Category Archives: Magda Kożyczkowska

W najciemniejszym zaułku – Chris Rhatigan (przeł. Magda Kożyczkowska )

Właśnie brała prysznic – jak miała na imię? Sara? Melissa? Joan? – a ja siedziałem na jej obleczonym wysokogatunkową pościelą łóżku. Miała mnóstwo ładnego badziewia. Skórzaną sofę. Luksusowy zegarek. Telefon komórkowy, będący w stanie samodzielnie zabić człowieka, ale też przygotować omlet w stylu Denver.

Mnóstwo ładnego badziewia przy zupełnym braku stylu.

Tak czy inaczej, założyłem ciuchy, które miałem na sobie poprzedniej nocy i postanowiłem zostać kryminalistą. Nie była to prosta decyzja. Poważnie zastanawiałem się, czy nie dołączyć do niej w łazience – szczególnie, że zostawiła uchylone drzwi – i kochać się z nią pod prysznicem, ale potrzebowałem pieniędzy. Nie to co ona, umówmy się.

Wziąłem zegarek, laptop, jakiś tablet i wyszedłem. Chciałem wziąć też telefon, ale wymiana telefonu jest strasznie upierdliwa. Nie jestem przecież sadystą.

Minąłem ludzi na korytarzu, schodach i ulicy, ale nikt nic nie powiedział, nikt też nie rzucał mi podejrzliwych spojrzeń. Pewnie przez moją koszulę. Dopiętą na ostatni guzik, z kołnierzykiem, błękitną w prążki. Wzbudzała szacunek.

Samochód zaparkowałem za barem, w którym spotkałem Sarę-Melissę-Joan. Pojechałem do lombardu i sprzedałem łupy po znacznie zaniżonej ceny. Przynajmniej kolesia nie interesowało ich pochodzenie, a ja nagle miałem dość gotówki, żeby opłacić czynsz.

Przez dwa lata i osiem miesięcy byłem kasjerem w Bullseye. Zarząd uzasadnił moje nagłe zwolnienie kwestiami ekonomicznymi, ja jednak wiedziałem, że chodziło o kasy samoobsługowe, które zainstalowali dwa tygodnie wcześniej. Wyeliminowali interakcję międzyludzką na rzecz doświadczenia idealnych zakupów. Firmy uwielbiają maszyny, ponieważ nie wymagają towarzystwa pracowników i nie krzywią się, kiedy podchodzą do nich klienci.

Wróciłem do siebie i zacząłem żałować dokonanej kradzieży. Mogłem teraz jeść gorące placuszki jagodowe i udawać, że bawią mnie jej żarty albo posuwać ją pod prysznicem. Zamiast tego siedziałem na kratce po mleku w swoim obskurnym mieszkaniu, paliłem papierosa i gapiłem się na ślady palców na szybie.

Co by nie mówić, pieniądze były niezłe. Co dalej? Może powinienem obrabować bank? Wydawać by się mogło, że byle idiota potrafi tego dokonać, jeśli ma maskę narciarską i coś, co w jakimś stopniuprzypomina spluwę. Ale to już przestępstwo federalne, poważny skok.

Nie mogłem podjąć tej decyzji bez kawy. Już chciałem po raz trzeci przelać te same fusy wrzątkiem, kiedy przypomniałem sobie o przypływie gotówki. Poszedłem do Starbucksa, gdzie zamówiłem najdroższy napój w menu.

*

Mżawka zrosiła ciemne, błyszczące okna biurowców. O tej porze na zewnątrz spotykało się tylko meneli. Nie żeby to miasto o jakiejkolwiek porze było tętniącą życiem metropolią.

Po trzech godzinach rozmyślania, papierosów i kawy, postanowiłem na kogoś napaść. Nic skomplikowanego i łatwo uniknąć konsekwencji.

Krążyłem wokół pięciu tych samych bloków, szukając potencjalnej ofiary. Sieci restauracyjne już dawno się pozamykały, a i ruch w barach nie był imponujący. Trzymałem rękę w kieszeni, zaciskając palce na śrubokręcie. Żułem niezapalonego papierosa. Włosy przykleiły mi się do twarzy. Marzyłem o tym, żeby deszcz rozpadał się na dobre i w ciągu kilku minut zmoczył świat to suchej nitki. Nic takiego się nie stało.

Niski koleś w średnim wieku ubrany w trencz i melonik szedł z opuszczoną głową w moim kierunku, w ręku trzymając neseser. Zastanawiałem się, czy siedział w biurze do późna. A może jego stylówa była przykrywką dla ruchania sekretarki za plecami żony. Jednak sposób w jaki posępnie szurał nogami na to nie wskazywał.

Co mnie obchodziło, dlaczego nie był w domu? Dlaczego w ogóle się nad tym zastanawiałem?

– Masz ogień? – zapytałem.

Zwolnił odrobinę, ale nie uniósł głowy. Próbował mnie ominąć. Zagrodziłem mu drogę.

– Portfel. Oddawaj. Już

Pociągnął nosem, który wyglądał jak rzodkiewka.

– Idę do domu.

– Co? Nie obchodzi mnie, dokąd idziesz – docisnąłem tył śrubokrętu do kieszeni. – Nie chcę tego użyć, jasne?

Potarł nasadę nosa, tak jakby dostawał migreny, ilekroć ktoś go napadał.

– Posłuchaj, nie mogę…

 

Walnąłem go z całej siły w szczękę. Bolało jak diabli. Pomasowałem knykcie, które zdawały się przestać funkcjonować. Człowiek-Rzodkiewka zgiął się w pół. Rozważałem kopnięcie go w brzuch, żeby na pewno zrozumiał mój przekaz, ale zobaczyłem, że pluje krwią na chodnik i zrobiło mi się niedobrze. Przywarł do chodnika jak zużyta chusteczka.

Nie jestem pewien, dlaczego załatwiłem sprawę w ten sposób. Może chciałem położyć temu kres, zanim jakiś gliniarz wkroczy do akcji albo bohaterski przechodzień zainterweniuje, bohatersko kopiąc mi tyłek.

Uklęknąłem przy Rzodkiewce i położyłem dłoń na jego ramieniu. Miał miękki płaszcz. Prawdopodobnie z zamszu albo czegoś podobnego.

– To jak będzie z tym portfelem, co?

*

Jeśli chcecie znać moją opinię, to strasznie dużo zachodu o dwadzieścia siedem dolców. Musicie znaleźć odpowiednią osobę, upewnić się, że nie ma w pobliżu świadków, stworzyć zagrożenie. I nawet wtedy to loteria – może mieć pieniądze, może ich nie mieć.

Wróciłem do mieszkania, nałożyłem woreczek lodu na stłuczoną dłoń, zawinąłem się w koc i odpaliłem telewizor.

Chris Hansen stawiał zarzuty pedofilowi, który wydawał się zaskoczony swoim losem. Nienawidziłem Chrisa Hansena, jego plastikowych włosów i przekonania o swojej wyższości nad resztą świata.

Sięgnąłem do kieszeni po portfel Rzodkiewki. Rozważałem użycie jego karty kredytowej i kradzież tożsamości. Ale pewnie tak właśnie najłatwiej dać się złapać. Człowiek robi coś, o czym nie ma pojęcia i ani się obejrzy, a do jego drzwi wali policjant.

Rzodkiewka tak naprawdę nazywał się John Ballard. Spozierał posępnie ze zdjęcia w prawie jazdy. Tak, jakby żona właśnie od niego odeszła i zabrała ze sobą psa. Poza tym niewiele tam było. Kilka rachunków, karta rabatowa do punktu kanapkowego. Zdjęcie szkolne, prawdopodobnie jego córki, uśmiechniętej dziewczynki w za dużej niebieskiej koszulce.

Rzuciłem portfel na podłogę.

*

Następnego dnia wcześnie rano pojechałem do domu Johna Ballarda. Mieszkał w Port Chester. Najwyraźniej nie wyruszyłem dostatecznie wcześnie, bo droga 287 była tak zakorkowana, że samochody niemal się stykały. Zapełniłem popielniczkę kiepami. Wnętrze samochodu było zadymione jak speluna z lat 90.

Jadąca przede mną lexusem kobieta uderzyła pięściami w kierownicę; mięśnie szyi miała napięte jak struny fortepianu.

– JEDŹ KURRRWAAA – wrzeszczała.

Dobra rada. Szkoda, że nikt nie mógł się do niej dostosować.

Włożyłem jego portfel do uchwytu na kubek, tak że patrzył na mnie ze smutnego zdjęcia. Zabranie rzeczy Sary-Melissy-Joan było proste, ale John Ballard mnie prześladował. Nawet nazwisko miał smutne jak gówno.

Nie wydawał się skłonny wnieść oskarżenie. Zapewne będzie szczęśliwy z odzyskanego portfela i zrozumie, kiedy wyjaśnię mu, w jak podłej sytuacji się znajduję (strategicznie dodając kilka białych, dramatycznych kłamstewek). Wyglądał na kolesia, który daje ludziom drugą szansę. Nie wspominając już o tym, że miałem na sobie wzbudzającą szacunek koszulę w błękitne prążki.

Mieszkanie Ballarda mieściło się w połowie pagórka. Nędzny bliźniak o charakterze i uroku miski błyskawicznej owsianki. Trawnik i szpary w chodniku z taniej kostki przejęły chwasty.

Zapukałem do drzwi. Złożyłem dłonie. Światła były zapalone. Zajrzałem przez witrażowe okno.

Ballard osunął się na szklany stolik kawowy. Krew sączyła się na album Ansela Adamsa, tworząc kałużę na zdjęciu ośnieżonego szczytu. Pistolet leżał obok, na dywanie.

Zamknąłem na chwilę oczy, a potem znów spojrzałem. Nic się nie zmieniło, poza tym, że do pokoju wkroczył pręgowany kot, który ostrzył sobie pazurki na narzucie na sofie.

Kucnąłem przy drzwiach. Nos cholernie mnie swędział. Trwałem tak przez chwilę, wściekle się drapiąc, jak jakieś zwierzę.

Zastanawiałem się, co u diabła zrobię z tym portfelem.

Sporty Wodne – Katherine Tomlinson (przeł. Magda Kożyczkowska )

Zaczęło się dla żartu.

No, może nie tyle żartowaliśmy, co chcieliśmy spłatać małego psikusa.

Powiedzieliśmy Joshowi, że owinięte łańcuchami pustaki to prowizoryczne kotwice, na co zareagował jedynie pytaniem:

– Do czego wam to?

– Po jednej na każdy koniec kajaku – odparł Conor. Josh wzruszył ramionami i wyzerował kolejne piwo.

Dopiero, kiedy zauważył, jak z końców łańcuchów dyndają kajdanki, odjebało mu kompletnie.

Z Josha był chuderlawy skurwysynek, ale strach dał mu kopa. Obaj musieliśmy przygwoździć go do podłogi, żeby zakuć kajdankami – jedne na prawej dłoni, drugie wokół lewej kostki.

Wił się i wierzgał, wykręcał i wrzeszczał, miotając łańcuchami z takim impetem, że wpijały się w miękkie kostki, brużdżąc je. Pustaki były jednak szczelnie owinięte i choć się bujały, pozostawały bezpiecznie w swoich łańcuchowych klatkach.

Josh zeszczał się, kiedy wciągnęliśmy go do kajaku i zaczęliśmy wiosłować w kierunku wyspy wyrastającej ze środka jeziora.

Wypłynęliśmy zaledwie na odległość jakichś 40 metrów, kiedy zaczął błagać.

Zrozumieliśmy wówczas, że udało nam się go złamać i powinniśmy skończyć nasz żart, psikus czy cokolwiek to było.

Jednak Conor, który zajął miejsce na dziobie, odwrócił się, żeby spojrzeć na twarz Josha, przez co nie zauważył wystającej z wody skały.

Kajak przechylił się, a pustaki wypadły, ciągnąc za sobą Josha.

Nie zdążył nawet krzyknąć.

– O, kurwa! – wrzasnął Conor, kiedy siłą powstrzymywałem go przed rzuceniem się w jego ślady.

– Kurwa – powtórzył. – Ryan, co my teraz zrobimy?

– Zamknij się – odpowiedziałem. – Musze się zastanowić.

– Widzę bąbelki, Ryan – krzyknął. W jego głosie było słychać ślady histerii. Wychylił się i studiował wodę, omal nie wywracając kajaku.

– Ryan, on wciąż żyje!

– Nie ma żadnych bąbelków – stwierdziłem i taka była prawda. Do tego czasu powierzchnia jeziora zdążyła się idealnie wygładzić.

– Zawróć kajak – rozkazałem.

– Ale Ryan – zaprotestował, gotów się ze mną kłócić.

– Nawet nie próbuj się spierać, Conor – warknąłem. – Zawróć kajak.

Odwaliłem większość roboty, wiosłując do hangaru na łodzie. Conor nie pisnął nawet słowem, kiedy zabezpieczaliśmy kajak w hangarze.

Zmyłem siki i krew, a potem dokładnie przetarłem wszystko, czego mogliśmy dotknąć.

Uknuliśmy nasz plan w sekrecie, więc dopóki żaden z nas nie zacznie paplać, nikt nie powinien nas powiązać ze zniknięciem Josha.

Zakładając, że ktoś w ogóle zauważy jego zniknięcie.

Zakładając, że kogoś to w ogóle obchodzi.

Conor był przekonany, że lada moment spadnie na nas kara boska. Trochę wody upłynęło, zanim zdołałem mu wyjaśnić, co zrobimy.

– Po prostu nie puść pary z jadaczki – powiedziałem, –a nikt się nie dowie.

– Tylko się wygłupialiśmy – próbował przekonać samego siebie.

– To był wypadek – zapewniłem. – To nie twoja wina.

Oczywiście, że zawinił. Gdyby się skupił na swoim zadaniu, nie uderzylibyśmy w tamtą skałę. Dopłynęlibyśmy na wyspę, wywleklibyśmy Josha na brzeg i wyjaśnilibyśmy mu, że nieładnie jest podrywać cudze dziewczyny. Chociaż chodziło o dziewczynę Conora, oczywiście to ja musiałbym gadać, bo z Conora był zbytni mięczak.

A kiedy już skończyłbym z wyjaśnieniami, cyknęlibyśmy zdjęcia zasmarkanej twarzy Josha i jego zaszczanych spodni, a ja zagroziłbym, że jeśli jeszcze kiedykolwiek choćby spojrzy na Brianę Lyons, to wrzucimy je do Internetu.

Wiedzieliśmy, ile dla niego znaczy wizerunek.

W życiu by nie wygadał.

A teraz nie mógłby, nawet gdyby chciał.

W gruncie rzeczy skończyło się idealnie.

Po trzech dniach jego współlokator zgłosił zaginięcie, ale policja nie była w stanie niczego ustalić. Wywieszono plakaty. Otwarto gorącą linię. Jego brat utworzył stronę na Facebooku, na której ludzie mogli zamieszczać swoje przemyślenia i teorie.

Większość doszła do wniosku, że Josh załamał się pod presją zdobywania dobrych ocen w Ivy League, do której dostał się po ukończeniu szkoły publicznej.

Jego współlokator upierał się, że Josh nigdzie by nie poszedł bez laptopa, jednak policjanci byli zawaleni kiepsko płatną robotą i, szczerze mówiąc, mieli to w dupie.

Tak naprawdę wszyscy mieli to w dupie.

Poza Conorem. Gość nie potrafił odpuścić.

Jakiś miesiąc trzymał nerwy na wodzy, ale w końcu pewnej nocy wtoczył się do mojego mieszkania tak pijany, że ledwo chodził.

– Nie zniosę tego, stary – wybełkotał, ziejąc we mnie oparami chmielu. – Musimy pójść do glin. Musimy wyjaśnić co się stało.

– Masz rację – przyznałem. – Powinniśmy natychmiast udać się na komisariat.

Pod wpływem ulgi niemal załkał.

– Dzięki, stary.

– Zrozumieją, że to był wypadek – zapewniłem. – Na pewno tylko poślą nas do terapeuty, czy coś w tym stylu.

– Tak myślisz? – spytał. Jego różowa twarz błyszczała od pijackiego potu.

– Chcieliśmy udzielić mu lekcji, to wszystko – tłumaczyłem. – A potem zdarzył się straszny, okropny wypadek.

– To był wypadek – powtórzył.

– Nie możesz prowadzić w tym stanie. Daj mi kluczyki.

Nie zdążyłem jeszcze wyjechać z parkingu akademika, a już stracił przytomność na siedzeniu pasażera. Kiedy dotarliśmy do hangaru, wciąż spał.

Zostawiając kluczyki w stacyjce i samochód na zapłonie, dźwignąłem jego ciężkie, bezwładne ciało i po schodach na górę.

Przy drzwiach zaczął odzyskiwać przytomność, walnąłem więc jego twarzą o solidny pal, do którego przywiązany był kajak, i znowu zemdlał.

Gdy już byliśmy w hangarze, po prostu wepchnąłem go do wody, przytrzymując mu twarz pod powierzchnią i obserwowałem ostatnie bąbelki.

Kiedy ktoś go znajdzie, pomyśli że wtoczył się do hangaru i zwyczajnie wpadł do wody, zbyt pijany żeby się z niej wydostać. Bliźnie na czole nikt nie będzie się przyglądał. A nawet jeśli, to dojdzie do wniosku, że Conor uderzył się w słup między kajakami.

Zostawiłem jego samochód na zapłonie, z otwartymi drzwiami i kluczykiem w stacyjce. Pewnie będzie tam jeszcze rano, z pustym bakiem i rozładowanym akumulatorem – rekwizyt w sztuce, którą wyreżyserowałem. Nikogo nie zastanowią moje odciski palców na kierownicy. Wszyscy wiedzą, że Conor pozwalał mi prowadzić. A jeśli ktoś zdecyduje się ukraść samochód – cóż, to nawet lepiej.

Kiedy wracałem do akademika, dostałem wiadomość od Briany. Chciała wiedzieć, czy widziałem Conora.

Briana była bardzo atrakcyjnym kąskiem. I z pewnością potrzebowała pocieszenia.

Wszystko skończyło się idealnie.

Tatuaż na autostradzie – Richard Godwin (przeł. Magda Kożyczkowska)

Sycząca szrama autostrady oglądana zza brudnego okna zdawała się opustoszała. Patty miała wrażenie, że znalazła się w mieście, do którego nie powinna mieć wstępu. W przydrożnej knajpie było zupełnie pusto, nie licząc kolesia w rogu. Gapił się na nią przez całą noc.

– Masz ogień? – zapytał, podchodząc bliżej.

– Pewnie – odparła Patty, zamaszystym ruchem otwierając zapalniczkę, której płomień na ułamek sekundy przysłonił brud, po czym szybko ją zamknęła.  – Mogę fajkę?

– Jasne.

Kelnerka najeżyła się. Krótki świst wykrochmalonego stroju i plaśnięcie zbyt długo żutej gumy. Rzuciła na nich okiem, nieznacznie skrzywiła usta.

Patty wyszła na zewnątrz, w mieszankę mrozu i oparów diesla. Po chwili ciszy zaczęli stałą pogawędkę palaczy. Pogoda, podróże, kierunki, psioczenie na to i owo. I właśnie wtedy to powiedział. Bez interludium, bez budowania napięcia. Tak, jakby zamawiał pizzę.

– Zeszłej nocy zabiłem człowieka.

Zaciągnął się głęboko i wydmuchał dym w kierunku nieba, a potem dodał, patrząc jej prosto w oczy:

– Gość zaczął cwaniakować. Tak naprawdę był nikim. Strzeliłem do niego. Dwukrotnie.

– Ach tak?

Cisza. I dwa skrzące się koniuszki papierosów w zimnie i smogu. Obok ze świstem przejechała ciężarówka.

– Czemu mi to mówisz? – zapytała.

– Bo zawsze, gdy kogoś zabiję, mam straszną ochotę…

– Pieprzysz.

– Podobasz mi się.

– Nie prześpię się z tobą.

– Nie chcę z tobą spać, skarbie. Ile ty masz w ogóle lat?

– Dwadzieścia sześć.

– Ach tak? Na wypadek gdybyś nie słyszała, grasuje tu pewien zły koleś. Lubi ćwiartować kobiety. Znacznie gorszy od starego Jima. Ja nie zabijam panienek, tylko je rucham.

– Potrafię o siebie zadbać.

– Podobno jedna kobitka dorobiła się nowego otworu w szyi. Właśnie tu, samiuteńka, z wyciągniętym kciukiem i cipką zamiast portfela. Nazywają go Morderczym Tirowcem, chociaż słyszałem, że jeździ pickupem.

– Dzięki za fajkę – rzuciła i weszła do środka.

Kelnerka przyglądała jej się zza lady, opierając dłonie na biodrach. Kolejny anonimowy sędzia. Patty patrzyła, jak jej spojrzenie blednie. Kelnerka wyszła na zaplecze. Patty zrobiło się słabo. Próbowała sobie przypomnieć, kiedy ostatnio jadła. Jim wszedł do pomieszczenia, śmiejąc się, i niemal tanecznym krokiem podszedł do miejsca, w którym siedziała.

– No dalej, skarbie, możemy to zrobić w kiblu – powiedział.

W powietrzu unosił się zapach pizzy.

– Ile masz?

– Wiedziałem, że jesteś na sprzedaż. Założę się, że jesteś warta stówkę.

– Sto pięćdziesiąt.

– Stoi.

Wyłuskał z portfela stos dziesiątek i ułożył je na jej dłoni.

– Do zobaczenia w kiblu – powiedziała.

Jim ruszył tam po kilku minutach.

Stała na samym końcu pomieszczenia, za pisuarami, przed jedyną czystą kabiną.

Jim wszedł do środku i zablokował drzwi starą miotłą.

– Alleluja, kociaku.

– No, dalej – powiedziała, wchodząc do kabiny i ściągając dżinsy.

– Słodki z ciebie cukiereczek.

Gdy poczuła dotyk jego skóry, zobaczyła nieskończone kilometry drogi. Wydawało jej się, że ktoś próbuje otworzyć drzwi w chwili, gdy w nią wszedł. Spojrzała przez ramię Jima na muchę chodzącą po graffiti. Czuła na pośladkach chłód ściany, kiedy kończył.

Mrugnął do niej i pogładził ją po policzku.

– Mówiłem, że nie jestem Morderczym Tirowcem.

Potem zerknął na jej prawe przedramię i pokręcił głową. Przez wytatuowane słowo „Mama” przechodziła poszarpana blizna.

Wyszedł i po chwili usłyszała odjeżdżającego pickupa. Zerknęła w lustro.

Myślała o jedzeniu, kiedy drzwi otworzyły się z hukiem i do łazienki weszła kelnerka.

– Wiedziałam! – warknęła. – Widziałam, jak wychodzi. Dzwonię po gliny.

– Czemu z ciebie taka suka?

– Popełniłaś wielki błąd, dziwko.

– Nie będziesz mnie nazywać dziwką. Jesteś tylko jebaną kelnerką.

Kiedy próbowała odejść, Patty chwyciła ją za włosy. Kobieta odwróciła się i wymierzyła Patty silny policzek.

– Szkoda, że morderca nie wybrał ciebie – powiedziała kelnerka.

Patty uśmiechnęła się.

– Ach tak?

Zacisnęła jedną pięść na stroju kelnerki, gdy drugą sięgała po nóż sprężynowy, żeby poderżnąć jej gardło. Ostrze wciąż poruszało się w powietrzu, gdy krew trysnęła na ściany, a kelnerka chwiała się na nogach, wybałuszając oczy. Patty obserwowała, jak upada, sięgając dłonią po coś, czego nigdy nie odnalazła.

Przeszła nad ciałem, wyszła z knajpki i pomachała do przejeżdżającej ciężarówki.

Jim wrócił tam następnego dnia i usłyszał, że kelnerka zginęła z rąk Morderczego Tirowca.

Zawsze kiedy tam sikał, wspominał seksowne, wytatuowane stworzenie, które przeleciał, gdy nad pisuarem unosiła się para, niczym mgła.