Category Archives: poland

Zaginął pies – NICK SWEENEY (PRZEŁ. Anna Kuksinowicz )

W wiadomościach na świecie pojawiła się o tym incydencie zaledwie wzmianka, ale w Polsce katolickiego renesansu, skąd też zaginął medalion podarowany przez ów kraj czcigodnemu Papieżowi Polakowi za jego zasługi dla Kościoła, jeszcze przez długi czas czerwieniono się ze wstydu. Szczegóły afery nie pozostawiały wątpliwości: stróże nocni byli w trakcie ostatniego obchodu warszawskiego Muzeum Kolekcji im. Jana Pawła II, gdy weszli do  głównej Sali i poczuli powiew wiatru na karkach. Pośrodku pomieszczenia stała szklana gablota, gdzie, na grubym suknie w kolorach papieskich – żółci i bieli, powinien znajdować się medalion. Wystarczyło jedno spojrzenie w górę, by okazało się, że w kopule brakowało panelu, widać było też drabinę sznurową z jasnego nylonu oraz kogoś, kto po mistrzowsku i z wielką śmiałością przeprowadził błyskawiczną akcję.

Nowokuński, inspektor warszawskiej policji, wydał oświadczenie, z którego wynikało, że w Polsce znajduje się niewielu ludzi, którzy mogli wykonać taką sztuczkę, i że jest już na ich tropie, a nawet dokonał kilku aresztowań. W międzyczasie problem pozostawał żywy. Towarzyszyło mu ogólne odczucie, że jeśli medalion się nie odnajdzie, pozostawi to trwały ślad na Polsce w opinii katolickiego świata.

Teodor Król miał oczywiście bardziej prozaiczne sprawy na głowie: kulejąc, szedł w stronę centrum miasta i niósł ulotki domowej roboty z wizerunkiem przyjaźnie wyglądającego jamnika. Ludzie uśmiechali się, kiedy pytał, czy widzieli jego psa, ponieważ w Warszawie było pełno jamników. A potem mu współczuli, gdyż, oprócz zaginionego dziecka, nic tak nie dotyka serc warszawiaków, jak zaginiony pies.

— Reaguje na imię: „Misiek”? — Brali od niego ulotkę i z powagą obiecywali, że zadzwonią, jeśli zobaczą zgubę. Teodor wlókł się dalej, przyklejając ulotki do słupów reklamowych i ścian w okolicy uniwersytetu w nadziei, że oczy przechodniów przykuje jedno napisane pogrubioną czcionką słowo: nagroda.

Dotarł aż do Kościoła Nawiedzenia, po czym usiadł na pobliskim murku, aby odpocząć. Teodor wyglądał jakby potrzebował odpoczynku. Włosy mu sterczały na wszystkie strony, a wokół jednego oka pojawiła się obwódka w ponurym odcieniu niebieskiego. Inne siniaki wykropkowane na jego ciele były świadectwem dnia zniewag zafundowanych dzięki uprzejmości warszawskiej policji, która zjawiła się jedynie po to, by niechętnie dojść do wniosku, iż w danym czasie nie był nawet w pobliżu muzeum.

— Kto raz stał się złodziejem — sugerowali kolejni śledczy — na zawsze nim pozostanie. — Teodor odpowiadał na ten banał złością, zrezygnowaniem, milczeniem, a czasami cierpliwie zachowywał dobry humor, pozwalając im kontynuować próby osiągnięcia swojego celu.

Nie mógł zaprzeczyć, że zdobył pewne umiejętności w jednej z najlepszych szkół – tajnej policji generała Jaruzelskiego – WRONIE. Było też powszechnie wiadomo, że został stamtąd wyrzucony z powodu swojego nieortodoksyjnego wykorzystywania tychże technik. Łatwiej było zaprzeczyć temu, że na wygnaniu, w Holandii i Niemczech, używał owych umiejętności do budzących podejrzenia przedsięwzięć.

— Jestem na emeryturze — tłumaczył nieustannie. — Przecież mam pięćdziesiąt siedem lat…

— I świetną kondycję, niczym mężczyzna w kwiecie wieku — grzecznie mu przerywano.

— Obijam się w swoim mieszkaniu — kontynuował z godnością starca, a zarazem zuchwalstwem kogoś, kto zna się na psychologii przesłuchania. — Wyprowadzam psa i maluję. To wszystko. — Kilkakrotnie sprawdzano jego alibi, scenariusz, według którego miał spędzić wieczór z przyjaciółmi w kawiarni Literacka, po czym udał się do swojego mieszkania w Śródmieściu z kobietą, którą nazwał swoją starą znajomą – jedną z muzyków grających w owej kafejce. Zeznała, że widziała, jak Teodor idzie spać, po czym budzi się nazajutrz. Była świadkiem aresztowania Teodora tego ranka.

Drugim świadkiem był Misiek, który ujadał i kąsał policjantów w kostki, zanim udało im się wypędzić go kopniakiem na ulicę, gdzie ślad po nim zaginął. Teodor mógł się temu tylko bezradnie przyglądać.

— Mój pies — skarżył się tak często, jak tylko mógł. — Zamierzacie zrobić coś z moim psem, tak?

Poinformowano go z wyższością, że może sobie kupić drugiego, a po tygodniu nawet nie zauważy różnicy.

— Twój pies nie ma tu nic do rzeczy. — Chwila odprężenia szybko została zapomniana, wrócili do mroczniejszych spraw. — Porozmawiajmy o zeznaniach twojej znajomej. — Jednak nie ważne jak bardzo je zmieniali, powtarzając je zarówno Teodorowi, jak i samym sobie, były one irytująco spójne.

— Mówisz, że malujesz? — upewnił się śledczy.

— Tak. — Pytanie obudziło czujność Teodora; mężczyzna przecież już to wiedział. — Na pewno dokładnie przeszukaliście moje mieszkanie — dodał. Odpowiedział mu szeroki uśmiech. Teodor wiedział, że rozebrali jego łóżko na kawałki i to samo zrobili z telewizorem, opróżnili też każdy garnek w jego kuchni. — Nie widzieliście moich landszafcików?

— Widziałem. — Śledczy wykonał przepraszający gest. — Żaden ze mnie miłośnik sztuki. Jestem pewien, że są całkiem dobre. Zastanawiałem się, co masz na dłoni – to czarne.

— Farba akrylowa. — Teodor uniósł palec. — Zostaje na skórze.

— Naprawdę? — Śledczy stracił zainteresowanie. — Hej, posłuchaj. Te obrazy… Łatwo jest je włożyć z powrotem do ram?

Kiedy Teodora wypuszczono w świat, udał się do schroniska dla zwierząt przy ulicy Na Skraju i dokładnie obejrzał każdego jamnika jakiego tam mieli, ale żaden nie był Miśkiem. Zamieścił małe ogłoszenie w Gazecie Wyborczej, w kolumnie „Zaginął pies”, a następnie zabrał się do robienia ulotek.

— Stało ci się coś w oko, nie? — Mężczyzna przybliżył swoje pośladki do murku, siadając obok Teodora. Kiedy odwrócił się w jego stronę, w twarz buchnęły mu opary wódki.

— Spadłem z ławki — odpowiedział.

— Ławki, taa. — Mężczyzna pokiwał głową niczym prawdziwy mędrzec. Miał taką samą szczecinę na podbródku jak Teodor, tak samo nieuczesane włosy, nieświeże ubrania. Na pierwszy rzut oka sprawiali wrażenie bratnich dusz. — Trzeba uważać na ławki — poradził mężczyzna, a Teodor uśmiechnął się sztywno.

— Co tu masz? — Mężczyzna wyciągnął rękę. — Daj spojrzeć, co? — Teodor wręczył mu jedną z odbitek i wytłumaczył swoją misję.

— Widziałem tego psa — stwierdził mężczyzna takim tonem, jakby doświadczył olśnienia. Teodor przybrał wyraz twarzy mówiący „zaskocz mnie” i zapytał:

— Gdzie to było?

Mężczyzna spojrzał mu w oczy, jedno po drugim, tak jak robią to pijani ludzie.

— Tu jest napisane „nagroda”. — Mężczyzna zastukał w ulotkę. — Ile jest tej nagrody?

— Pięć tysięcy złotych — odparł Teodor. Mężczyzna zrobił szopkę, udając, że rozważa ofertę.

— Hej no, posłuchaj, mam dla ciebie propozycję. Dzisiaj w nocy dostarczę ci psa — stwierdził mężczyzna. Teodor patrzył, jak suma przechodzi stopniowy proces w mózgu mężczyzny, patrzył, jak proces ten zostaje zarejestrowany na jego twarzy jako konsternacja, a następnie zamienia się w chciwość. — Mówiłeś pięć tysięcy?

— Pięć tysięcy — potwierdził Teodor i zaśmiał się nerwowo razem z mężczyzną. — Teraz ty mnie posłuchaj. — Teodor był już zmęczony swoim kompanem. — Chcę swojego psa. — Jego głos przybrał ton cichego autorytetu, znowu stał się Teodorem Królem z WRONY,    z czasów kiedy obracał się w podziemiach Hamburga i Amsterdamu. — Nie chcę psa jakiejś staruszki, chcę swojego. Dostaniesz pięć tysięcy, jak przyniesiesz mi Miśka. Rozumiemy się?

Mężczyznę nagle przeraziła suma. Teodor już wcześniej widywał ludzi, którzy docierali do punktu, w którym przestawali czuć się pewnie. W uspokajającym geście położył rękę na ramieniu pijaczyny i powiedział łagodnie — Nowe złotówki, pięć tysięcy. Jamnik krótkowłosy, czarno-podpalany, jasny brzuch, reaguje na imię „Misiek”, nosi czarny medalik doczepiony do obroży, niewiele większy niż tyle — złączył kciuk i palec wskazujący. — Jeśli go znajdziesz, będziemy przyjaciółmi do końca życia.

— Przyjaciele do końca życia, co? — Mężczyzna smutno potrząsnął głową, zaskoczony ogromem tej myśli, jednak coś w głosie Teodora z przeszłości przekonało go o tym, że pięć tysięcy nie było przeznaczone dla niego. — To… fajno. Ej. — Z ulgą pozwolił na to, by dwa samochody policyjne jadące z hałasem Krakowskimi Przedmieściami w jakiejś głośnej, pilnej sprawie, rozproszyły jego uwagę. — Popatrz na tych głupich milicjantów. Ganiają po mieście jak muchy z niebieskimi tyłkami, na pewno za medalionem papieża. Nie do pomyślenia, co? Kto by kradł medalion ojca świętego, co nie? W Rzymie jakoś udało się nim zająć. Był w Dublinie. Był w Madrycie, Paryżu. Nawet łobuzy z Nowego Jorku go nie zwędziły. Był w Krakowie. Przenieśli go do Warszawy, i co?

— Okropne — przytaknął Teodor.

— Nie ujdzie mu to na sucho.

— No — zgodził się Teodor, ale dodał — a skąd to wiesz?

— Cóż — stwierdził mężczyzna — kto by go kupił? Mam na myśli to, że jaki zysk miałby z niego którykolwiek ze złodziei?

— Istnieją prywatni kolekcjonerzy — Teodor zasugerował ostrożnie. — Mężczyźni w… Niemczech… Holandii. Straszni ludzie z większą ilością pieniędzy i władzy niż możesz to sobie wyobrazić, ludzie z obsesją, których domy pełne są dzieł Michała Anioła, Da Vinciego, Van Gogha. Bezcennych rzeczy.

Pomyślał o małym medalionie, cienkim jak wafel złocie pochodzącym z podstawy wawelskiego kielicha; po jego jednej stronie widniał delikatny symbol krzyża, na którego ramionach wygrawerowane zostało imię Papieża Polaka, a po drugiej, niesamowicie małymi literami, wyryte zostały imiona wybrane przez wszystkich następców Świętego Piotra w Rzymie. Szkoda, że musiał go pokryć farbą akrylową, pomyślał, ale zawiera ona plastik, dzięki czemu można ją łatwo zeskrobać, kiedy tylko się chce, i właśnie to było jej plusem.

— A jednak ma swoją cenę. —  Teodor pozwolił sobie na odwagę, myśląc o tym i o walizce pełnej dolarów.

— Śmieszna sprawa — stwierdził mężczyzna.

— Kapitalizm to rzeczywiście — Teodor wstał, zamierzając odejść — szalona rzecz.

— Ej, idziesz już?

— Mam coś do załatwienia. — Teodor pomachał pękiem ulotek. — Muszą zniknąć.

— Na pewno bardzo kochasz tego psa, przyjacielu. — Mężczyzna wstał wraz z Teodorem. — Lubię to w ludziach. Za mało dobra na świecie, wiesz o co mi chodzi? — Spojrzał na ponury kościół znajdujący się za nimi i, poruszony, kontynuował — W Biblii jest napisane, że dobroć jest ważniejsza od dóbr, i jeśli to prawda – a sądzę, że tak jest – to rzeczywiście musisz być naprawdę bogatym człowiekiem. W każdym razie — powiedział Teodorowi to, co każda warszawska pijaczyna — jesteś prawdziwym Polakiem. — Wyciągnął do niego rękę, Teodor ją złapał i przez kilka sekund wymieniali się uściskiem dłoni. — Znajdę dla ciebie twojego psa — obiecał mężczyzna. Teodor uśmiechnął się szeroko.

— Jak ci się uda — powiedział — to zrobisz ze mnie najbogatszego człowieka w Warszawie.

Skończył przyklejać i wygładzać, po czym udał się do kafejki Nowy Świat, gdzie usiadł pośród jej sztucznej weneckiej wystawności i pił kawę. Czytał z roztargnieniem gazety, rozmyślając nad zmiennymi kolejami swojego losu; najpierw obmyślał strategie na znalezienie Miśka, a później, w przypływie kontrolowanego optymizmu, na wydawanie sum pieniędzy, które przechodziły od niesamowitych do szaleńczych.

Kiedy zszedł z górki, instynktownie zauważył dwa nieoznakowane samochody policyjne, jeden zaparkowany na chodniku przed jego blokiem, a drugi przed japońską restauracją znajdującą się po przeciwnej stronie ulicy. Poczuł, że wzmaga w nim pobudliwy gniew starszego człowieka, po czym przypomniał sobie, że złość nic tu nie da; znowu zostaną mu postawione głupie pytania, znowu na nie odpowie i będzie miał nadzieję, że znudzi ich to szybciej niż jego.

Podszedł bliżej, jedne z drzwi samochodu, znajdującego się przy bloku, otworzyły się, i wyłonił się z nich sławny inspektor Nowokuński, machając radośnie.

— Dobry wieczór, Teodorze — przywitał go. Ten skłonił się.

— Zdaje się, że znów mogę pomóc, inspektorze — powiedział uprzejmie.

— Myślę, że tak. — Twarz inspektora zamieniła się w maskę z groteskowym, przesadnym uśmiechem, kiedy powiedział — Mam dobrą i złą wiadomość. — Teodor mógł tylko patrzeć, jak inspektor sięga w dół i otwiera tylne drzwi samochodu, wypuszczając policyjnego opiekuna psów, który kurczowo trzymał podekscytowanego jamnika. — Zdaje się, że w zwyczaju jest podawać najpierw dobrą wiadomość — stwierdził inspektor. — A więc oto twój pies.

 

Advertisements

OSTATNIE KORONKI – Nick Sweeney (PRZEŁ. ALEKSANDRA GUZIK)

To było zupełnie niespodziewane jak na tak spokojny dzień – podmuch wiatru poderwał kapelusz Magdy i ściągnął go z jej głowy. Wyciągnęła rękę, ale nie złapała go i zaklęła.

– Jesteśmy teraz na placu, Alicjo – powiedziała, nie mogąc się zdecydować, czy trzymać mocno córkę, czy schylić się po kapelusz, ale właśnie wtedy wiatr jeszcze raz się o niego upomniał i zdmuchnął go za róg.

W jej brzuchu zalęgła się pustka, która wzbierała niemal z wdziękiem – przesunęła się najpierw do piersi, potem osiadła w gardle, w ustach i nosie, aż w końcu wydostała się na zewnątrz i wsiąkła w powietrze. Magda przystanęła na chwilę, mrugając oczami i wypuściła z siebie oddech, który zdawał się trwać minutę, po czym ruszyła dalej.

Zerknęła na arkady we włoskim stylu i ukryte pośród nich okna, pilnując się, by nie zaglądać do środka. Już wcześniej próbowała w  kilku odnaleźć swój własny dom, jednak natknęła się wyłącznie na twarze zastygłe w niepokoju.

– Tu był sklep wuja Piotra – poinformowała Alicję. – Brata twojego dziadka. To był taki sklep z tym i tamtym, no, z takimi pierdółkami.

Oczami wyobraźni zobaczyła te wszystkie nitki, wełny i wstążki nawinięte na szpule, guziki we wszystkich kształtach, rozmiarach i kolorach, kartoniki z malutkimi haczykami, których zadaniem było przytrzymywanie damskiej bielizny, no i koronkę, kilometry koronki. Piotr świadczył usługi krawieckie pulchnym kobietom, uznając ich zauroczenie weselami, szkolnymi przedstawieniami, przyjęciami czy pogrzebami, na które trzeba było się przygotować i przemyśleć wszelakie błahostki i falbanki, za głupotę nabytą w podeszłym wieku. Jej ojciec zawsze powtarzał, że pracując w sklepie, Piotr sam zmienił się w taką podstarzałą kobietę – wysłuchiwał niekończących się plotek, a na te wszystkie dramaty otwierał szeroko oczy i zaokrąglał usta w literkę „O”.

– Zniknął podczas wojny – powiedziała Magda. – Zabrali go gdzieś na tyłach ciężarówki i już nigdy nie wrócił.

Jej ojca spotkał lepszy los, nawet jeśli stało się na ich oczach. Inteligencja miasta została powieszona na placu tylko dlatego, że zasiadała w zarządach, ustanawiała prawa przewozowe i organizowała bale przebierańców i światełka na Boże Narodzenie.

– A jednak nie byli wystarczająco inteligentni, żeby stąd spieprzyć – usłyszała pewnego kawiarnianego nieroba jakoś niedługo po wojnie. Spojrzała na niego, nie będąc w stanie wydusić ani słowa. Jeszcze tego samego dnia szukała go w tej kawiarni, przeczesywała wzrokiem nieruchome przedmioty i twarze, chwytała za włosy obce głowy i podnosiła je znad stołów, ale nie znalazła go. Splunęłaby mu prosto w oczy, a byłaby to i tak litościwa zemsta na człowieku, który nie robił nic w swoim życiu oprócz siedzenia w kawiarni i wygłaszania niekulturalnych spostrzeżeń.

Na placu matka zakryła dłońmi jej oczy, ale Magdzie nigdy nie udało się zapomnieć miarowego skrzypienia, jakie wydawała zapadnia – najgłośniejszego dźwięku w tym milczącym, odległym dniu.

– Tak było lepiej – uznała, że powinna wytłumaczyć to Alicji. – Przynajmniej wiedziałyśmy, nie musiałyśmy się zastanawiać, czy ojciec nie leży w jakiejś dziurze gdzieś na wschodzie. Miałam tyle lat co ty teraz, byłam w wieku, kiedy niektórych rzeczy nie trzeba rozumieć, po prostu trzeba je zrobić.

Poprowadziła Alicję koło domu nazwanego „Pod syrenką”, gdzie kiedyś mieściła się pierwsza apteka w kraju i, przelotnie, główna siedziba tajnej policji w ostatnich dniach wojny. Na szczęście nie była tego świadoma, dopóki miejsce nie stało się kawiarnią „Klub Literata”. Kiedy była studentką, przychodziła tam podczas wakacji rozmawiać o filozofii i książkach, żeby poczuć, że jest młoda, ważna i oczytana.

– Tam poznałam twojego ojca – przypomniała Alicji. Próbowała wyobrazić sobie go takim, jakim był wtedy – w ciemnym garniturze i ekscentrycznym, dziwacznym krawacie, z włosami gładko zaczesanymi w modnym w tamtych czasach stylu – ale przed oczami miała tylko jego obraz z tego dnia, kiedy widziała go po raz ostatni: bladego, starego i skulonego, usiłującego odnaleźć jakiś ostateczny spokój.

– A tam stoi dom, gdzie wygłosili obwieszczenie – powiedziała. Skinęła głową w stronę kamienicy czynszowej, której fryz udekorowany był postaciami rzemieślników, ale tak naprawdę wcale nie pamiętała, czy to na pewno był ten dom. Nie wiedziała też, o które obwieszczenie jej chodziło: to wygłoszone przez któregoś z jej ludzi, mobilizujące do buntu i powstania, czy sił okupujących, które w ten sposób zmuszały mieszkańców do pracy.

Zaraz nad ich głowami była kobieta ubrana w przepiękne czerwienie i biele typowe dla strojów wschodnich województw. Lekko kołysała się z poręczy balkonu na cienkiej linie zakończonej pętlą schowaną gdzieś w jej szyi. Obróciła się powoli z jedną ręką nieznacznie uniesioną. Magda miała na sobie taki sam strój na procesji Bożego Ciała, w szkolnych przedstawieniach, w zespołach tanecznych. Ona też unosiła dłonie i się obracała. Odsunęła od siebie ten obraz, pochylając głowę, ale za chwilę zastąpił go widok dziecka zastygłego w drzwiach ze zdziwieniem wymalowanym w szeroko otwartych woskowych oczach. Nie czekając, aż to intensywne spojrzenie ją sparaliżuje, Magda pognała z Alicją ulicą, która prowadziła do świętego Romualda. Zatrzymała się pod drzwiami kościoła, niepewna, czy wejść do środka.

– Tu zostałaś ochrzczona – powiedziała Alicji. – Ja też i twój ojciec, i nasi rodzice. Pobraliśmy się też tutaj.

Mogła iść dalej, wrócić do miasta, które kiedyś nieświadomie tętniło życiem, ale zaczęła ją ogarniać panika – najpierw mały skurcz, który potem zaczął rosnąć, zacisnął się na jej klatce piersiowej, kiedy porównywała ruchome obrazy z jej pamięci i historii z tym, co działo się dookoła niej. Sięgnęła do kapelusza, żeby naciągnąć go sobie na oczy i ze złością stwierdziła, że przecież już go nie ma.

 

***

Alicja powiedziała do słuchawki, że nic nie widzi, a Magda warknęła „Co ty wygadujesz?” tak zjadliwie, że doprowadziła córkę do płaczu.

– Daj mi porozmawiać z tatusiem – ponagliła ją.

– Nie widzę go. – Zdawało się, że to jedyne, co Alicja była w stanie powiedzieć. – Nie słyszę go – improwizowała dzielnie, aż po drugiej stronie zapadła miażdżąca cisza.

W wiadomościach powiedzieli, że nikt nie może wjechać do miasta ani z niego wyjechać. Dwóch młodych żołnierzy w skafandrach kosmicznych zatrzymało Magdę na ostatniej blokadzie drogi, chcieli wiedzieć, jak udało jej się ominąć pozostałe. Magda musiała więc im pokazać, musiała ich zastrzelić ze starego rewolweru, którego jej ojciec nigdy nie użył, bo ufał mocy słów – tylko po to, by wcisnęli mu je z powrotem do gardła przy pomocy liny.

– Jestem w tym wieku – wytłumaczyła jednemu z astronautów spowita ciężką chmurą dymu unoszącą się dookoła niej – kiedy niektórych rzeczy nie trzeba rozumieć, po prostu trzeba je zrobić.

Stała tam przez chwilę, po czym wsiadła z powrotem do samochodu. Spojrzała na iglice kościelnych wieży swojego miasta i, kawałek na wschód, tlące się ruiny dogasających wież i kominów elektrowni – pierwszej takiej w kraju, zbudowanej przez i dla ludzi jeszcze w tych dniach, kiedy rozpoczynali pełen optymizmu marsz w stronę rozświetlonej nocy dwudziestego wieku. Teraz, zaduszając miasto kłębowiskiem pyłu, dymu i trucizny, elektrownia przywracała ciemność.

***

Magda przeniosła Alicję przez tę część średniowiecznej ściany miasta, która służyła za bramę cmentarza. Starała się zignorować świeżo wykopane doły, zerknęła tylko na ich groteskowego strażnika, martwego astronautę ustawionego pionowo przy swojej łopacie – był jeszcze dzieckiem. Nie przyglądała się ani ciężarówce z otwartym nadwoziem, ani jej nadzwyczajnemu ładunkowi: kolejny młody astronauta leżał sztywny w  kabinie z licznikiem Geigera na kolanach tykającym tak pospiesznie, że brzmiał on raczej jak mruczenie jakiegoś drapieżnego kota.

Na szczycie rodzinnego grobowca także był chłopiec, biały anioł z kamienia, pełen wdzięku nawet z brakującym nosem. Wyznaczał najwyższy punkt cmentarza. Magda zaprowadziła Alicję na wzniesienie.

– Bądź dobrą dziewczynką i poczekaj tutaj – poinstruowała ją, wzięła łopatę i zaczęła kopać. Skończyła pracę jakieś czterdzieści minut później, kiedy Alicja – owinięta w zestarzałą, żółtawą koronkę, ostatnią z asortymentu wuja Piotra – została zakryta ostatnią garścią ziemi.

Magda nigdy nie była skora do płaczu, ale coś jej mówiło, że tym razem mogła płakać, jeśli tylko chciała. Przeciągnęła się i usiadła na grobie, znów ujrzała kościelne wieże i szczyty kamienic czynszowych na placu. To było ich renesansowe miasto położone na obrzeżach barbarzyńskiego wschodu i dorastając tam, nigdy nie mieli wątpliwości, że byli ostatnim bastionem światłej cywilizacji.

Spojrzała na wyblakłą tarczę swojego zegarka, ale musiała zgadywać, że jest około południa. I rzeczywiście, w tym momencie dzwony na wieży kościelnej zaczęły dzwonić. To była zagadka, nad którą z przyjemnością mogła się zastanowić w mieście rozciągającym się przed jej oczami – pełnym światła i kolorów, ruchów i odgłosów; błyszczącym nieznośną jasnością, która odbiła się od jej zegarka i zaczęła niknąć.

 

Na księżycowej bani – Paul D. Brazill (PRZEŁ. Aneta Uszyńska )

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Wcześniej czy później przydarza się to niemal każdemu. Przy okazji szczególnie przykrej rocznicy urodzin, czy to po scysji z żoną…

Budzisz się przybity, dręczony mętnym poczuciem winy. Urywki poprzedniej nocy uporczywie wciskają się między myśli. W brzuchu dojrzewają mdłości, w ustach syf jak pod kurzą grzędą, a w głowie Keith Moon gra solo na bębnach.

Rozklejasz powieki, nieopatrznie wpuszczając łupiny posiekanego przez żaluzje światła. Wnętrze pokoju wygląda jak zaprojektowane przez cech żuli.

Zataczasz się do względnego pionu i wpadasz do bezlitośnie jasnej łazienki, żeby puścić pawia. Drżysz, pocisz się, skóra ci drętwieje jak podczas sesji akupunktury. Ubranie masz porwane i powalane krwią. Fala ciemnych wspomnień wlewa się z siłą tsunami.

Jak mówiłem, wcześniej czy później przydarza się to większości z nas. Mnie – zwykle raz na miesiąc. A ściślej – trzy razy.

I zdarzyło się znowu wczorajszej nocy.

ROZDZIAŁ DRUGI

Noc jak plama ropy rozpłynęła się w granitowym dniu, a na poranne niebo wtoczyły się wielkie wrogie chmury, kiedy przed wejściem do mojego apartamentowca charknęła docelowo żółta zdezelowana taksówka z ciemnymi szybami.

Wepchnąłem się przed wyfiokowaną Rosjankę usiłującą poskromić parasol, który szamotał się i łopotał jak wielki czarny nietoperz próbujący wyrwać się z jej uścisku. Głuchy na okrzyki protestu, złapałem za klamkę i otworzyłem drzwi.

Wpakowałem się na tylne siedzenie taksówki. Kierowca o imieniu Duffy wydmuchał zawartość nosa do bożonarodzeniowej serwetki i wyrzucił ją za okno. Jego poorana przez trądzik twarz przypominała wyssane jabłko karmelowe. Nad nią sterczała czarna jak atrament farbowana Elvisowska grzywka. Nie był to kojący widok.

– Gówniany poranek, co, Roman? – zagaił.

– Miewałem lepsze – odparłem opadając bezwładnie na tylne drzwi.

Mel Torme śpiewał w radiu „Ponurą niedzielę”. Mrucząc do wtóru, Duffy przeciągnął zapałkę po tabliczce z zakazem palenia i przypalił kubańskie cygaro.

– Aksamitna Mgła – powiedział Duffy unosząc krzaczaste brwi. Milczałem. – Tak go nazywają.

Nie zwracałem na niego uwagi. Kiedy odpalał samochód i przejeżdżał na czerwonym świetle, gapiłem się tępo przez okno. Ulice miały kontury nocnego koszmaru.

– Ściemnia się – powiedział Duffy. Miał spoconą twarz, mimo że w aucie było zimno jak w kostnicy. – Pora zmierzchu. Tak zwykliśmy nazywać tę godzinę. Jak w tej piosence.

Znów zamilkł. Słychać było jedynie jego szczękające zęby i przeskakującą raz po raz żuchwę.

Lawirując między samochodami, taksówka toczyła się z łoskotem wzdłuż wybrzeża upstrzonego pubami, podrzędnymi jadłodajniami i kebabowniami, by w końcu wydać z siebie ostatnie stęknięcie przed wejściem do baru U DAFFY’EGO. Lało jak z cebra. Niknące światła latarni połyskiwały na przedniej szybie samochodu.

Duffy wysiadł, podciągnął metalową kratę i otworzył drzwi wejściowe.

ROZDZIAŁ TRZECI

Włączył światła. Szafa grająca ożyła z hukiem.

Nie jestem przesądny… – zawarczał Howlin’ Wolf. Zająłem miejsce na swoim stołku przy barze i przez chwilę kontemplowałem podwójną szkocką, którą postawił przede mną Duffy. Kostki lodu szkliły się, lśniły i mieniły w nikłym świetle lamp. Prawdziwa pora zmierzchu.

Spojrzałem przez okno. Na mokrym chodniku migotało odbicie neonu U DUFFY’EGO, Patykowaty kształt podobny do stracha na wróble przeciął pędem ulicę. Wkrótce drzwi otworzyły się i wpadł przez nie jak stado wron wysoki długowłosy detektyw Iwan Walker, ciągnąc za sobą tuman deszczu i jesiennych liści. Jego znoszony czarny prochowiec załopotał na wietrze.

Usiadł na stołku obok mnie, kładąc na barze odznakę i rewolwer. Duffy podał mu asfaltowe espresso.

– Pora zmierzchu, Roman – zachrypiał Walker głosem jak tłuczone szkło.

– Podobno – odpowiedziałem.

Howlin’ Wolf ustąpił miejsca Dusty Springfield.

– Biała Murzynka – powiedział Duffy, spoglądając znad National Geographic. Tak ją nazywali. Bez rasistowskich podtekstów. – Facet był prawdziwą kopalnią wiedzy.

Przyjrzałem się bliżej Walkerowi.

Jego niemal dziecinną twarz pokrywała siatka blizn, na szyi widniał pięciokątny ślad po przypaleniu.

Trzęsły mi się ręce. Z żarliwością emerytowanego kanciarza w burdelu jednym haustem wlałem w siebie szkocką.

– Chluśniem, bo uśniem, co? – zagaił Walker. Nalałem sobie kolejną.

Nie odpowiedziałem. Byłem jeszcze bardziej zmęczony niż ten wyświechtany tekst. Dwie noce z rzędu robią swoje.

– Ciężki tydzień? – ciągnął Walker.

Wzruszyłem ramionami.

– Gówniane życie, co? – nie odpuszczał.

Puściłem tę wypowiedź mimo uszu. Zamknąłem oczy. Czułem przepływającą przez ciało falę alkoholu.

– Słyszeliście o morderstwach zeszłej nocy? – Walker przeciągnął się ziewając.

– Nie wydaje mi się – rzucił Duffy.

– Poważnie? – zdziwił się Walker. – Wszędzie o tym  trąbią.

– Nie czytam gazet – powiedział Duffy – Dołują mnie.

– Mam dla was coś naprawdę niezłego. Znaleźli paru chłopaków od Ton Ton Philippe’a dosłownie porozrywanych na strzępy pod Różowym Kociakiem.

Zignorowaliśmy go, chociaż znając Walkera nie wpadł tu, żeby sobie z nami pogawędzić.

– Co z tego? – spytałem nie otwierając oczu.

– Dla jasności – to śmiecie. W końcu pracowali dla tego haitańskiego świra. Niech im, kurwa, ziemia lekką będzie i order zasługi dla tego, kto ich załatwił. Ale brakuje poszlak. Na moje oko wygląda, że rozszarpała ich sfora dzikich psów. Może nawet ta sama, która zmasakrowała Micka „Klingę” McKinleya w zeszłym miesiącu.

– Mhm.

– Za to… – Walker pogmerał w kieszeni – …mamy pewien trop. Znaleźliśmy to w resztce pogryzionej ręki walającej się w drugim końcu zaułka.

Rozpoznałem ten metaliczny brzęk.

Otworzyłem oczy.

Na barze leżała moja odznaka. Odznaka detektywa.

Trzeba uważać na siebie w tym mieście, oficerze Dalton. – powiedział Walker wychylając filiżankę. Po czym poklepał mnie po plecach i skierował się do wyjścia.

– Ja pierdolę! – przeklął Duffy pijąc wódkę prosto z gwinta – Ton Ton Filip! – Pokręcił głową – Igrasz z ogniem, Roman.

Biała Murzynka śpiewała: Zamykam oczy i liczę do dziesięciu… Ja też zamknąłem oczy i policzyłem do stu.

ROZDZIAŁ CZWARTY

MIASTO – obwieszczał górujący nad dachami neon. Jego jaskrawe światło spływało z budynków zawiesiną cieni niosących schronienie plugawym miejskim sekretom, których oszałamiający fetor stale unosił się zaułkach, rynsztokach i barach. Na wielu zapach ten działał przytłaczająco, wręcz obezwładniająco. Nie na mnie. Brałem głęboki oddech i wciągałem go w nozdrza.

Byłem gliną od dwudziestu lat – rozboje, wykroczenia, zabójstwa… I nagle wszystko zmieniło się za sprawą zdarzenia, w którego środku znalazłem się zupełnie przypadkowo. Zwykła na pierwszy rzut oka, barowa bójka, w której przyszło mi uczestniczyć, złamała wszelkie zasady pijackiej obyczajowości.

Było już grubo po północy. W górze pełnia księżyca. Półprzytomny, siedziałem samochodzie przed klubem „Playhouse” w dole nadmorskiej ulicy, czatując na Micka „Klingę” McKinleya – kokainowego świra o szczurzej twarzy, który miał mi dostarczyć poszlak na Ton Ton Philippe’a, haitańskego gangstera, co jak zaraza panoszył się ostatnio w Mieście.

Odrażająca mieszanka wrzasków i skowytu przykleiła się do przelatującego podmuchu wiatru i dotarła niespodziewanie do okien mojego auta.

Księżycowa poświata pełzła po kocich łbach niczym żywe srebro, sącząc się w szpary i wczołgując do rynsztoków. Wysiadłem z samochodu i nieśpiesznie poszedłem w górę, niosąc przed sobą białe widmo własnego oddechu.

Gdy stanąłem przed barem Duffy’ego chłodny dreszcz przebiegł mi po plecach. Wtuliłem się w poły płaszcza, wymacałem swój pistolet i ostrożnie pchnąłem ciężkie dębowe drzwi.

Sala dławiła się od czerwonego aksamitu i skóry, z lustrzanych sufitów zwisały żyrandole. Podłogę pokrywały na wpół pożarte ciała, dookoła których ucztowały dwunożne włochate stwory o wilczych pyskach.

Kiedy instynktownie wystrzeliłem serię w ich stronę, nawet nie drgnęły. Nagle ruszyły w moim kierunku warcząc przez obnażone kły.

Przycupnięty na dębowym barze Duffy podpalił szmatę wystającą z butelki jakiegoś trunku i rzucił nią w stojącą obok poczwar szafę grającą.  Wybuchła niczym wulkan.

Przez kilka chwil grzmiało i dudniło jak na pokazie fajerwerków. Gdy kłęby dymu opadły, stojące tuż przede mną stwory rzuciły się z impetem w moją stronę.

ROZDZIAŁ PIĄTY

Obudziłem się w cuchnącym lizolem szpitalu. Siedzący obok mnie Walker jadł winogrona i rozwiązywał Sudoku. Powiedział mi, że po eksplozji jeden z żyrandoli Duffey’ego runął na moich napastników, którzy jednak zdołali wydostać się spod niego i uciec.

Po jakimś czasie Walker i jego chłopcy znaleźli trzy półnagie trupy włochatych harleyowców porzucone w zaułku. Cudaki najwyraźniej wpadły do Miasta, żeby się trochę rozerwać.

A ja? Cóż, podobno miałem szczęście, że wyszedłem z tego żywy. Lekarze stwierdzili spustoszenie organizmu i wysłali mnie na przedłużony urlop zdrowotny.

W obliczu żelaznej decyzji specjalistów zrobiłem to, co zrobiłaby większość moich kolegów po fachu i jak przystało na tytana policyjnej pracy spędziłem kolejne dni i noce oddając się bez reszty jedzeniu, piciu i telewizyjnemu odmóżdżeniu. Nie minął jednak miesiąc, kiedy krągły jak wielka srebrna dolarówka księżyc wypełnił ponownie jesienną noc, a ja poczułem znajomy zawrót głowy.

ROZDZIAŁ SZÓSTY

Dni krwawiły w tygodnie i miesiące, aż wreszcie zakradła się zima i ciemną płachtą udusiła burbonowo-żółtą jesienną aurę. Migający neon Duffy’ego przyciągał mnie co noc niczym pępowina. A może bardziej jak stryczek.

Był wczesny niedzielny wieczór, do pełni pozostał jeszcze tydzień. W lokalu panował średni ruch. Z Wurlitzera leciał stary szlagier Johnny’ego Laytona. Siedziałem na swoim stałym miejscu obserwując unoszącą się znad popielniczki smugę dymu, która niczym zjawa płynęła ku srebrnej gwieździe wiszącej nad barem.

Gwiazda zwisała przekrzywiona na lewo od popękanego, pokrytego pajęczynami zegara. Jej pozłacane brzegi złuszczyły się prawie doszczętnie, a życzenia Wesołych Świąt zdążyły oprószyć czerwonym brokatowym łupieżem tyle barowych głów, że były już prawie nieczytelne.

Nagle, silny podmuch wiatru otworzył drzwi na oścież. Duffy instynktownie wycofał się w cień. Na zewnątrz, jaskrawa poświata księżyca rozsrebrzała antracytowe niebo. Wysoka kobieta o włosach niczym krucze skrzydła maszerowała przez ulicę jak gdyby nieświadoma pędzących zewsząd samochodów. Duffy oblizał usta. Przy każdej o włos unikniętej kolizji w jego oczach pojawiał się szaleńczy błysk.

Nagle, jak na zamówienie, noc wypełnił huk sztucznych ogni i w pomieszczeniu pojawiła się Daria. Stanęła przede mną niczym szklanka chłodnej wody przed umierającym z pragnienia. Ostry jak damska szpilka dreszcz przeszył mnie na jej widok. Uśmiechnęła się, nadając pełnym krwistoczerwonym ustom kształt ciętej rany, jej świecące szmaragdową zielenią oczy pociemniały.

– Detektywie Dalton – powiedziała głosem ciemnym i gęstym jak dym z francuskiego papierosa.

– Były detektywie – wybełkotałem. Przeszedłem na emeryturę. Zasiliłem szeregi wolnych strzelców – Słowa wytaczały się z moich ust jak banda potykających się o siebie wzajemnie pijaków. Podałem Darii wymiętą wizytówkę. – Czy mogę zaproponować pani drinka?

– Noc jest jeszcze młoda, oficerze Dalton – powiedziała wchodząc na niewielką, monochromatycznie oświetloną scenę – W przeciwieństwie do pana!

Roześmiała się. Dwóch łysych osiłków z oczodołami jak rany postrzałowe wynurzyło się z cienia, aby pomóc jej zdjąć długi czarny płaszcz, po czym zajęło się ustawianiem perkusji, kontrabasu i starego mikrofonu radiowego. Daria sennie paliła czarnego papierosa.

Zwróciłem się do Duffy’ego pochylonego nad wyświechtaną kopią National Geographic.

– Jak interes wczoraj? – spytałem.

– Bal przebierańców był bardzo udany – odparł Duffy nie odrywając wzroku od lektury – Szkoda tylko, że goście przebrali się za stoły i krzesła.

Uśmiechnąłem się słabowicie, siląc się na jakąś zgrabną ripostę, ale szybko dałem za wygraną i zapaliłem kolejnego papierosa.

– Jeszcze jedną kolejkę? – zaproponował Duffy.

Wzruszyłem ramionami, potakując jednocześnie, co w moim stanie było nie lada wyczynem.

Nalał mi Danielsa i wyciągnął z kontaktu wtyczkę szafy grającej.

Nagle salę wypełnił śmiech Darii. Odwróciłem się w stronę sceny. Zaczęła śpiewać.

Na perkusję posypały się uderzenia miotełek, palce kontrabasisty zaczęły ślizgać się po gryfie, a ja poczułem jak kropla potu, niczym owad, wędruje w dół mojego grzbietu. Cichy jak ostatnie tchnienie półszept Darii śpiewającej o niespełnionej miłości wprowadził mnie w senny błogostan.

Szybko wychyliłem szklankę, zamówiłem jeszcze jedną i, jak za pociągnięciem spłuczki, udałem się w niebyt.

ROZDZIAŁ SIÓDMY

W górze wisiał pękaty jak bania zimowy księżyc. Oderwałem głowę Długiego Toma Shorta od jego ramion i cisnąłem nią w śnieg. Krwawe bryzgi zdawały się czarne w jaskrawej poświacie. Z dala słychać było pomruk nadjeżdżającego Mercedesa. W końcu mruczenie przeszło w ryk i sprzęgło się z moim skowytem, podrywając do lotu czerniejące wśród bieli stado wron.

Samochód zatrzymał się z piskiem opon przed wejściem do Różowego Kociaka, który obecnie zajmował podwoje byłego kościoła parafialnego. Kierowca z rewolwerem w dłoni wysiadł z samochodu i podążył w moją stronę przez opustoszały parking. Ubrany w czarny płaszcz i kapelusz z szerokim rondem wyglądał upiornie. Gdy podszedł bliżej, zawarczałem w jego stronę z trudem hamując swój wilczy instynkt.

– Leżeć! – rzucił komendę mój były partner detektyw Ivan Walker obrzucając wzrokiem sześć czy siedem ciał rozrzuconych po parkingu.

– Miałeś pracowity wieczór, Dalton – powiedział głosem jak papier ścierny. – Jak tak dalej pójdzie, Ton Ton Philippe będzie musiał wymienić całą ekipę. Albo cię sprzątnąć – Potarł lufą rewolweru pięcioramienną bliznę na szyi.

Z nieba zaczęło sypać śnieżne konfetti. Walker złapał Długiego Toma za kostki i powlókł broczący gargulec wielkiego trupa w kierunku ciemnego obskurnego zaułka, zostawiając za sobą pasmo krwi. Złapałem w nozdrza zapach śmierci. Moje serce biło jak dzwon.

Walker przeciągnął ciało do upstrzonego witrażowymi refleksami samochodu i otworzył bagażnik. Załadował zwłoki i walnął klapą.

W ustach miałem jeszcze smak ciepłego mięsa. Czerwone zmazy rozlewały mi się przed oczami niczym test Roschacha. Nie mogłem dłużej panować nad żądzą krwi. Wydając z siebie otchłanny ryk, rzuciłem się w stronę Walkera, który padł na kolana, wycelował rewolwer i strzelił mi prosto w serce.

Uderzyłem z impetem w tył samochodu i osunąłem się na ziemię. Walker podniósł się i stanął nade mną paląc cygaro. Dymne kółka wznosiły się nad jego głową jak aureola, czy korona cierniowa. Za jego plecami, w rogu zaułka dostrzegłem kształt wysokiej ciemnowłosej kobiety. Jej oczy zabłysły szmaragdową zielenią i znów pociemniały.

Zanurzyłem się w głębinach nieświadomości.

ROZDZIAŁ ÓSMY

Koszmarne fale wtoczyły się na brzeg mojego snu. Obudziłem się mokry od potu. Dałem oczom chwilę okrzepnąć i odwróciłem głowę. Cyfrowy budzik obok łóżka pokazywał południe. Czarna pościel, na której leżałem była w strzępach, a moje nagie ciało pokrywało graffiti ran i siniaków.

Dostrzegłem trzy nakłucia na swojej klatce piersiowej tuż nad sercem. Walker był doborowym strzelcem, a naboje wypełnione śladowymi ilościami srebra były silne na tyle tylko by ściąć mnie z nóg na jakiś czas.

Wziąłem prysznic, założyłem dżinsy i czarny golf. Było mi tak zimno, że swoją mocną czarną i spalony tost jadłem przytulony do rzężącego kaloryfera przy plastikowym stole. Nacisnąłem guzik bakelitowego radia, które nadawało właśnie piosenkę George’a Jonesa, i bezskutecznie próbowałem czytać „Mieć i nie mieć”. Nie po raz pierwszy miałem wrażenie,  że moja koncentracja została rozstrzelana i kona w męczarniach. Założyłem Martensy, zgarnąłem płaszcz i poszedłem do Duffy’ego.

 

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY

Rzecz w tym, że nie miało dla mnie większego znaczenia, czy mówi mi prawdę czy kłamie w żywe oczy, zważywszy że większość tego, co jej sam naopowiadałem była wygrzebana z jakiegoś mrocznego kąta na peryferiach uczciwości.

To było jak polowanie, w którym nie ma znaczenia kto jest myśliwym a kto zwierzyną.

– A więc? Zrobi pan to dla mnie? – spytała Daria popijając absynt. Nachyliła się w moją stronę, żeby usłyszeć odpowiedź. Owładnięci żądzą punkowego zgiełku Frogersi tłoczyli się wokół szafy grającej wywalając do niej stosy monet. Nie miałem siły oponować. Ludzie Ottona nie słynęli z dbałości o formy towarzyskie.

Jeśli Ton Ton Philippe miał rywala w mieście, był nim niewątpliwie Otton Rhino. Frogersi stanowili jego rzekomo niepokonany oddział specjalny. Ubrani w moro, wszyscy bez wyjątku mieli ponad dwa metry wzrostu i łapy jak dębowe konary.

– Więc? – powtórzyła. Jej perfumy były trucizną, której nigdy nie miałem dość. Wzruszyłem ramionami wiedząc doskonale, że zrobię dokładnie o co mnie prosi.

Gdzieś w rogu sali rozległ się dźwięk tłuczonego szkła. Nie zrobiło to na mnie wrażenia.

– Jasne. Wpadnę do Różowego Kociaka po pani siostrę. Z pewnością Ton Ton Philippe nie będzie miał nic przeciwko. Haitańscy wielcy kapłani voodoo są znani ze swojej anielskiej cierpliwości. Zwłaszcza ci, którzy kierują światem przestępczym.

Uśmiechnęła się bałamutnie.

– Proszę pamiętać też o armii oddanych mu zombie – Jej oczy błysnęły szkarłatem.

– Nie omieszkam.

– A więc? Wchodzi pan w to?

– Będzie to panią kosztowało.

– Zapłacę, detektywie. Mam czym.

– Wobec tego wchodzę. Jak Errol Flynn.

Daria odchyliła się na stołku i uśmiechnęła.

– Jeszcze jedną kolejkę! – rzuciła w stronę Duffy’ego.

Duffy chwycił butelkę absyntu i postawił ją na barze. Nagle stołek zatrząsł się pode mną. Dwóch czy trzech Frogersów miotało się w niedźwiedzich podskokach śpiewając, albo raczej wrzeszcząc, że są cranked up really high. Co zresztą było zgodne z prawdą.

Duffy właśnie nalewał do naszych kieliszków, kiedy jeden z Goliatów wpadł na mnie i rozlał wściekle zieloną ciecz na kontuar.

– Dupek! – wrzasnąłem bez zastanowienia.

– Co powiedziałeś? – huknął przerośnięty imbecyl.

Zanim zdążyłem odpowiedzieć złapał mnie swoją wielką grabą za gardło i jednym ruchem zerwał ze stołka jak źdźbło trawy.

Byłem bezradny. Widziałem jak Duffy sięga pod ladę po strzelbę, ale nim zdążył to zrobić szafa grająca zamilkła i nastała kompletna cisza.

Wkrótce, w powietrzu zadrgały pierwsze nuty melodii. Daria śpiewała klepiąc osiłka po ramieniu. Jej oczy lśniły szmaragdową zielenią. – Nie, Duke – padł rozkaz.

Nagle olbrzym załkał i opuścił mnie z powrotem na stołek.

Daria pogłaskała go po policzku.

– Idź i pobaw się ładnie, Duke – powiedziała łagodnie.

– Tak, psze pani – odpowiedział Duke pociągając nosem. – Przepraszam panią, pani Dario.

Duke dołączył do swoich kompanów, którzy siedzieli wokół stołu trzymając się za głowy.

Szafa grająca powróciła do życia. Miles Davis zatrąbił ciepło. Nikt nie miał nic przeciwko.

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY

Klientela Różowego Kociaka składała się z ludzi, którzy słowu „bagno” nadają ciężar gatunkowy. Politycy, wysokiej rangi stróże prawa, aktorzy… Chudy i blady jak pajęcza nitka DJ Neuman wyglądał jakby zmarł na początku zeszłej dekady, lecz nikt mu o tym nie doniósł. Pojawiał się w klubie co noc, serwując salwy ogłuszających basów. Parkiet tętnił od lepkich, gorących ciał. Na scenie, półnagie dzierlatki wiły się jak spaghetti na półmisku pijanego sycylijczyka.

Po południu nie było zbytniego ruchu. Tu i ówdzie niedobitki ludzkich karakanów gnieździły się w kątach i zakamarkach, pochrapując albo zalewając robaka. Czułem się prawie jak w domu.

Usiadłem przy barze i zerknąłem na zegarek. Tajemnica dzisiejszego sukcesu tkwiła w znalezieniu się we właściwym miejscu we właściwym czasie.

– Co podać? – rzucił zza baru wytatuowany smarkacz.

– Burbon.

Wziąłem szklankę i poszedłem w stronę ciemnego rogu sali, gdzie zwykle urzędował Ton Ton Phillippe. Kurdupel z irokezem i opaską na oku siedział rozparty na złotym tronie obok sceny. Wijące się wokół jego ramion węże syczały napastliwie, a na jego kolanach, zwinięta w kłębek niczym perski kot, spoczywała płowowłosa nastolatka.

– Detektyw Dalton – powitał mnie skinieniem. Nie wyprowadziłem go z błędu. – Co pana do mnie sprowadza?

– Ona – odpowiedziałem wskazując głową na wiercącą się małą.

– Obawiam się, że to soczyste mięsko zostało już zarezerwowane przez bardzo specjalnego klienta. A co Lao chcieć, Lao mieć.

Ledwo zdążył rzucić mi swoje mrożące spojrzenie, spozierała już na niego lufa mojego pistoletu.

– Nie kupuję. Biorę – powiedziałem przyciągając ją do siebie.

Rechot Phillippe’a rozniósł się echem po sali.

Wtedy pojawili się oni.

Było ich trzech.

Golemy. Porwane i poszarpane cielska. Szkliste oczy.

Czyżby? Zombie? Najwyraźniej pogłoski były prawdziwe. Nim zdążyłem zagłębić się w swoje rozważania, zbliżyły się do mnie i… zapadły ciemności.

ROZDZIAŁ JEDENASTY

W biurze Ton Tona panował niemiłosierny zaduch. Siedziałem przywiązany do metalowego krzesła jak owadzia inkluzja w kawałku bursztynu. W rogu pokoju skrzeczała papuga.

– No i co ja mam z tobą zrobić? – martwił się Philippe. – Zamordowanie funkcjonariusza policji może przysporzyć mi sporo kłopotów… ale z drugiej strony…

Jego głos docierał do mnie jak zza ściany.  Czułem znajome mrowienie na skórze. Już niedługo. Za oknem na atramentowym niebie wisiał mleczny księżyc. Przemieniłem się.

Wszystko utonęło w odmętach skowyczącego i krzyczącego szkarłatu.

Wkrótce zombie leżeli martwi, porozrywani na strzępy. Tylko Philippe rozpłynął się jak dym z papierosa.

Złapałem dziewczynę niczym szmacianą lalkę i rozbiłem szybę rzucając się przez okno w mroźną zimową noc.

ROZDZIAŁ DWUNASTY

– Dziękuję detektywie – powiedziała Daria. – Świetnie się pan spisał.

Siedzieliśmy przy chybotliwym stole w opustoszałym barze Duffy’ego. Blondwłosa podlotka siedząca na jej kolanach nie zdawała się nosić oznak najdalszego nawet pokrewieństwa. Nie całowała też jak krewna. Ktoś nabił mnie w butelkę. I zrzucił nad trójkątem bermudzkim. Skóra mi drętwiała. Bolały mnie kości. Lecz w gruncie rzeczy, było mi wszystko jedno.

Daria wstała w towarzystwie kilku Frogersów. – Biegnij do tatusia, skarbie – nakazała blondynce, która zgramoliła się z jej kolan z nadąsaną miną. Wyszli na zewnątrz i wsiedli do długiej ciemnozielonej limuzyny ze znakiem krzyża z boku. Znakiem grafa Ottona Rhino.

Spojrzałem na wypchaną gotówką kopertę, którą wręczyła mi Daria. Było w niej więcej zieleniny niż na poletku kapusty.

Trochę szmalu i jeden nowy wróg. Nie źle jak na noc pracy.

– Jack Daniels? – rzucił Duffy drąc papierową podstawkę do piwa.

– Innym razem. Dziś dam się skuć anyżkowej królowej. Nalej mi kolejkę Absyntu – odpowiedziałem idąc w stronę baru – Mówią, że rozpala duszę.

 

KONIEC

 

Transakcja – Nick Sweeney (przeł. Aleksandra Guzik)

Witek Galicki nie mógł tego wieczoru nazwać sukcesem. Kobieta uśmiechnęła się w sposób, który można by wziąć za zachętę, ale Witek zsunął się z niej delikatnie i uniósł rękę w przepraszającym geście. Odwrócił się tyłem i przysiadł na brzegu łóżka. „Nieudana transakcja” pomyślał.

–  Przykro mi – powiedział.

Miała na imię Magda. Witek usłyszał, jak mówi:

–  Nie przejmuj się, zdarza się przecież. – Usiadła obok niego, otoczyła ramieniem i skierowała palec w dół. – Jeśli chcesz, mogę… no wiesz.

– Och… nie trzeba, dziękuję. – Rozumiał, że kobieta czuje się w obowiązku zrealizować swoje usługi na warunkach, jakie ustalili. Prowadziła interesy, tak jak on. – To miłe z twojej strony, ale…

Jeszcze zanim skończył, Magda zawinęła się w szlafrok i wstała. Witek zaczął się ubierać. W biznesie wszyscy czasem dokonywali nieudanych transakcji, powiedział do siebie. Po prostu trzeba to spisać na straty i w przyszłości być mądrzejszym – albo raczej mieć więcej szczęścia.

Czasem nie wiedział, czy posiada którekolwiek z nich – mądrość lub szczęście, dopóki jakaś pełna znaczenia chwila, zrozpaczona twarz albo pechowiec ze swoją smutną historią nie przypomniały mu, że tak naprawdę ma przecież i to, i to.

Magda stała w drzwiach łazienki, wycierając twarz.

– Zdarza się – powtórzyła, a Witka pocieszyły te słowa, tak jak późniejsze zaproszenie do wspólnego wypicia kawy. Zastanawiał się, czy nie jest trochę za późno na kawę, ale ona uznała jego wahanie za brak pewności siebie. Wskazała głową w stronę kuchni. – I tak sama miałam się napić.

Zaproszenie było nowością. Miało ogromne znaczenie albo może nie znaczyło nic, ale Witek z zadowoleniem je przyjął. Zaczął wiązać krawat, potem go zwinął i spakował do swojej aktówki.

Podszedł do okna, obserwował śnieg osadzający się na ulicy, która omijała tory kolejowe i prowadziła do białostockiej stacji. Pojawił się grubo ubrany mężczyzna i odcisnął za sobą na śniegu ślady zimowych butów. Niedługo granicę przekroczy pierwszy pociąg z Białorusi. Wypluje z siebie handlarzy – cali obładowani będą brnąć przez miasto, żeby rozstawić stoisko z pierdołami na sprzedaż. Witek podziwiał, z jakim hartem ducha próbowali wyrwać drobniaki z gwałtownie rozwijającej się dookoła gospodarki kapitalistycznej. Oni też byli biznesmenami, nie zapominał o tym.

Taka była natura granicy – miejsca pojawiania się znikania. Granice powinny ucieleśniać wolność, otwartą przestrzeń, a mimo to były pod nadzorem, miały w sobie coś klaustrofobicznego. Symbolizowały możliwości, a jednak ludzie byli na nich przetrzymywani, obrażani, przeszukiwani, bici, pozbawiało się ich narodowości, strzelano do nich – a te ich przebłyski wolności stawały się tak samo krótkotrwałe jak ślady butów, co  znikają pod świeżym śniegiem.

Witek odwrócił się i zobaczył, jak Magda stawia na stole tacę: kawiarka, połyskujące łyżeczki, dzbanek z mlekiem, filiżanki i spodki z zastawy, którą nie pogardziłaby jego babcia, oraz ciastka. Usiadł obok niej na kanapie i powiedział pod nosem:

– O, jak miło.

Następnie oddali się zwyczajowemu rytuałowi – spytała, jaką kawę sobie życzy, ale całe te ceregiele poszły na marne, kiedy nie mogąc uchwycić absurdalnie małego uchwytu, niezgrabnie uniosła dzbanuszek i rozlała mleko po całej tacy.

Powiedział Magdzie, że obiło mu się o uszy, że zachodni biznesmeni pili kawę czarną, niesłodzoną. Dał radę przestrzegać tego zwyczaju – z wykrzywioną twarzą – równo tydzień. Oboje zaśmiali się z tego, jak podatny na sugestie był kiedyś Witek.

– To… ładny pokój – powiedział Witek. – W sensie, urządziłaś go… ładnie. Czuć spokój. – Podobało mu się, że zapaliła lampy, które miały klosze w pastelowych odcieniach – te w rogach otulały pokój delikatną poświatą. W tym temacie był ekspertem, widział już wiele kobiecych pokoi. Z zaskoczeniem odkrył, że opowiada jej, dlaczego tak się stało: że w związku z pracą żył w ciągłym ruchu, nie spotkał jeszcze odpowiedniej kobiety, w której mógłby się zakochać i później się z nią ożenić, i że – w głębi duszy będąc staroświeckim chłopcem – czekał, aż dostanie awans i odłoży trochę pieniędzy. „Co innego miałbym robić w międzyczasie?”, taka była jego odpowiedź na wyimaginowane oskarżenia. „Żyć w celibacie?”. Tak było lepiej, nie musiał zostawiać na długie tygodnie żadnej dziewczyny, której właściwie i tak nie zależało, nie było żadnych obustronnych podejrzeń o nieuczciwość.

– Jesteś szczery wobec siebie. – Magda objęła go ramieniem. – Każdy może być szczery wobec innych – powiedziała. – Najtrudniej być szczerym wobec samego siebie.

Witek nigdy nie patrzył na to z tej strony. Uświadomił sobie, że to prawda. Zgodzili się, że w tym skorumpowanym świecie, który ich otaczał, nie ceniono szczerości. Wolny rynek nie wynagradzał ani ciężkiej pracy, ani szczerości: wraz z nadejściem kapitalizmu w dawnym bloku komunistycznym zazdrość rozeszła się jak zaraza, zmieniła społeczeństwo w bezdusznych poszukiwaczy złota. Oboje zgodzili się, że wyrośnie z tego pokolenie, które w ogóle nie będzie znało życia.

– A więc komunizm pomagał w budowaniu charakteru? – Oboje skwitowali to śmiechem, a jednak odkryli, że tkwi w tym pewna ponura logika. – Tak jak te angielskie szkoły prywatne?

Ich śmiech ucichł i Witek spytał:

– Mieszkasz sama?

– Tak. – Drobna zmiana w wyrazie jej twarzy zdradziła nagłą czujność. – A co?

– Nie masz… – Chciał to wiedzieć jedynie z zawodowego punktu widzenia. Zastanawiał się, jak to ująć. – Żadnego… chłopaka?

– Nie powinno się pytać kobiet o takie rzeczy. – To był lekki afront. – Ale jestem za stara, żeby mieć chłopaka.

Kiedyś w gdyńskim porcie Witek widział ich w oddali, niedaleko starego posterunku celnego, gdzie zbierały się dziewczyny. Akurat podrzucał tam z powrotem jedną z nich, kiedy niski, chudy mężczyzna w zapinanej na zamek błyskawiczny skórzanej kurtce wetknął głowę przez okno samochodu Witka, jak gdyby był panem i władcą, wyszczerzył zęby w uśmiechu, po czym zapytał:

– Dobrze się pan bawił?

Witek wyczuł szyderczą nutę w tym pytaniu i zastanowił się nad odpowiedzią.

– Jaka była? – nie ustępował mężczyzna. – Dobra?

Co właściwie mógł na takie coś odpowiedzieć dobrze wychowany gość, jakim był Witek? Nawet alfonsi mają jakąś kontrolę jakości. Witkowi nawet się to spodobało, ale zaraz potem miał próbkę tego, jak pilnuje się tej jakości – błysnęła uniesiona pięść. Przelotne spojrzenie na dziewczynę ujawniło nawet więcej niż jego zbliżenie z nią: chuda istotka, z oczami szeroko otwartymi z przerażenia.

Bardzo dobra – powiedział bez emocji. Niewiele myśląc, uniósł kciuk do góry i uśmiechnął się głupkowato. – O tak. Najlepsza.

Odjechał, zatrzymał się za rogiem. Siedział, cały się trzęsąc. Zastanawiał się, czy wywołał odpowiednie wrażenie. Walczył ze sobą, żeby nie pojechać z powrotem i nie zaprosić tej samej dziewczyny na kolejny wieczór, ale uświadomił sobie, że to niemożliwe – następnego dnia miał być na spotkaniu w Olsztynie, to za daleko, a poza tym… raz w tygodniu, taka była jego żelazna zasada. Zapewnił siebie samego, że na pewno by ją wyratował, gdyby nie to, że wzywały go flipcharty w Olsztynie.

– Dobrze jest nie pracować… w detalu – powiedział do Magdy. – W sensie wyeliminować pośredników. Ale jak się ich pozbyć? – zastanawiał się. – Tych facetów, tych… alfonsów? – Pozwolił słowom zawisnąć w powietrzu, żeby zobaczyć, czy Magda się zgadza. Poczekał na potwierdzenie, nim kontynuował: – Jak trzymać ich z dala od siebie?

– Nie ma żadnej złotej rady – powiedziała po chwili namysłu. – Mam czterdzieści lat – przyznała. – I kiedy ma się tyle lat co ja, uznają, że tylko stwarzasz problemy, bo przemija twoja młodość i łatwowierność, nie dajesz już sobą pomiatać. Wtedy znajdujesz własne miejsce, chociaż musisz oczywiście uważać na miejscówki innych dziewczyn i jak kilka z nich uzna, że cię nie lubią, to nie masz innego wyjścia i musisz się zmywać. A czasami zyskujesz reputację i szacunek wśród innych dziewczyn i się odczepiają albo nie wchodzą ci w paradę.

– Ale jak zyskać reputację?

Dla Witka to była najtrudniejsza rzecz na świecie: próbował to osiągnąć od czasu ostatnich dwóch lat liceum, kiedy to postanowił – tak po prostu, pozostawiając za sobą śląskie miasto górnicze, pokryty sadzą dom i rodzinę – że osiągnie sukces w świecie biznesu, że będzie się o nim mówiło i ludzie będą go cytowali.

– Cóż. – Magda obdarzyła Witka długim i intensywnym spojrzeniem. Poczuł, że magiczna bańka prysła, jej muzyka ucichła. – Opowiem ci, jak tego dokonała jedna dziewczyna, o której słyszałam. – Wyciągnęła zegarek z kieszeni szlafroka, chwyciła go niezręcznie, zerknęła na niego i ziewnęła. – A potem serio musimy… iść do łóżka. – Magda zaśmiała się, Witek też. Zegarek wysmyknął się jej między palcami. Oboje rzucili się, żeby go złapać, ale bez powodzenia.

– No dobra, czyli jakaś dziewczyna – podpowiedział Witek.

– Tak. Dziewczyna z… Mińska. – Wskazała głową okno, miała na myśli linię kolejową, granicę, wschód. – Miała alfonsa, to był zły człowiek. To zawsze są źli ludzie. – Nakreśliła Witkowi ich obraz: zabawni – często, czarujący – zawsze, łagodni – czasami, ale to były tylko tymczasowe role, które odgrywali. Tak naprawdę byli źli. – A ona była jego ulubienicą, co oznaczało, że mogła zamieszkać z nim w jego wielkim domu z trzema piętrami i ogrodem warzywnym. Ale zaczęło do niej docierać, że to nie będzie trwało wiecznie.

Opowiedziała o dziewczynie, że miała rodziców, którzy pili i się kłócili, znikali i wracali, bo raz im się powodziło, raz nie, a ich wiara w trwałość różnych rzeczy zawsze była nadszarpywana. Na kilka chwil Witek ujrzał ją w myślach.

– Próbowała sobie wmówić, że to tylko jej paranoja – mówiła dalej Magda. – Ale na horyzoncie pojawiła się nowa ulubienica.

Dziewczyna młodsza, ładniejsza, przesiadywała tam wczesnymi wieczorami, zaraz przed nocnymi obowiązkami, a czasami zostawała aż do ich końca. Dziewczyna, której radosny śmiech można było czasem usłyszeć z ciemnych schodów. A pewnego ranka ta nowa, świeża i młodziutka, pojawiła się przy śniadaniu – taka jasnooka i rozrywkowa, niewinna i czarująca.

– Widziała, dokąd to wszystko zmierza – powiedziała Magda. – Zresztą pamiętała, że dokładnie tak samo było z nią, kiedy stała się ulubienicą i w identyczny sposób ona sama wyeliminowała wcześniejszą ulubienicę.

I ta dziewczyna wiedziała, że niedługo zostanie wyrzucona z wielkiego domu. Że będzie mieszkała w paskudnym pokoju we wspólnym domu, tak jak reszta. Ale to wszystko przecież zostawiła za sobą: całe to życie, malutkie pokoje, wspólną kuchenkę, która nigdy nie działała tak, jak należy, kolejki do łazienki, umywalki usiane kropelkami kosmetyków do makijażu, smród kanalizacji. Nigdy nie mieszkała w miejscu, które by miało tyle przestrzeni i światła ile ten wielki dom, nigdy nie miała ogrodu – miejsca, gdzie można odetchnąć świeżym powietrzem, spojrzeć na wszystko z innej perspektywy.

Pewnego dnia wcześnie rano stała w ogrodzie i myślała o tym, co ją czeka. Wiedziała, że powinna podejść do tego dojrzale. Magda opowiadała dalej:

– To powinna być piękna pora roku. A ona stała w ogrodzie przy grządkach truskawkowych i opanowało ją coś w rodzaju… szaleństwa.

– Szaleństwo – wyszeptał Witek. Nie potrafił sobie wyobrazić szaleństwa. Pochodził ze świata, w którym wszystko było spokojne, uporządkowane, ułożone w podpunktach – bezpiecznie nudne.

Magda pokiwała głową.

– Szaleństwo. Jednej nocy między nią a alfonsem wywiązała się… ostra kłótnia o jego nową ulubienicę.

Oszczędziła Witkowi szczegółów, ale zrozumiał, że mężczyzna poharatał twarz dziewczyny masywnymi pierścieniami, które nosił na palcach. Połamał jej też kilka zębów. I kiedy tak leżała na podłodze, krztusząc się własną krwią, on stanął nad nią. Rzucił jej kilka banknotów. Powiedział, że ma sobie zrobić nowe zęby, jeśli chce dalej pracować.

– Widzisz, nawet nazewnictwo się zmieniło.

– Jakie nazewnictwo?

– Do tamtej pory udawał, że nie pracowała dla niego – była jego ulubionym najdroższym kochaniem serduszkiem kwiatuszkiem, nie pracownicą, który od czasu do czasu wyświadczał słodką przysługę jemu czy któremuś z jego kolegów.

Magda dokładnie opowiedziała o tym, jak dziewczyna siedziała w fotelu u dentysty bezbronna, zraniona. Na Białorusi było tak jak w Polsce – ludzie nie dostawali znieczulenia, było go mało i dużo kosztowało, ale jej zęby były w tak tragicznym stanie, że lekarz poradził, by jednak je wzięła. Obserwowała go uważnie, jak gromadził przedmioty potrzebne do tej procedury. Zrobił jej kilka zastrzyków.

– A potem poszedł na papierosa i czekał, aż znieczulenie zacznie działać.

– Nienawidzę znieczuleń – powiedział Witek. – Chyba wolałem, jak ich nie było.

Uśmiechnęła się, nie do końca przekonana jego zapewnieniem, przynajmniej tak to odczuł, a po czym kontynuowała:

– Kiedy dentysta wyszedł na papierosa, dziewczyna wstała z krzesła i schowała do kieszeni strzykawkę i kilka ampułek nowokainy.

– Co?

– A potem dentysta wrócił i zrobił jej zęby.

– Ale czekaj, co? Ukradła środek znieczulający? Po co?

– Powiem ci. – Magda pokiwała głową. – Wyszła od dentysty i szła przed siebie, żeby zabić czas.

Witek znów widział ją, jak podąża ulicami Mińska otumaniona działającym jeszcze znieczuleniem, ze zdrętwiałymi ustami, z poczuciem, że już wszystkiego ma dość. Minęła szkołę, do której chodziła jako dziecko, potem blok, w którym kiedyś mieszkała, zatrzymała się przy podejrzanie wyglądającym placu zabaw – kiedyś bała się tych zardzewiałych drabinek, betonowych zwierząt i chamskich chłopców. Zaszła do apteki, kupiła bandaż i środek dezynfekujący.

– Ale znacznie później, kiedy już się ściemniło, wróciła do wielkiego domu.

Szkicując kolejne obrazy, Magda opowiedziała, jak dziewczyna bezszelestnie przeprawia się przez ciemność wielkiego domu. Jej mężczyzna był na górze, spał ze swoją nową ulubienicą.

– Złamała ampułkę z nowokainą – powiedziała Magda.

– Och. Dlaczego ona…

– Napełniła strzykawkę, po czym – domyślasz się, co zrobiła?

– Podkradła się na górę – powiedział automatycznie Witek. – I dźgnęła go strzykawką.

–  I co by jej to dało? – odparła Magda, zabrzmiało to jednak uprzejmie. – Nie. Poszła do kuchni i wzięła najostrzejszy nóż, jaki udało jej się znaleźć. Potem poszła do łazienki. – Witek znów oczami wyobraźni widział ją, widział, jak uspokaja oddech i trzęsące ręce, pozwala oczom przyzwyczaić się do ciemności, dostrzega muszlę, najpierw tylko jej połysk, a później całą. – Wstrzyknęła środek znieczulający w palec i tak samo jak u dentysty czekała, aż zacznie działać. Jej serce zatrzymywało się za każdym razem, kiedy na zewnątrz liść wiązu zadrapał w szybę. Wiesz, co zrobiła później?

– Nie. – Witek czuł, jak jego własne serce mocno bije, ale nic nie przyszło mu do głowy. – Nie wiem, co?

– Odcięła sobie palca.

– Co! Ale czemu, po co miałaby coś takiego zrobić?

Bardzo ostrożnie dziewczyna wycisnęła krew na stary mosiężny kran przy wannie, potem na pęknięcia w kafelkach na podłodze i na fugi, gdzie cement już się zdarł. Była bardzo uważna, żeby zostawić po sobie tylko ślad. Trochę większą niespodziankę zostawiła pod wanną pomiędzy odchodami myszy i martwymi owadami – rozpryskała krew w kurzu. Z szafki w łazience wyciągnęła ręcznik i zatamowała nim krew. Na zmianę upuszczała trochę krwi i tamowała, upuszczała i tamowała. Wtedy wyjęła środek odkażający i bandaż i opatrzyła sobie rękę. Wytarła nóż ręcznikiem i zwinęła je razem w rulon, po czym położyła gdzieś na tyłach szafki w łazience. Podkradła się po schodach w dół i wyszła do ogrodu.

– Ogród – powtórzył Witem z pewnym ożywieniem. – Ogród, gdzie na świeżym powietrzu była szczęśliwa i z dala od wścibskich spojrzeń. To co ona tam zrobiła?

– Z dala od wścibskich spojrzeń – powtórzyła Magda – zaraz przy końcu grządki z truskawkami urządziła swojemu palcu godny pochówek w płytkim grobie.

– I ten palec. – Witek prawie zdążył o nim zapomnieć. – Ale to wszystko jest nienormalne. Po co ona to zrobiła? Ktoś się jej kiedyś spytał?

– Na pewno nie w Mińsku. Już nigdy nie pokazała się w Mińsku.

– Po prostu zniknęła. – Witek potrząsnął głową. – Ale czekaj. – Czegoś nie rozumiał. Robienie absurdalnych rzeczy, a potem znikanie wcale nie wydawało się idealną receptą na zyskanie reputacji.

– To jeszcze nie koniec historii – powiedziała Magda.

Zaraz następnego dnia rano w wielkim domu zaroiło się od policji. Alfons był trochę rozbawiony, a trochę zły. Już chciał ich opłacić, tak jak to zwykle robił, kiedy powiedzieli, o co chodzi: dostali cynk, że zabił jedną ze swoich dziewczyn. W odpowiedzi wyciągnął jedną ze swoich ksiąg rachunkowych i pokazał, ile jedna dziewczyna zarabiała tygodniowo – tylko idiota by taką zabił. Spytali, czy mogą przeszukać dom. „Zapraszam”, odpowiedział.

– I wiesz co? – odezwała się Magda. – To były ostatnie słowa, jakie wypowiedział z uśmiechem na twarzy.

Bo chociaż nie znaleziono ciała, policja miała informację na temat jej grupy krwi w kartotece i ta grupa zgadzała się z krwią, która była w łazience, na nożu i ręczniku. To nie wystarczyło, ale w aktach mieli też jej odciski palców. Kiedy znaleźli palec w ogrodzie, mieli do mężczyzny dużo pytań.

– Dali mu dziesięć lat – powiedziała. – Widocznie tyle jest warte życie kobiety. Ale jakoś po roku już był martwy, zadźgali go nożem podczas kłótni o tytoń czy coś tam.

– Boże… – powiedział Witek.

– I w taki sposób, mój przyjacielu, pewna dziewczyna zyskała reputację.

Witkowi podobało się, że nazwała go przyjacielem. Rozbawiła go ta myśl. Kiedy uniósł wzrok, ona już stała, mówiąc:

– Słyszysz to?

Stali, nasłuchując.

– Pociąg z Grodna – powiedziała. – Jest tak późno, że wcześnie. Słuchaj. – Położyła mu rękę na ramieniu. – Może przyjdziesz do mnie jeszcze?

– Chciałbym. – Mówił poważnie.

– Ja też. – Odprowadziła go do drzwi. – Niedokończone biznesy to takie… rozczarowanie.

– Dokończymy następnym razem – obiecał Witek. – Ale słuchaj. – Stanął w progu jej mieszkania i ściszył głos ze względu na sąsiadów. – Mówiłaś, że tej dziewczyny już nikt nigdy nie widział w Mińsku. Co się z nią stało, gdzie poszła? Wiesz coś?

– Nie. Inne miasto? – Pokazała rząd idealnych zębów w szerokim uśmiechu, którym już na początku przyciągnęła jego zainteresowanie. – Może uprawia kapustę gdzieś na wsi.

– Albo truskawki – odparł Witek.

Nachyliła się i pocałowała go w oba policzki. To był dla niego zaszczyt – pamiętał, że jest jej przyjacielem.

– Truskawki. – Z jakiegoś powodu twarz Magdy pojaśniała na ten pomysł. – Tak, nawet lepiej. Może uprawia truskawki.

Kilka godzin później tego samego poranka obudził się w swoim pokoju hotelowym i nie mógł się oprzeć wrażeniu, że czuje zapach truskawek. Trwało to tak krótko, że zdało mu się, że wyobraził sobie nawet tę halucynację i przez moment był podwójnie zdezorientowany. Wstał, poszedł do toalety. Na zewnątrz drzewa uwolniły się od masy śniegu, którego napadało tak dużo, że spadł na ziemię, a lekkie teraz gałęzie uderzały liśćmi w szybę, sprawiając za każdym razem, że podskakiwał ze strachu. Możliwe, że Magda wymyśliła niektóre rzeczy – na przykład miejsce pochówku, o tej grządce truskawkowej mogła przeczytać w jakiejś gazecie – ale na pewno nie to, co powiedziała o liściach na oknie w łazience.

Niedługo po tym Witek dostał awans, zakończył się etap życia w ciągłym ruchu, znalazł dziewczynę, ustatkował się. Nigdy więcej nie spotkał się z Magdą, ale czasem łapał się na tym, że próbuje wyobrazić sobie jej dłonie – nie jakie były delikatne czy eleganckie, zgrabne czy miękkie, ale – absurdalnie – to, że są kompletne. Nie potrafił przywołać ich widoku. Zapominał o nich, zawsze udawało mu się wyrzucić je z pamięci, aż przychodził taki moment, że stał samotnie w jakiejś ciemnej łazience i podskakiwał na dźwięk liści obijających się o szybę okna.

Cadillac – Carrie Clevenger (przeł. Antoni Kaja)

Był czwarty czerwca, kiedy cień kierowcy tego cadillaca przesłonił mój próg. Nosił idealnie przylegający do uszu melonik, nieco zmięty ponad brwiami. Miał ze sobą swego rodzaju niewielką metalową walizkę z połyskującym zamkiem, ale to nie jego osoba czy ubiór tak na mnie podziałały. Tylko jego samochód. Ten szary cadillac to było dopiero coś.

Przycupnięty na krawężniku niczym metaliczny ptak drapieżny na gałęzi, spoglądał na mnie gniewnie poprzez cienką siatkę w drzwiach. Chciałem się od niego odciąć. Zaciągnąć zasłony i zejść do piwnicy. Nie odbijało się od niego słońce. Nie rzucał też cienia. Po prostu przykucnął z nosem beztrosko wetkniętym w trawnik oraz zaczątki kolczastych chwastów, których jeszcze nie miałem okazji wyciąć. Zatraciłem się w tej jego szarości, barwie wypalonego starego betonu. Szarości głębszej niż jakakolwiek barwa; odcieniu włazu studzienki na zimę. Powstrzymałem dreszcze.

Przedstawił się jako John. John Wilson. Domyślałem się, że kłamie. Spojrzał ponad moim ramieniem, już pochylając się w drzwiach, a ten szalony samochód zdawał się popierać jego prośbę o użycie mojego telefonu. Zaoferował mi dwudziestopięciocentówkę za pomoc i wbrew sobie przystałem na to. Co innego mogłem zrobić? Wytarłem ręce w kuchenny ręcznik, poluźniłem krawat. Drzwi frontowe zostawiłem otwarte, żeby mieć oko na tego cadillaca, jakby w obawie, że może znienacka pożreć dzieciaki sąsiadów.

John Wilson podczepił jakiś dziwny przyrząd do podstawy mojego telefonu, wykręcił numer, mamrotał coś przez parę sekund do słuchawki, po czym rozłączył się, pozwalając jej od razu z trzaskiem opaść na widełki. Domyśliłem się, że wykręcił zamiejscową, w końcu tak długo obracał tarczą, w kółko i w kółko. Dałbym mu znać, że panują tutaj inne zasady, ale pewnie niewiele by go to obeszło. Nic a nic. Właściwie już miałem otworzyć usta, żeby powiedzieć co o tym myślę, kiedy spostrzegłem cadillaca. Nie był już szary.

O nie, okrył się ładnym, gładkim lakierem barwy szminkowej czerwieni. Zatoczyłem się do tyłu, obracając, żeby uzyskać wyjaśnienie całego tego absurdu, gotów pod byle pretekstem pozbyć się tego mężczyzny z domu, a wraz z nim jego paskudnego dużego auta.

John rozgościł się w kuchni, podziwiając garnki oraz patelnie o miedzianym spodzie, zapalając jednocześnie papierosa. W mojej kuchni. Ja nie paliłem. On też nie powinien, ale byłem już zbyt zahukany. Odszukałem wzrokiem wiszący w korytarzu krucyfiks, mamrocząc do Boga prośbę o to, żeby jeszcze ten jeden, jedyny raz czuwał nade mną, niech będą Mu dzięki, Amen. John Wilson dalej rozkoszował się dymem, tworząc z niego idealne kółka przy każdym wydechu.

– Hej – zacząłem, gdy coś mnie tknęło i spojrzałem znów na cadillaca. Wyszczerzył się do mnie trawiastą zielenią.

– Co do diaska… hej! Ten samochód! – wykrzyknąłem, zaczynając myśleć o tym, dlaczego General Motors miałoby nie reklamować swoich nowych modeli zmieniających barwy. Wtedy mi przygrzmocił. Zatoczyłem się, starając uniknąć ciosu, ale metal zetknął się z kością. Rozłożyło mnie.

Poczułem jak moja czaszka ustępuje pod naciskiem patelnii. Wywróciłem oczami, aby spojrzeć na mężczyznę, który wciąż ściskał ją w ręce; trochę włosów przywarło do powierzchni. Upuścił papierosa na podłogę tuż obok mojej twarzy i zadeptał obcasem. Aż zakręciło mnie w nosie od odoru siarki. To nie był jakiś tam zwyczajny pet. Zadzwonił telefon.

Odebrał go. Spojrzał na mnie z góry.

– Jeszcze raz skorzystam z twojego telefonu. A ty przestań się martwić moją bryką.

W tym momencie straciłem przytomność, a kiedy się ocknąłem, byłem w bagażniku jadącego pojazdu, najpewniej tego cadillaca-kameleona. Nie wiedziałem, gdzie zabiera mnie John Wilson, dlaczego mnie uprowadził albo czy naprawdę tak się nazywa. Nie ma to w sumie teraz większego znaczenia – powiedziałem sam do siebie. – bo ani chybi do ranka będę trupem. Samochód pędził przed siebie przez jakąś godzinę, potem wreszcie się zatrzymał.

Kierowca wysiadł, mogłem dosłyszeć jego kroki na luźnym żwirze. Klucz przekręcił się w zamku bagażnika, klapa poszła w górę i stanąłem oko w oko ze Śmiercią, a nie Johnem Wilsonem.

–  Po prostu musiałeś się wtrynić – Wyciągnął mnie z bagażnika, stawiając na równe nogi.

Śmierć może i świecił nagim czerepem jak na niego przystało, ale jakoś zapomniał zdjąć swój zgnieciony melonik. Wyglądał przez to dość komicznie.

– Tak wlepiałeś gały w moją brykę, że nie mogłem pozwolić żebyś potem kłapał dziobem – Przeszedł na drugą stronę auta.

Chciałem obrócić głowę, ale kiedy próbowałem, w skroń wbiły mi się igiełki bólu. Burknąłem, przenosząc ciężar ciała z potłuczonego biodra.

– Ja… ja nikomu nie pisnąłbym słówka – zapewniłem, chwytając gwałtownie powietrze. Chyba poza rozwaloną czachą miałem też parę złamanych żeber.

– Nie kituj! Widziałem jak główkujesz co z tymi kolorami. Łżesz żebym cię puścił!

Nie zdawałem sobie sprawy, jakim Śmierć jest prostakiem. Było to naprawdę dość żałosne, więc zacząłem się śmiać. Nie przestałem nawet kiedy mnie kopnął. Chyba byłem bliski załamania.

– Nie bój nic. Ten telefon oszczędził mi kolejnych czterech stuleci czynszu – Wzruszył ramionami.

Zamilkłem, zaciekawiony tak dziwnym wytłumaczeniem. A może on mi dziękował.

– Doliczyłem to do rachunku, ale…

Spojrzał w moim kierunku, w pustych oczodołach pełgał ogień.

– Tak, myślę, że wezmę cię do roboty – Sięgnął ku mnie i poczułem jak moje ciało ogarnia chłodny paraliż.

****

Zdjąłem melonik, wchodząc do środka i mijając przysadzistą staruszkę. Miło z jej strony, że pozwoliła mi skorzystać z telefonu, ale już widziałem jak przygląda się mojemu autu. Westchnąłem, wykręcając znany już sobie numer, zdając sobie sprawę, że zanim skończę, ten samochód sprowadzi zgubę na wielu ludzi.

Jakimś cudem Ten Na Górze uznał go za dobry sposób ukarania za nękanie jego chrześcijańskich dziatek. Nie dało się go zakryć. Nie dało się go ukryć. Cholerstwo jaśniało jak zorza polarna.

Stanowił przynętę, przyciągającą tylko dobre dusze. Smakowite dusze. Stałem się piechurem, zbieraczem duchowej esencji, całej tej mocy. Płaciłem w imieniu Belzebuba za wynajem tego cudeńka od Sami-Wiecie-Kogo. Cóż, mimo wszystko bycie uczniem samego Starego Rogacza miało swoje plusy.

Przynajmniej wiem, że gdzieś tam w piekle zarezerwowano dla mnie przytulny kąt.

 

Sporty Wodne – Katherine Tomlinson (przeł. Magda Kożyczkowska )

Zaczęło się dla żartu.

No, może nie tyle żartowaliśmy, co chcieliśmy spłatać małego psikusa.

Powiedzieliśmy Joshowi, że owinięte łańcuchami pustaki to prowizoryczne kotwice, na co zareagował jedynie pytaniem:

– Do czego wam to?

– Po jednej na każdy koniec kajaku – odparł Conor. Josh wzruszył ramionami i wyzerował kolejne piwo.

Dopiero, kiedy zauważył, jak z końców łańcuchów dyndają kajdanki, odjebało mu kompletnie.

Z Josha był chuderlawy skurwysynek, ale strach dał mu kopa. Obaj musieliśmy przygwoździć go do podłogi, żeby zakuć kajdankami – jedne na prawej dłoni, drugie wokół lewej kostki.

Wił się i wierzgał, wykręcał i wrzeszczał, miotając łańcuchami z takim impetem, że wpijały się w miękkie kostki, brużdżąc je. Pustaki były jednak szczelnie owinięte i choć się bujały, pozostawały bezpiecznie w swoich łańcuchowych klatkach.

Josh zeszczał się, kiedy wciągnęliśmy go do kajaku i zaczęliśmy wiosłować w kierunku wyspy wyrastającej ze środka jeziora.

Wypłynęliśmy zaledwie na odległość jakichś 40 metrów, kiedy zaczął błagać.

Zrozumieliśmy wówczas, że udało nam się go złamać i powinniśmy skończyć nasz żart, psikus czy cokolwiek to było.

Jednak Conor, który zajął miejsce na dziobie, odwrócił się, żeby spojrzeć na twarz Josha, przez co nie zauważył wystającej z wody skały.

Kajak przechylił się, a pustaki wypadły, ciągnąc za sobą Josha.

Nie zdążył nawet krzyknąć.

– O, kurwa! – wrzasnął Conor, kiedy siłą powstrzymywałem go przed rzuceniem się w jego ślady.

– Kurwa – powtórzył. – Ryan, co my teraz zrobimy?

– Zamknij się – odpowiedziałem. – Musze się zastanowić.

– Widzę bąbelki, Ryan – krzyknął. W jego głosie było słychać ślady histerii. Wychylił się i studiował wodę, omal nie wywracając kajaku.

– Ryan, on wciąż żyje!

– Nie ma żadnych bąbelków – stwierdziłem i taka była prawda. Do tego czasu powierzchnia jeziora zdążyła się idealnie wygładzić.

– Zawróć kajak – rozkazałem.

– Ale Ryan – zaprotestował, gotów się ze mną kłócić.

– Nawet nie próbuj się spierać, Conor – warknąłem. – Zawróć kajak.

Odwaliłem większość roboty, wiosłując do hangaru na łodzie. Conor nie pisnął nawet słowem, kiedy zabezpieczaliśmy kajak w hangarze.

Zmyłem siki i krew, a potem dokładnie przetarłem wszystko, czego mogliśmy dotknąć.

Uknuliśmy nasz plan w sekrecie, więc dopóki żaden z nas nie zacznie paplać, nikt nie powinien nas powiązać ze zniknięciem Josha.

Zakładając, że ktoś w ogóle zauważy jego zniknięcie.

Zakładając, że kogoś to w ogóle obchodzi.

Conor był przekonany, że lada moment spadnie na nas kara boska. Trochę wody upłynęło, zanim zdołałem mu wyjaśnić, co zrobimy.

– Po prostu nie puść pary z jadaczki – powiedziałem, –a nikt się nie dowie.

– Tylko się wygłupialiśmy – próbował przekonać samego siebie.

– To był wypadek – zapewniłem. – To nie twoja wina.

Oczywiście, że zawinił. Gdyby się skupił na swoim zadaniu, nie uderzylibyśmy w tamtą skałę. Dopłynęlibyśmy na wyspę, wywleklibyśmy Josha na brzeg i wyjaśnilibyśmy mu, że nieładnie jest podrywać cudze dziewczyny. Chociaż chodziło o dziewczynę Conora, oczywiście to ja musiałbym gadać, bo z Conora był zbytni mięczak.

A kiedy już skończyłbym z wyjaśnieniami, cyknęlibyśmy zdjęcia zasmarkanej twarzy Josha i jego zaszczanych spodni, a ja zagroziłbym, że jeśli jeszcze kiedykolwiek choćby spojrzy na Brianę Lyons, to wrzucimy je do Internetu.

Wiedzieliśmy, ile dla niego znaczy wizerunek.

W życiu by nie wygadał.

A teraz nie mógłby, nawet gdyby chciał.

W gruncie rzeczy skończyło się idealnie.

Po trzech dniach jego współlokator zgłosił zaginięcie, ale policja nie była w stanie niczego ustalić. Wywieszono plakaty. Otwarto gorącą linię. Jego brat utworzył stronę na Facebooku, na której ludzie mogli zamieszczać swoje przemyślenia i teorie.

Większość doszła do wniosku, że Josh załamał się pod presją zdobywania dobrych ocen w Ivy League, do której dostał się po ukończeniu szkoły publicznej.

Jego współlokator upierał się, że Josh nigdzie by nie poszedł bez laptopa, jednak policjanci byli zawaleni kiepsko płatną robotą i, szczerze mówiąc, mieli to w dupie.

Tak naprawdę wszyscy mieli to w dupie.

Poza Conorem. Gość nie potrafił odpuścić.

Jakiś miesiąc trzymał nerwy na wodzy, ale w końcu pewnej nocy wtoczył się do mojego mieszkania tak pijany, że ledwo chodził.

– Nie zniosę tego, stary – wybełkotał, ziejąc we mnie oparami chmielu. – Musimy pójść do glin. Musimy wyjaśnić co się stało.

– Masz rację – przyznałem. – Powinniśmy natychmiast udać się na komisariat.

Pod wpływem ulgi niemal załkał.

– Dzięki, stary.

– Zrozumieją, że to był wypadek – zapewniłem. – Na pewno tylko poślą nas do terapeuty, czy coś w tym stylu.

– Tak myślisz? – spytał. Jego różowa twarz błyszczała od pijackiego potu.

– Chcieliśmy udzielić mu lekcji, to wszystko – tłumaczyłem. – A potem zdarzył się straszny, okropny wypadek.

– To był wypadek – powtórzył.

– Nie możesz prowadzić w tym stanie. Daj mi kluczyki.

Nie zdążyłem jeszcze wyjechać z parkingu akademika, a już stracił przytomność na siedzeniu pasażera. Kiedy dotarliśmy do hangaru, wciąż spał.

Zostawiając kluczyki w stacyjce i samochód na zapłonie, dźwignąłem jego ciężkie, bezwładne ciało i po schodach na górę.

Przy drzwiach zaczął odzyskiwać przytomność, walnąłem więc jego twarzą o solidny pal, do którego przywiązany był kajak, i znowu zemdlał.

Gdy już byliśmy w hangarze, po prostu wepchnąłem go do wody, przytrzymując mu twarz pod powierzchnią i obserwowałem ostatnie bąbelki.

Kiedy ktoś go znajdzie, pomyśli że wtoczył się do hangaru i zwyczajnie wpadł do wody, zbyt pijany żeby się z niej wydostać. Bliźnie na czole nikt nie będzie się przyglądał. A nawet jeśli, to dojdzie do wniosku, że Conor uderzył się w słup między kajakami.

Zostawiłem jego samochód na zapłonie, z otwartymi drzwiami i kluczykiem w stacyjce. Pewnie będzie tam jeszcze rano, z pustym bakiem i rozładowanym akumulatorem – rekwizyt w sztuce, którą wyreżyserowałem. Nikogo nie zastanowią moje odciski palców na kierownicy. Wszyscy wiedzą, że Conor pozwalał mi prowadzić. A jeśli ktoś zdecyduje się ukraść samochód – cóż, to nawet lepiej.

Kiedy wracałem do akademika, dostałem wiadomość od Briany. Chciała wiedzieć, czy widziałem Conora.

Briana była bardzo atrakcyjnym kąskiem. I z pewnością potrzebowała pocieszenia.

Wszystko skończyło się idealnie.