogródek. Stanąłem jak kretyn przy filarze. Zasłoną tego nazwać nie było można.

Huckleberry Bob ruszył za grupką desperatów wpychających się jeden na drugiego, oby tylko przebić się do ogródka i zaczął okładać ich po tyłkach deską, jeszcze bez strzelania do kogokolwiek. Wyglądało na to, że goście w kiblu brali co pod ręką i nieprzybite do ścian, by zablokować jakoś drzwi, ale zamarli w bezruchu, gdy wreszcie rozległ się huk.

Niektórym się udało, niektórzy leżeli na podłodze w kałużach krwi. Tony był jednym z nich. Nie wiem, czemu zamarzłem. Kiedy Bob odwrócił się od ogródka, każda część mojego ciała podpowiadała mi, bym uciekał, a ja stałem dalej.

Bob podszedł chwiejnym krokiem. Nie spieszył się, nie pocił. Tak prawdę mówiąc, to wydawał się odurzony; miał zaczerwienione oczy i zwiotczałą twarz. Niech chroni mnie święty ogień Brygidy! Powtarzałem modlitwę matki, którą słyszałem tysiące razy albo i więcej w rodzinnej wiosce, zanim przybyłem na ziemie wroga.  Niczym iskry wiecznego ognia, słowa same nasunęły mi się na język:

– Jak tam twój pies, Bob?

Bękart zdechł kilka lat wcześniej, ale został zastąpiony jednym ze swoich szczeniaków: obrzydliwa kopia wabiła się Junior.

Teraz przyszła kolej na to, by Bob zamarzł. Jego palce zadrżały i deska upadła na ziemię. Ku mojemu zaskoczeniu począł szlochać.

– Nie żyje!

– Co ty do diabła mówisz?! Co się stało?

Zaczał się kołysać i miałem wrażenie, że zaraz się przewróci. Szloch wstrząsnąłego potężną tuszą, a on wytarł przedramieniem twarz, biorąc nierówny oddech.

– Samochód. Jakiś pierdolony Torys w odpicowanej furze go przejechał – łkał.

Położyłem delikatnie dłoń na jego ramieniu, gotowy, by rzucić się do ucieczki.

– Szkoda go, Bob, naprawdę szkoda. – Postawić ci piwo?

Pokiwał głową, więc przeszedłem za bar nad ciałem Jacka i polałem mu kufel.

– To pewnie dlatego masz całe ciuchy we krwi – powiedziałem, by podtrzymać konwersację.

Bob spojrzał w dół, jakby dopiero zauważył czerniejące plamy na ubraniu. Przesunąłem kufel po blacie, a on wychlał go natychmiast, wycierając raz jeszcze zakrwawioną twarz. Zacząłem nalewać drugi, nie zważając na drżące dłonie.

Bobowi się trochę odbiło, ale chociaż przestał płakać. Złapał za utytłaną koszulkę.

– Niee, to tego toryskiego ścierwa. Myślę, że wracał pewnie z cash-n-carry z zapasem drewna w swoim Range Roverze.

– Przydało się – dodałem, kładąc napełniony kufel na barze.

– Masz rację – zgodził się i wziął się za picie, tym razem odrobinę wolniej. – Masz dużo racji.

– Dziwny jest ten świat, Bob – powiedziałem, nalewając sobie piwo.

Usłyszałem dźwięk syren w oddali.

 

 

Cyk – Paul D. Brazill (przeł. Martyna Bohdanowicz)

 

Po czterdziestu pięciu latach małżeńskiej katorgi, która w najlepszych momentach przypominała brodzenie po pas w melasie, Oliver Robinson osiągnął granice wytrzymałości i udusił żonę poduszką z beżowego sztruksu, którą przypadkowo nadpalił papierosem dwa pełne napięcia dni wcześniej.

Przez większość życia Oliver był człowiekiem spokojnym. Swoje seksualnie jałowe małżeństwo – mdłe posiłki i męczące wakacje – przyjmował stoicko, niemal obojętnie. Było jednak coś, co podkopywało jego cierpliwość i ostatecznie skruszyło jej fundament – nieustanna dezaprobata Glorii wobec wszystkich jego działań.

To i cykanie.

Cykanie nieodzownie towarzyszyło grymasowi, który na twarzy Glorii wywoływał każdy wieczorny drink czy zapalony papieros. Nabierało mocy, gdy Oliver niechcący rozsypał sól. Albo zaklął. Albo do późna w nocy czekał na transmisję snookera. Nieprzerwane cyk, cyk, cyk przypominało odgłos karabinu maszynowego, który od rana do wieczora rozbrzmiewał w ich londyńskim mieszkaniu do chwili, gdy przelała się czara goryczy.

Zawijając ciało żony w biały, puchaty dywan łazienkowy, Oliver doszedł do wniosku, że choć powinien odczuwać wyrzuty sumienia, przygnębienie czy strach, nie potrafił się na to zdobyć. A wręcz przeciwnie. Właściwie czuł się tak lekki i wolny jak napełniony helem kolorowy balon, który zerwał się z uwięzi i unosił nad jaskrawo oświetlonym wesołym miasteczkiem.

Zabezpieczył dywan szarą taśmą i zwlókł ciało po schodach do piwnicy. Obijając się o kolejne stopnie, głowa Glorii wydawała dźwięk przypominający cykanie, tak że Oliver musiał powstrzymywać się przed wymamrotaniem „przepraszam”.

Już dość się naprzepraszał.

***

Nalał sobie whisky (o ósmej rano!) – smakowała lepiej niż wszystkie, których do tej pory próbował. Omiótł wzrokiem swój sterylny dom z kanapą wciąż zawiniętą w folię, w której przyjechała, a na jego twarzy zagościł uśmiech.

Rozkoszując się ciszą, stłumił w sobie potrzebę usunięcia wymiocin Glorii z poduszki, która przyczyniła się do jej zgonu. Ze skrytki wydrążonej w twardookładkowym wydaniu Szczęk – Gloria nie aprobowała fikcji, więc nigdy nie przyszłoby jej do głowy, by tam szukać – wyciągnął Marlboro bez filtra i zaczął wypalać dziury we wszystkich poduszkach w całym domu.

A później w kanapie.

Krótki napad piromanii Olivera przerwało dobiegające z korytarza cyk, cyk, cyk. Serce podeszło mu do gardła – ale szybko wyszło na jaw, że to tylko poruszana wiatrem klapka na listy. Oliver zaśmiał się z ulgą.

***

Usunięcie ciała Glorii okazało się łatwiejsze niż przypuszczał. W pogodny kwietniowy poranek załadował trupa do bagażnika samochodu – cały czas mając oko na wścibskich sąsiadów – i ruszył w kierunku wioski Innersmouth i zaniedbanej farmy Jeda Bramble’a.

Jed był starym kolegą ze szkolnej ławy i, podobnie jak sam Oliver, członkiem Ochotniczej Armii Rezerwowej. Co jakiś czas spotykali się, by w zaciszu obskurnej, zadymionej gospody Innersmouth Arms dyskretnie obalić drinka – a Jed za kołnierz nie wylewał. Według planu należało spić go do nieprzytomności, a ciało Glorii rzucić na pożarcie świniom. Oliver wiedział, że farma ledwo trzymała się na nogach, podobnie jak większość żywego inwentarza, dlatego miał pewność, że wygłodniałe świnki z radością wrzucą Glorię na ruszt.

Siedzenie pasażera w samochodzie zajmowała torba z hipermarketu, a w niej sześć butelek whisky Grant’s. Na wszelki wypadek Oliver zabrał też w kieszeni butelkę diazepamu, tego samego, którym wcześniej otumanił Glorię.

Przed samym Innersmouth zaczęło padać. Deszcz dzwonił o szyby: cyk, cyk, cyk. Rzadki kapuśniaczek przeszedł następnie w rzęsistą ulewę. Cyk, cyk, cyk, cyk, cyk.

Oliver włączył wycieraczki, ale każde ich skrzypnięcie przypominało raczej cykanie. Otworzył butelkę whisky i pił, dopóki odgłosy deszczu nie zaczęły brzmieć tak, jak powinny.

Jed stał przed stodołą ze strzelbą na ramieniu i sam wyglądał niewiele lepiej od rozpadającego się budynku. Jego zmierzwione włosy były długie i tłuste, a przekrwione oczy zalśniły jak lampki na choince, gdy dostrzegł zawartość torby Olivera.

***

Chłodne powietrze poniedziałkowego poranka miało aluminiowy posmak. Dręczony kacem i zadyszką Oliver wytargał zwłoki Glorii z samochodu i wrzucił je do chlewa. Wygłodniałe bestyjki ochoczo zabrały się do uczty. Widząc to, Oliver zwymiotował, ale w żaden sposób nie przerwał im konsumpcji.

Na farmie Jed nadal spał przy kuchennym stole, donośnie pochrapując. Spocony i roztrzęsiony Oliver zapadł się w zdezelowany fotel. Postanowił zostać z Jedem przez kilka dni, na wszelki wypadek podtrzymując jego stan upojenia do momentu, aż doczesne szczątki Glorii nie zostaną w pełni skonsumowane. Ale w miarę jak dni stawały się ciemniejsze, cykanie powróciło.

Tykanie wahadłowego zegara przemieniło się w natarczywe cyk, cyk, cyk. Kap, kap, kap cieknącego kranu, które spędzało Oliverowi sen z powiek, brzmiało jak cyk, cyk, cyk. Pogodne i energiczne stuk–puk listonosza o drzwi wejściowe sprawiało mu ból gorszy od wypadającej plomby. Włączył radio, ale nawet tam Bob Dylan cyk, cyk, cykał do nieba bram.

***

Zwykle tętniąca życiem główna ulica Innersmouth niemal całkiem opustoszała. Miejscowi z przerażeniem chowali się wewnątrz budynków – w sklepach, pubach, knajpach z fast foodem. Oliver kroczył przed siebie ze strzelbą Jeda na ramieniu. Niezależnie od tego, ilu ludzi położył trupem, nie mógł uciec od dezaprobaty Glorii.

Cyk, zastrzelił listonosza.

Cyk, cyk, pociągnął za spust i rozkwasił głowę mleczarzowi Harry’emu.

Cyk, cyk, cyk, przerobił na tatar grubego posterunkowego Thompsona, który w panice usiłował przeleźć przez ogrodzenie żłobka.

Gdy do jego uszu dobiegł odgłos nadciągających wozów policyjnych, zrozumiał, że istnieje tylko jedno wyjście.

Wepchnął lufę do ust i wystrzelił.

Ostatnim odgłosem, jaki usłyszał, było donośne CYK!

KONIEC