Category Archives: poland

Na księżycowej bani – Paul D. Brazill (PRZEŁ. Aneta Uszyńska )

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Wcześniej czy później przydarza się to niemal każdemu. Przy okazji szczególnie przykrej rocznicy urodzin, czy to po scysji z żoną…

Budzisz się przybity, dręczony mętnym poczuciem winy. Urywki poprzedniej nocy uporczywie wciskają się między myśli. W brzuchu dojrzewają mdłości, w ustach syf jak pod kurzą grzędą, a w głowie Keith Moon gra solo na bębnach.

Rozklejasz powieki, nieopatrznie wpuszczając łupiny posiekanego przez żaluzje światła. Wnętrze pokoju wygląda jak zaprojektowane przez cech żuli.

Zataczasz się do względnego pionu i wpadasz do bezlitośnie jasnej łazienki, żeby puścić pawia. Drżysz, pocisz się, skóra ci drętwieje jak podczas sesji akupunktury. Ubranie masz porwane i powalane krwią. Fala ciemnych wspomnień wlewa się z siłą tsunami.

Jak mówiłem, wcześniej czy później przydarza się to większości z nas. Mnie – zwykle raz na miesiąc. A ściślej – trzy razy.

I zdarzyło się znowu wczorajszej nocy.

ROZDZIAŁ DRUGI

Noc jak plama ropy rozpłynęła się w granitowym dniu, a na poranne niebo wtoczyły się wielkie wrogie chmury, kiedy przed wejściem do mojego apartamentowca charknęła docelowo żółta zdezelowana taksówka z ciemnymi szybami.

Wepchnąłem się przed wyfiokowaną Rosjankę usiłującą poskromić parasol, który szamotał się i łopotał jak wielki czarny nietoperz próbujący wyrwać się z jej uścisku. Głuchy na okrzyki protestu, złapałem za klamkę i otworzyłem drzwi.

Wpakowałem się na tylne siedzenie taksówki. Kierowca o imieniu Duffy wydmuchał zawartość nosa do bożonarodzeniowej serwetki i wyrzucił ją za okno. Jego poorana przez trądzik twarz przypominała wyssane jabłko karmelowe. Nad nią sterczała czarna jak atrament farbowana Elvisowska grzywka. Nie był to kojący widok.

– Gówniany poranek, co, Roman? – zagaił.

– Miewałem lepsze – odparłem opadając bezwładnie na tylne drzwi.

Mel Torme śpiewał w radiu „Ponurą niedzielę”. Mrucząc do wtóru, Duffy przeciągnął zapałkę po tabliczce z zakazem palenia i przypalił kubańskie cygaro.

– Aksamitna Mgła – powiedział Duffy unosząc krzaczaste brwi. Milczałem. – Tak go nazywają.

Nie zwracałem na niego uwagi. Kiedy odpalał samochód i przejeżdżał na czerwonym świetle, gapiłem się tępo przez okno. Ulice miały kontury nocnego koszmaru.

– Ściemnia się – powiedział Duffy. Miał spoconą twarz, mimo że w aucie było zimno jak w kostnicy. – Pora zmierzchu. Tak zwykliśmy nazywać tę godzinę. Jak w tej piosence.

Znów zamilkł. Słychać było jedynie jego szczękające zęby i przeskakującą raz po raz żuchwę.

Lawirując między samochodami, taksówka toczyła się z łoskotem wzdłuż wybrzeża upstrzonego pubami, podrzędnymi jadłodajniami i kebabowniami, by w końcu wydać z siebie ostatnie stęknięcie przed wejściem do baru U DAFFY’EGO. Lało jak z cebra. Niknące światła latarni połyskiwały na przedniej szybie samochodu.

Duffy wysiadł, podciągnął metalową kratę i otworzył drzwi wejściowe.

ROZDZIAŁ TRZECI

Włączył światła. Szafa grająca ożyła z hukiem.

Nie jestem przesądny… – zawarczał Howlin’ Wolf. Zająłem miejsce na swoim stołku przy barze i przez chwilę kontemplowałem podwójną szkocką, którą postawił przede mną Duffy. Kostki lodu szkliły się, lśniły i mieniły w nikłym świetle lamp. Prawdziwa pora zmierzchu.

Spojrzałem przez okno. Na mokrym chodniku migotało odbicie neonu U DUFFY’EGO, Patykowaty kształt podobny do stracha na wróble przeciął pędem ulicę. Wkrótce drzwi otworzyły się i wpadł przez nie jak stado wron wysoki długowłosy detektyw Iwan Walker, ciągnąc za sobą tuman deszczu i jesiennych liści. Jego znoszony czarny prochowiec załopotał na wietrze.

Usiadł na stołku obok mnie, kładąc na barze odznakę i rewolwer. Duffy podał mu asfaltowe espresso.

– Pora zmierzchu, Roman – zachrypiał Walker głosem jak tłuczone szkło.

– Podobno – odpowiedziałem.

Howlin’ Wolf ustąpił miejsca Dusty Springfield.

– Biała Murzynka – powiedział Duffy, spoglądając znad National Geographic. Tak ją nazywali. Bez rasistowskich podtekstów. – Facet był prawdziwą kopalnią wiedzy.

Przyjrzałem się bliżej Walkerowi.

Jego niemal dziecinną twarz pokrywała siatka blizn, na szyi widniał pięciokątny ślad po przypaleniu.

Trzęsły mi się ręce. Z żarliwością emerytowanego kanciarza w burdelu jednym haustem wlałem w siebie szkocką.

– Chluśniem, bo uśniem, co? – zagaił Walker. Nalałem sobie kolejną.

Nie odpowiedziałem. Byłem jeszcze bardziej zmęczony niż ten wyświechtany tekst. Dwie noce z rzędu robią swoje.

– Ciężki tydzień? – ciągnął Walker.

Wzruszyłem ramionami.

– Gówniane życie, co? – nie odpuszczał.

Puściłem tę wypowiedź mimo uszu. Zamknąłem oczy. Czułem przepływającą przez ciało falę alkoholu.

– Słyszeliście o morderstwach zeszłej nocy? – Walker przeciągnął się ziewając.

– Nie wydaje mi się – rzucił Duffy.

– Poważnie? – zdziwił się Walker. – Wszędzie o tym  trąbią.

– Nie czytam gazet – powiedział Duffy – Dołują mnie.

– Mam dla was coś naprawdę niezłego. Znaleźli paru chłopaków od Ton Ton Philippe’a dosłownie porozrywanych na strzępy pod Różowym Kociakiem.

Zignorowaliśmy go, chociaż znając Walkera nie wpadł tu, żeby sobie z nami pogawędzić.

– Co z tego? – spytałem nie otwierając oczu.

– Dla jasności – to śmiecie. W końcu pracowali dla tego haitańskiego świra. Niech im, kurwa, ziemia lekką będzie i order zasługi dla tego, kto ich załatwił. Ale brakuje poszlak. Na moje oko wygląda, że rozszarpała ich sfora dzikich psów. Może nawet ta sama, która zmasakrowała Micka „Klingę” McKinleya w zeszłym miesiącu.

– Mhm.

– Za to… – Walker pogmerał w kieszeni – …mamy pewien trop. Znaleźliśmy to w resztce pogryzionej ręki walającej się w drugim końcu zaułka.

Rozpoznałem ten metaliczny brzęk.

Otworzyłem oczy.

Na barze leżała moja odznaka. Odznaka detektywa.

Trzeba uważać na siebie w tym mieście, oficerze Dalton. – powiedział Walker wychylając filiżankę. Po czym poklepał mnie po plecach i skierował się do wyjścia.

– Ja pierdolę! – przeklął Duffy pijąc wódkę prosto z gwinta – Ton Ton Filip! – Pokręcił głową – Igrasz z ogniem, Roman.

Biała Murzynka śpiewała: Zamykam oczy i liczę do dziesięciu… Ja też zamknąłem oczy i policzyłem do stu.

ROZDZIAŁ CZWARTY

MIASTO – obwieszczał górujący nad dachami neon. Jego jaskrawe światło spływało z budynków zawiesiną cieni niosących schronienie plugawym miejskim sekretom, których oszałamiający fetor stale unosił się zaułkach, rynsztokach i barach. Na wielu zapach ten działał przytłaczająco, wręcz obezwładniająco. Nie na mnie. Brałem głęboki oddech i wciągałem go w nozdrza.

Byłem gliną od dwudziestu lat – rozboje, wykroczenia, zabójstwa… I nagle wszystko zmieniło się za sprawą zdarzenia, w którego środku znalazłem się zupełnie przypadkowo. Zwykła na pierwszy rzut oka, barowa bójka, w której przyszło mi uczestniczyć, złamała wszelkie zasady pijackiej obyczajowości.

Było już grubo po północy. W górze pełnia księżyca. Półprzytomny, siedziałem samochodzie przed klubem „Playhouse” w dole nadmorskiej ulicy, czatując na Micka „Klingę” McKinleya – kokainowego świra o szczurzej twarzy, który miał mi dostarczyć poszlak na Ton Ton Philippe’a, haitańskego gangstera, co jak zaraza panoszył się ostatnio w Mieście.

Odrażająca mieszanka wrzasków i skowytu przykleiła się do przelatującego podmuchu wiatru i dotarła niespodziewanie do okien mojego auta.

Księżycowa poświata pełzła po kocich łbach niczym żywe srebro, sącząc się w szpary i wczołgując do rynsztoków. Wysiadłem z samochodu i nieśpiesznie poszedłem w górę, niosąc przed sobą białe widmo własnego oddechu.

Gdy stanąłem przed barem Duffy’ego chłodny dreszcz przebiegł mi po plecach. Wtuliłem się w poły płaszcza, wymacałem swój pistolet i ostrożnie pchnąłem ciężkie dębowe drzwi.

Sala dławiła się od czerwonego aksamitu i skóry, z lustrzanych sufitów zwisały żyrandole. Podłogę pokrywały na wpół pożarte ciała, dookoła których ucztowały dwunożne włochate stwory o wilczych pyskach.

Kiedy instynktownie wystrzeliłem serię w ich stronę, nawet nie drgnęły. Nagle ruszyły w moim kierunku warcząc przez obnażone kły.

Przycupnięty na dębowym barze Duffy podpalił szmatę wystającą z butelki jakiegoś trunku i rzucił nią w stojącą obok poczwar szafę grającą.  Wybuchła niczym wulkan.

Przez kilka chwil grzmiało i dudniło jak na pokazie fajerwerków. Gdy kłęby dymu opadły, stojące tuż przede mną stwory rzuciły się z impetem w moją stronę.

ROZDZIAŁ PIĄTY

Obudziłem się w cuchnącym lizolem szpitalu. Siedzący obok mnie Walker jadł winogrona i rozwiązywał Sudoku. Powiedział mi, że po eksplozji jeden z żyrandoli Duffey’ego runął na moich napastników, którzy jednak zdołali wydostać się spod niego i uciec.

Po jakimś czasie Walker i jego chłopcy znaleźli trzy półnagie trupy włochatych harleyowców porzucone w zaułku. Cudaki najwyraźniej wpadły do Miasta, żeby się trochę rozerwać.

A ja? Cóż, podobno miałem szczęście, że wyszedłem z tego żywy. Lekarze stwierdzili spustoszenie organizmu i wysłali mnie na przedłużony urlop zdrowotny.

W obliczu żelaznej decyzji specjalistów zrobiłem to, co zrobiłaby większość moich kolegów po fachu i jak przystało na tytana policyjnej pracy spędziłem kolejne dni i noce oddając się bez reszty jedzeniu, piciu i telewizyjnemu odmóżdżeniu. Nie minął jednak miesiąc, kiedy krągły jak wielka srebrna dolarówka księżyc wypełnił ponownie jesienną noc, a ja poczułem znajomy zawrót głowy.

ROZDZIAŁ SZÓSTY

Dni krwawiły w tygodnie i miesiące, aż wreszcie zakradła się zima i ciemną płachtą udusiła burbonowo-żółtą jesienną aurę. Migający neon Duffy’ego przyciągał mnie co noc niczym pępowina. A może bardziej jak stryczek.

Był wczesny niedzielny wieczór, do pełni pozostał jeszcze tydzień. W lokalu panował średni ruch. Z Wurlitzera leciał stary szlagier Johnny’ego Laytona. Siedziałem na swoim stałym miejscu obserwując unoszącą się znad popielniczki smugę dymu, która niczym zjawa płynęła ku srebrnej gwieździe wiszącej nad barem.

Gwiazda zwisała przekrzywiona na lewo od popękanego, pokrytego pajęczynami zegara. Jej pozłacane brzegi złuszczyły się prawie doszczętnie, a życzenia Wesołych Świąt zdążyły oprószyć czerwonym brokatowym łupieżem tyle barowych głów, że były już prawie nieczytelne.

Nagle, silny podmuch wiatru otworzył drzwi na oścież. Duffy instynktownie wycofał się w cień. Na zewnątrz, jaskrawa poświata księżyca rozsrebrzała antracytowe niebo. Wysoka kobieta o włosach niczym krucze skrzydła maszerowała przez ulicę jak gdyby nieświadoma pędzących zewsząd samochodów. Duffy oblizał usta. Przy każdej o włos unikniętej kolizji w jego oczach pojawiał się szaleńczy błysk.

Nagle, jak na zamówienie, noc wypełnił huk sztucznych ogni i w pomieszczeniu pojawiła się Daria. Stanęła przede mną niczym szklanka chłodnej wody przed umierającym z pragnienia. Ostry jak damska szpilka dreszcz przeszył mnie na jej widok. Uśmiechnęła się, nadając pełnym krwistoczerwonym ustom kształt ciętej rany, jej świecące szmaragdową zielenią oczy pociemniały.

– Detektywie Dalton – powiedziała głosem ciemnym i gęstym jak dym z francuskiego papierosa.

– Były detektywie – wybełkotałem. Przeszedłem na emeryturę. Zasiliłem szeregi wolnych strzelców – Słowa wytaczały się z moich ust jak banda potykających się o siebie wzajemnie pijaków. Podałem Darii wymiętą wizytówkę. – Czy mogę zaproponować pani drinka?

– Noc jest jeszcze młoda, oficerze Dalton – powiedziała wchodząc na niewielką, monochromatycznie oświetloną scenę – W przeciwieństwie do pana!

Roześmiała się. Dwóch łysych osiłków z oczodołami jak rany postrzałowe wynurzyło się z cienia, aby pomóc jej zdjąć długi czarny płaszcz, po czym zajęło się ustawianiem perkusji, kontrabasu i starego mikrofonu radiowego. Daria sennie paliła czarnego papierosa.

Zwróciłem się do Duffy’ego pochylonego nad wyświechtaną kopią National Geographic.

– Jak interes wczoraj? – spytałem.

– Bal przebierańców był bardzo udany – odparł Duffy nie odrywając wzroku od lektury – Szkoda tylko, że goście przebrali się za stoły i krzesła.

Uśmiechnąłem się słabowicie, siląc się na jakąś zgrabną ripostę, ale szybko dałem za wygraną i zapaliłem kolejnego papierosa.

– Jeszcze jedną kolejkę? – zaproponował Duffy.

Wzruszyłem ramionami, potakując jednocześnie, co w moim stanie było nie lada wyczynem.

Nalał mi Danielsa i wyciągnął z kontaktu wtyczkę szafy grającej.

Nagle salę wypełnił śmiech Darii. Odwróciłem się w stronę sceny. Zaczęła śpiewać.

Na perkusję posypały się uderzenia miotełek, palce kontrabasisty zaczęły ślizgać się po gryfie, a ja poczułem jak kropla potu, niczym owad, wędruje w dół mojego grzbietu. Cichy jak ostatnie tchnienie półszept Darii śpiewającej o niespełnionej miłości wprowadził mnie w senny błogostan.

Szybko wychyliłem szklankę, zamówiłem jeszcze jedną i, jak za pociągnięciem spłuczki, udałem się w niebyt.

ROZDZIAŁ SIÓDMY

W górze wisiał pękaty jak bania zimowy księżyc. Oderwałem głowę Długiego Toma Shorta od jego ramion i cisnąłem nią w śnieg. Krwawe bryzgi zdawały się czarne w jaskrawej poświacie. Z dala słychać było pomruk nadjeżdżającego Mercedesa. W końcu mruczenie przeszło w ryk i sprzęgło się z moim skowytem, podrywając do lotu czerniejące wśród bieli stado wron.

Samochód zatrzymał się z piskiem opon przed wejściem do Różowego Kociaka, który obecnie zajmował podwoje byłego kościoła parafialnego. Kierowca z rewolwerem w dłoni wysiadł z samochodu i podążył w moją stronę przez opustoszały parking. Ubrany w czarny płaszcz i kapelusz z szerokim rondem wyglądał upiornie. Gdy podszedł bliżej, zawarczałem w jego stronę z trudem hamując swój wilczy instynkt.

– Leżeć! – rzucił komendę mój były partner detektyw Ivan Walker obrzucając wzrokiem sześć czy siedem ciał rozrzuconych po parkingu.

– Miałeś pracowity wieczór, Dalton – powiedział głosem jak papier ścierny. – Jak tak dalej pójdzie, Ton Ton Philippe będzie musiał wymienić całą ekipę. Albo cię sprzątnąć – Potarł lufą rewolweru pięcioramienną bliznę na szyi.

Z nieba zaczęło sypać śnieżne konfetti. Walker złapał Długiego Toma za kostki i powlókł broczący gargulec wielkiego trupa w kierunku ciemnego obskurnego zaułka, zostawiając za sobą pasmo krwi. Złapałem w nozdrza zapach śmierci. Moje serce biło jak dzwon.

Walker przeciągnął ciało do upstrzonego witrażowymi refleksami samochodu i otworzył bagażnik. Załadował zwłoki i walnął klapą.

W ustach miałem jeszcze smak ciepłego mięsa. Czerwone zmazy rozlewały mi się przed oczami niczym test Roschacha. Nie mogłem dłużej panować nad żądzą krwi. Wydając z siebie otchłanny ryk, rzuciłem się w stronę Walkera, który padł na kolana, wycelował rewolwer i strzelił mi prosto w serce.

Uderzyłem z impetem w tył samochodu i osunąłem się na ziemię. Walker podniósł się i stanął nade mną paląc cygaro. Dymne kółka wznosiły się nad jego głową jak aureola, czy korona cierniowa. Za jego plecami, w rogu zaułka dostrzegłem kształt wysokiej ciemnowłosej kobiety. Jej oczy zabłysły szmaragdową zielenią i znów pociemniały.

Zanurzyłem się w głębinach nieświadomości.

ROZDZIAŁ ÓSMY

Koszmarne fale wtoczyły się na brzeg mojego snu. Obudziłem się mokry od potu. Dałem oczom chwilę okrzepnąć i odwróciłem głowę. Cyfrowy budzik obok łóżka pokazywał południe. Czarna pościel, na której leżałem była w strzępach, a moje nagie ciało pokrywało graffiti ran i siniaków.

Dostrzegłem trzy nakłucia na swojej klatce piersiowej tuż nad sercem. Walker był doborowym strzelcem, a naboje wypełnione śladowymi ilościami srebra były silne na tyle tylko by ściąć mnie z nóg na jakiś czas.

Wziąłem prysznic, założyłem dżinsy i czarny golf. Było mi tak zimno, że swoją mocną czarną i spalony tost jadłem przytulony do rzężącego kaloryfera przy plastikowym stole. Nacisnąłem guzik bakelitowego radia, które nadawało właśnie piosenkę George’a Jonesa, i bezskutecznie próbowałem czytać „Mieć i nie mieć”. Nie po raz pierwszy miałem wrażenie,  że moja koncentracja została rozstrzelana i kona w męczarniach. Założyłem Martensy, zgarnąłem płaszcz i poszedłem do Duffy’ego.

 

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY

Rzecz w tym, że nie miało dla mnie większego znaczenia, czy mówi mi prawdę czy kłamie w żywe oczy, zważywszy że większość tego, co jej sam naopowiadałem była wygrzebana z jakiegoś mrocznego kąta na peryferiach uczciwości.

To było jak polowanie, w którym nie ma znaczenia kto jest myśliwym a kto zwierzyną.

– A więc? Zrobi pan to dla mnie? – spytała Daria popijając absynt. Nachyliła się w moją stronę, żeby usłyszeć odpowiedź. Owładnięci żądzą punkowego zgiełku Frogersi tłoczyli się wokół szafy grającej wywalając do niej stosy monet. Nie miałem siły oponować. Ludzie Ottona nie słynęli z dbałości o formy towarzyskie.

Jeśli Ton Ton Philippe miał rywala w mieście, był nim niewątpliwie Otton Rhino. Frogersi stanowili jego rzekomo niepokonany oddział specjalny. Ubrani w moro, wszyscy bez wyjątku mieli ponad dwa metry wzrostu i łapy jak dębowe konary.

– Więc? – powtórzyła. Jej perfumy były trucizną, której nigdy nie miałem dość. Wzruszyłem ramionami wiedząc doskonale, że zrobię dokładnie o co mnie prosi.

Gdzieś w rogu sali rozległ się dźwięk tłuczonego szkła. Nie zrobiło to na mnie wrażenia.

– Jasne. Wpadnę do Różowego Kociaka po pani siostrę. Z pewnością Ton Ton Philippe nie będzie miał nic przeciwko. Haitańscy wielcy kapłani voodoo są znani ze swojej anielskiej cierpliwości. Zwłaszcza ci, którzy kierują światem przestępczym.

Uśmiechnęła się bałamutnie.

– Proszę pamiętać też o armii oddanych mu zombie – Jej oczy błysnęły szkarłatem.

– Nie omieszkam.

– A więc? Wchodzi pan w to?

– Będzie to panią kosztowało.

– Zapłacę, detektywie. Mam czym.

– Wobec tego wchodzę. Jak Errol Flynn.

Daria odchyliła się na stołku i uśmiechnęła.

– Jeszcze jedną kolejkę! – rzuciła w stronę Duffy’ego.

Duffy chwycił butelkę absyntu i postawił ją na barze. Nagle stołek zatrząsł się pode mną. Dwóch czy trzech Frogersów miotało się w niedźwiedzich podskokach śpiewając, albo raczej wrzeszcząc, że są cranked up really high. Co zresztą było zgodne z prawdą.

Duffy właśnie nalewał do naszych kieliszków, kiedy jeden z Goliatów wpadł na mnie i rozlał wściekle zieloną ciecz na kontuar.

– Dupek! – wrzasnąłem bez zastanowienia.

– Co powiedziałeś? – huknął przerośnięty imbecyl.

Zanim zdążyłem odpowiedzieć złapał mnie swoją wielką grabą za gardło i jednym ruchem zerwał ze stołka jak źdźbło trawy.

Byłem bezradny. Widziałem jak Duffy sięga pod ladę po strzelbę, ale nim zdążył to zrobić szafa grająca zamilkła i nastała kompletna cisza.

Wkrótce, w powietrzu zadrgały pierwsze nuty melodii. Daria śpiewała klepiąc osiłka po ramieniu. Jej oczy lśniły szmaragdową zielenią. – Nie, Duke – padł rozkaz.

Nagle olbrzym załkał i opuścił mnie z powrotem na stołek.

Daria pogłaskała go po policzku.

– Idź i pobaw się ładnie, Duke – powiedziała łagodnie.

– Tak, psze pani – odpowiedział Duke pociągając nosem. – Przepraszam panią, pani Dario.

Duke dołączył do swoich kompanów, którzy siedzieli wokół stołu trzymając się za głowy.

Szafa grająca powróciła do życia. Miles Davis zatrąbił ciepło. Nikt nie miał nic przeciwko.

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY

Klientela Różowego Kociaka składała się z ludzi, którzy słowu „bagno” nadają ciężar gatunkowy. Politycy, wysokiej rangi stróże prawa, aktorzy… Chudy i blady jak pajęcza nitka DJ Neuman wyglądał jakby zmarł na początku zeszłej dekady, lecz nikt mu o tym nie doniósł. Pojawiał się w klubie co noc, serwując salwy ogłuszających basów. Parkiet tętnił od lepkich, gorących ciał. Na scenie, półnagie dzierlatki wiły się jak spaghetti na półmisku pijanego sycylijczyka.

Po południu nie było zbytniego ruchu. Tu i ówdzie niedobitki ludzkich karakanów gnieździły się w kątach i zakamarkach, pochrapując albo zalewając robaka. Czułem się prawie jak w domu.

Usiadłem przy barze i zerknąłem na zegarek. Tajemnica dzisiejszego sukcesu tkwiła w znalezieniu się we właściwym miejscu we właściwym czasie.

– Co podać? – rzucił zza baru wytatuowany smarkacz.

– Burbon.

Wziąłem szklankę i poszedłem w stronę ciemnego rogu sali, gdzie zwykle urzędował Ton Ton Phillippe. Kurdupel z irokezem i opaską na oku siedział rozparty na złotym tronie obok sceny. Wijące się wokół jego ramion węże syczały napastliwie, a na jego kolanach, zwinięta w kłębek niczym perski kot, spoczywała płowowłosa nastolatka.

– Detektyw Dalton – powitał mnie skinieniem. Nie wyprowadziłem go z błędu. – Co pana do mnie sprowadza?

– Ona – odpowiedziałem wskazując głową na wiercącą się małą.

– Obawiam się, że to soczyste mięsko zostało już zarezerwowane przez bardzo specjalnego klienta. A co Lao chcieć, Lao mieć.

Ledwo zdążył rzucić mi swoje mrożące spojrzenie, spozierała już na niego lufa mojego pistoletu.

– Nie kupuję. Biorę – powiedziałem przyciągając ją do siebie.

Rechot Phillippe’a rozniósł się echem po sali.

Wtedy pojawili się oni.

Było ich trzech.

Golemy. Porwane i poszarpane cielska. Szkliste oczy.

Czyżby? Zombie? Najwyraźniej pogłoski były prawdziwe. Nim zdążyłem zagłębić się w swoje rozważania, zbliżyły się do mnie i… zapadły ciemności.

ROZDZIAŁ JEDENASTY

W biurze Ton Tona panował niemiłosierny zaduch. Siedziałem przywiązany do metalowego krzesła jak owadzia inkluzja w kawałku bursztynu. W rogu pokoju skrzeczała papuga.

– No i co ja mam z tobą zrobić? – martwił się Philippe. – Zamordowanie funkcjonariusza policji może przysporzyć mi sporo kłopotów… ale z drugiej strony…

Jego głos docierał do mnie jak zza ściany.  Czułem znajome mrowienie na skórze. Już niedługo. Za oknem na atramentowym niebie wisiał mleczny księżyc. Przemieniłem się.

Wszystko utonęło w odmętach skowyczącego i krzyczącego szkarłatu.

Wkrótce zombie leżeli martwi, porozrywani na strzępy. Tylko Philippe rozpłynął się jak dym z papierosa.

Złapałem dziewczynę niczym szmacianą lalkę i rozbiłem szybę rzucając się przez okno w mroźną zimową noc.

ROZDZIAŁ DWUNASTY

– Dziękuję detektywie – powiedziała Daria. – Świetnie się pan spisał.

Siedzieliśmy przy chybotliwym stole w opustoszałym barze Duffy’ego. Blondwłosa podlotka siedząca na jej kolanach nie zdawała się nosić oznak najdalszego nawet pokrewieństwa. Nie całowała też jak krewna. Ktoś nabił mnie w butelkę. I zrzucił nad trójkątem bermudzkim. Skóra mi drętwiała. Bolały mnie kości. Lecz w gruncie rzeczy, było mi wszystko jedno.

Daria wstała w towarzystwie kilku Frogersów. – Biegnij do tatusia, skarbie – nakazała blondynce, która zgramoliła się z jej kolan z nadąsaną miną. Wyszli na zewnątrz i wsiedli do długiej ciemnozielonej limuzyny ze znakiem krzyża z boku. Znakiem grafa Ottona Rhino.

Spojrzałem na wypchaną gotówką kopertę, którą wręczyła mi Daria. Było w niej więcej zieleniny niż na poletku kapusty.

Trochę szmalu i jeden nowy wróg. Nie źle jak na noc pracy.

– Jack Daniels? – rzucił Duffy drąc papierową podstawkę do piwa.

– Innym razem. Dziś dam się skuć anyżkowej królowej. Nalej mi kolejkę Absyntu – odpowiedziałem idąc w stronę baru – Mówią, że rozpala duszę.

 

KONIEC

 

Advertisements

Transakcja – Nick Sweeney (przeł. Aleksandra Guzik)

Witek Galicki nie mógł tego wieczoru nazwać sukcesem. Kobieta uśmiechnęła się w sposób, który można by wziąć za zachętę, ale Witek zsunął się z niej delikatnie i uniósł rękę w przepraszającym geście. Odwrócił się tyłem i przysiadł na brzegu łóżka. „Nieudana transakcja” pomyślał.

–  Przykro mi – powiedział.

Miała na imię Magda. Witek usłyszał, jak mówi:

–  Nie przejmuj się, zdarza się przecież. – Usiadła obok niego, otoczyła ramieniem i skierowała palec w dół. – Jeśli chcesz, mogę… no wiesz.

– Och… nie trzeba, dziękuję. – Rozumiał, że kobieta czuje się w obowiązku zrealizować swoje usługi na warunkach, jakie ustalili. Prowadziła interesy, tak jak on. – To miłe z twojej strony, ale…

Jeszcze zanim skończył, Magda zawinęła się w szlafrok i wstała. Witek zaczął się ubierać. W biznesie wszyscy czasem dokonywali nieudanych transakcji, powiedział do siebie. Po prostu trzeba to spisać na straty i w przyszłości być mądrzejszym – albo raczej mieć więcej szczęścia.

Czasem nie wiedział, czy posiada którekolwiek z nich – mądrość lub szczęście, dopóki jakaś pełna znaczenia chwila, zrozpaczona twarz albo pechowiec ze swoją smutną historią nie przypomniały mu, że tak naprawdę ma przecież i to, i to.

Magda stała w drzwiach łazienki, wycierając twarz.

– Zdarza się – powtórzyła, a Witka pocieszyły te słowa, tak jak późniejsze zaproszenie do wspólnego wypicia kawy. Zastanawiał się, czy nie jest trochę za późno na kawę, ale ona uznała jego wahanie za brak pewności siebie. Wskazała głową w stronę kuchni. – I tak sama miałam się napić.

Zaproszenie było nowością. Miało ogromne znaczenie albo może nie znaczyło nic, ale Witek z zadowoleniem je przyjął. Zaczął wiązać krawat, potem go zwinął i spakował do swojej aktówki.

Podszedł do okna, obserwował śnieg osadzający się na ulicy, która omijała tory kolejowe i prowadziła do białostockiej stacji. Pojawił się grubo ubrany mężczyzna i odcisnął za sobą na śniegu ślady zimowych butów. Niedługo granicę przekroczy pierwszy pociąg z Białorusi. Wypluje z siebie handlarzy – cali obładowani będą brnąć przez miasto, żeby rozstawić stoisko z pierdołami na sprzedaż. Witek podziwiał, z jakim hartem ducha próbowali wyrwać drobniaki z gwałtownie rozwijającej się dookoła gospodarki kapitalistycznej. Oni też byli biznesmenami, nie zapominał o tym.

Taka była natura granicy – miejsca pojawiania się znikania. Granice powinny ucieleśniać wolność, otwartą przestrzeń, a mimo to były pod nadzorem, miały w sobie coś klaustrofobicznego. Symbolizowały możliwości, a jednak ludzie byli na nich przetrzymywani, obrażani, przeszukiwani, bici, pozbawiało się ich narodowości, strzelano do nich – a te ich przebłyski wolności stawały się tak samo krótkotrwałe jak ślady butów, co  znikają pod świeżym śniegiem.

Witek odwrócił się i zobaczył, jak Magda stawia na stole tacę: kawiarka, połyskujące łyżeczki, dzbanek z mlekiem, filiżanki i spodki z zastawy, którą nie pogardziłaby jego babcia, oraz ciastka. Usiadł obok niej na kanapie i powiedział pod nosem:

– O, jak miło.

Następnie oddali się zwyczajowemu rytuałowi – spytała, jaką kawę sobie życzy, ale całe te ceregiele poszły na marne, kiedy nie mogąc uchwycić absurdalnie małego uchwytu, niezgrabnie uniosła dzbanuszek i rozlała mleko po całej tacy.

Powiedział Magdzie, że obiło mu się o uszy, że zachodni biznesmeni pili kawę czarną, niesłodzoną. Dał radę przestrzegać tego zwyczaju – z wykrzywioną twarzą – równo tydzień. Oboje zaśmiali się z tego, jak podatny na sugestie był kiedyś Witek.

– To… ładny pokój – powiedział Witek. – W sensie, urządziłaś go… ładnie. Czuć spokój. – Podobało mu się, że zapaliła lampy, które miały klosze w pastelowych odcieniach – te w rogach otulały pokój delikatną poświatą. W tym temacie był ekspertem, widział już wiele kobiecych pokoi. Z zaskoczeniem odkrył, że opowiada jej, dlaczego tak się stało: że w związku z pracą żył w ciągłym ruchu, nie spotkał jeszcze odpowiedniej kobiety, w której mógłby się zakochać i później się z nią ożenić, i że – w głębi duszy będąc staroświeckim chłopcem – czekał, aż dostanie awans i odłoży trochę pieniędzy. „Co innego miałbym robić w międzyczasie?”, taka była jego odpowiedź na wyimaginowane oskarżenia. „Żyć w celibacie?”. Tak było lepiej, nie musiał zostawiać na długie tygodnie żadnej dziewczyny, której właściwie i tak nie zależało, nie było żadnych obustronnych podejrzeń o nieuczciwość.

– Jesteś szczery wobec siebie. – Magda objęła go ramieniem. – Każdy może być szczery wobec innych – powiedziała. – Najtrudniej być szczerym wobec samego siebie.

Witek nigdy nie patrzył na to z tej strony. Uświadomił sobie, że to prawda. Zgodzili się, że w tym skorumpowanym świecie, który ich otaczał, nie ceniono szczerości. Wolny rynek nie wynagradzał ani ciężkiej pracy, ani szczerości: wraz z nadejściem kapitalizmu w dawnym bloku komunistycznym zazdrość rozeszła się jak zaraza, zmieniła społeczeństwo w bezdusznych poszukiwaczy złota. Oboje zgodzili się, że wyrośnie z tego pokolenie, które w ogóle nie będzie znało życia.

– A więc komunizm pomagał w budowaniu charakteru? – Oboje skwitowali to śmiechem, a jednak odkryli, że tkwi w tym pewna ponura logika. – Tak jak te angielskie szkoły prywatne?

Ich śmiech ucichł i Witek spytał:

– Mieszkasz sama?

– Tak. – Drobna zmiana w wyrazie jej twarzy zdradziła nagłą czujność. – A co?

– Nie masz… – Chciał to wiedzieć jedynie z zawodowego punktu widzenia. Zastanawiał się, jak to ująć. – Żadnego… chłopaka?

– Nie powinno się pytać kobiet o takie rzeczy. – To był lekki afront. – Ale jestem za stara, żeby mieć chłopaka.

Kiedyś w gdyńskim porcie Witek widział ich w oddali, niedaleko starego posterunku celnego, gdzie zbierały się dziewczyny. Akurat podrzucał tam z powrotem jedną z nich, kiedy niski, chudy mężczyzna w zapinanej na zamek błyskawiczny skórzanej kurtce wetknął głowę przez okno samochodu Witka, jak gdyby był panem i władcą, wyszczerzył zęby w uśmiechu, po czym zapytał:

– Dobrze się pan bawił?

Witek wyczuł szyderczą nutę w tym pytaniu i zastanowił się nad odpowiedzią.

– Jaka była? – nie ustępował mężczyzna. – Dobra?

Co właściwie mógł na takie coś odpowiedzieć dobrze wychowany gość, jakim był Witek? Nawet alfonsi mają jakąś kontrolę jakości. Witkowi nawet się to spodobało, ale zaraz potem miał próbkę tego, jak pilnuje się tej jakości – błysnęła uniesiona pięść. Przelotne spojrzenie na dziewczynę ujawniło nawet więcej niż jego zbliżenie z nią: chuda istotka, z oczami szeroko otwartymi z przerażenia.

Bardzo dobra – powiedział bez emocji. Niewiele myśląc, uniósł kciuk do góry i uśmiechnął się głupkowato. – O tak. Najlepsza.

Odjechał, zatrzymał się za rogiem. Siedział, cały się trzęsąc. Zastanawiał się, czy wywołał odpowiednie wrażenie. Walczył ze sobą, żeby nie pojechać z powrotem i nie zaprosić tej samej dziewczyny na kolejny wieczór, ale uświadomił sobie, że to niemożliwe – następnego dnia miał być na spotkaniu w Olsztynie, to za daleko, a poza tym… raz w tygodniu, taka była jego żelazna zasada. Zapewnił siebie samego, że na pewno by ją wyratował, gdyby nie to, że wzywały go flipcharty w Olsztynie.

– Dobrze jest nie pracować… w detalu – powiedział do Magdy. – W sensie wyeliminować pośredników. Ale jak się ich pozbyć? – zastanawiał się. – Tych facetów, tych… alfonsów? – Pozwolił słowom zawisnąć w powietrzu, żeby zobaczyć, czy Magda się zgadza. Poczekał na potwierdzenie, nim kontynuował: – Jak trzymać ich z dala od siebie?

– Nie ma żadnej złotej rady – powiedziała po chwili namysłu. – Mam czterdzieści lat – przyznała. – I kiedy ma się tyle lat co ja, uznają, że tylko stwarzasz problemy, bo przemija twoja młodość i łatwowierność, nie dajesz już sobą pomiatać. Wtedy znajdujesz własne miejsce, chociaż musisz oczywiście uważać na miejscówki innych dziewczyn i jak kilka z nich uzna, że cię nie lubią, to nie masz innego wyjścia i musisz się zmywać. A czasami zyskujesz reputację i szacunek wśród innych dziewczyn i się odczepiają albo nie wchodzą ci w paradę.

– Ale jak zyskać reputację?

Dla Witka to była najtrudniejsza rzecz na świecie: próbował to osiągnąć od czasu ostatnich dwóch lat liceum, kiedy to postanowił – tak po prostu, pozostawiając za sobą śląskie miasto górnicze, pokryty sadzą dom i rodzinę – że osiągnie sukces w świecie biznesu, że będzie się o nim mówiło i ludzie będą go cytowali.

– Cóż. – Magda obdarzyła Witka długim i intensywnym spojrzeniem. Poczuł, że magiczna bańka prysła, jej muzyka ucichła. – Opowiem ci, jak tego dokonała jedna dziewczyna, o której słyszałam. – Wyciągnęła zegarek z kieszeni szlafroka, chwyciła go niezręcznie, zerknęła na niego i ziewnęła. – A potem serio musimy… iść do łóżka. – Magda zaśmiała się, Witek też. Zegarek wysmyknął się jej między palcami. Oboje rzucili się, żeby go złapać, ale bez powodzenia.

– No dobra, czyli jakaś dziewczyna – podpowiedział Witek.

– Tak. Dziewczyna z… Mińska. – Wskazała głową okno, miała na myśli linię kolejową, granicę, wschód. – Miała alfonsa, to był zły człowiek. To zawsze są źli ludzie. – Nakreśliła Witkowi ich obraz: zabawni – często, czarujący – zawsze, łagodni – czasami, ale to były tylko tymczasowe role, które odgrywali. Tak naprawdę byli źli. – A ona była jego ulubienicą, co oznaczało, że mogła zamieszkać z nim w jego wielkim domu z trzema piętrami i ogrodem warzywnym. Ale zaczęło do niej docierać, że to nie będzie trwało wiecznie.

Opowiedziała o dziewczynie, że miała rodziców, którzy pili i się kłócili, znikali i wracali, bo raz im się powodziło, raz nie, a ich wiara w trwałość różnych rzeczy zawsze była nadszarpywana. Na kilka chwil Witek ujrzał ją w myślach.

– Próbowała sobie wmówić, że to tylko jej paranoja – mówiła dalej Magda. – Ale na horyzoncie pojawiła się nowa ulubienica.

Dziewczyna młodsza, ładniejsza, przesiadywała tam wczesnymi wieczorami, zaraz przed nocnymi obowiązkami, a czasami zostawała aż do ich końca. Dziewczyna, której radosny śmiech można było czasem usłyszeć z ciemnych schodów. A pewnego ranka ta nowa, świeża i młodziutka, pojawiła się przy śniadaniu – taka jasnooka i rozrywkowa, niewinna i czarująca.

– Widziała, dokąd to wszystko zmierza – powiedziała Magda. – Zresztą pamiętała, że dokładnie tak samo było z nią, kiedy stała się ulubienicą i w identyczny sposób ona sama wyeliminowała wcześniejszą ulubienicę.

I ta dziewczyna wiedziała, że niedługo zostanie wyrzucona z wielkiego domu. Że będzie mieszkała w paskudnym pokoju we wspólnym domu, tak jak reszta. Ale to wszystko przecież zostawiła za sobą: całe to życie, malutkie pokoje, wspólną kuchenkę, która nigdy nie działała tak, jak należy, kolejki do łazienki, umywalki usiane kropelkami kosmetyków do makijażu, smród kanalizacji. Nigdy nie mieszkała w miejscu, które by miało tyle przestrzeni i światła ile ten wielki dom, nigdy nie miała ogrodu – miejsca, gdzie można odetchnąć świeżym powietrzem, spojrzeć na wszystko z innej perspektywy.

Pewnego dnia wcześnie rano stała w ogrodzie i myślała o tym, co ją czeka. Wiedziała, że powinna podejść do tego dojrzale. Magda opowiadała dalej:

– To powinna być piękna pora roku. A ona stała w ogrodzie przy grządkach truskawkowych i opanowało ją coś w rodzaju… szaleństwa.

– Szaleństwo – wyszeptał Witek. Nie potrafił sobie wyobrazić szaleństwa. Pochodził ze świata, w którym wszystko było spokojne, uporządkowane, ułożone w podpunktach – bezpiecznie nudne.

Magda pokiwała głową.

– Szaleństwo. Jednej nocy między nią a alfonsem wywiązała się… ostra kłótnia o jego nową ulubienicę.

Oszczędziła Witkowi szczegółów, ale zrozumiał, że mężczyzna poharatał twarz dziewczyny masywnymi pierścieniami, które nosił na palcach. Połamał jej też kilka zębów. I kiedy tak leżała na podłodze, krztusząc się własną krwią, on stanął nad nią. Rzucił jej kilka banknotów. Powiedział, że ma sobie zrobić nowe zęby, jeśli chce dalej pracować.

– Widzisz, nawet nazewnictwo się zmieniło.

– Jakie nazewnictwo?

– Do tamtej pory udawał, że nie pracowała dla niego – była jego ulubionym najdroższym kochaniem serduszkiem kwiatuszkiem, nie pracownicą, który od czasu do czasu wyświadczał słodką przysługę jemu czy któremuś z jego kolegów.

Magda dokładnie opowiedziała o tym, jak dziewczyna siedziała w fotelu u dentysty bezbronna, zraniona. Na Białorusi było tak jak w Polsce – ludzie nie dostawali znieczulenia, było go mało i dużo kosztowało, ale jej zęby były w tak tragicznym stanie, że lekarz poradził, by jednak je wzięła. Obserwowała go uważnie, jak gromadził przedmioty potrzebne do tej procedury. Zrobił jej kilka zastrzyków.

– A potem poszedł na papierosa i czekał, aż znieczulenie zacznie działać.

– Nienawidzę znieczuleń – powiedział Witek. – Chyba wolałem, jak ich nie było.

Uśmiechnęła się, nie do końca przekonana jego zapewnieniem, przynajmniej tak to odczuł, a po czym kontynuowała:

– Kiedy dentysta wyszedł na papierosa, dziewczyna wstała z krzesła i schowała do kieszeni strzykawkę i kilka ampułek nowokainy.

– Co?

– A potem dentysta wrócił i zrobił jej zęby.

– Ale czekaj, co? Ukradła środek znieczulający? Po co?

– Powiem ci. – Magda pokiwała głową. – Wyszła od dentysty i szła przed siebie, żeby zabić czas.

Witek znów widział ją, jak podąża ulicami Mińska otumaniona działającym jeszcze znieczuleniem, ze zdrętwiałymi ustami, z poczuciem, że już wszystkiego ma dość. Minęła szkołę, do której chodziła jako dziecko, potem blok, w którym kiedyś mieszkała, zatrzymała się przy podejrzanie wyglądającym placu zabaw – kiedyś bała się tych zardzewiałych drabinek, betonowych zwierząt i chamskich chłopców. Zaszła do apteki, kupiła bandaż i środek dezynfekujący.

– Ale znacznie później, kiedy już się ściemniło, wróciła do wielkiego domu.

Szkicując kolejne obrazy, Magda opowiedziała, jak dziewczyna bezszelestnie przeprawia się przez ciemność wielkiego domu. Jej mężczyzna był na górze, spał ze swoją nową ulubienicą.

– Złamała ampułkę z nowokainą – powiedziała Magda.

– Och. Dlaczego ona…

– Napełniła strzykawkę, po czym – domyślasz się, co zrobiła?

– Podkradła się na górę – powiedział automatycznie Witek. – I dźgnęła go strzykawką.

–  I co by jej to dało? – odparła Magda, zabrzmiało to jednak uprzejmie. – Nie. Poszła do kuchni i wzięła najostrzejszy nóż, jaki udało jej się znaleźć. Potem poszła do łazienki. – Witek znów oczami wyobraźni widział ją, widział, jak uspokaja oddech i trzęsące ręce, pozwala oczom przyzwyczaić się do ciemności, dostrzega muszlę, najpierw tylko jej połysk, a później całą. – Wstrzyknęła środek znieczulający w palec i tak samo jak u dentysty czekała, aż zacznie działać. Jej serce zatrzymywało się za każdym razem, kiedy na zewnątrz liść wiązu zadrapał w szybę. Wiesz, co zrobiła później?

– Nie. – Witek czuł, jak jego własne serce mocno bije, ale nic nie przyszło mu do głowy. – Nie wiem, co?

– Odcięła sobie palca.

– Co! Ale czemu, po co miałaby coś takiego zrobić?

Bardzo ostrożnie dziewczyna wycisnęła krew na stary mosiężny kran przy wannie, potem na pęknięcia w kafelkach na podłodze i na fugi, gdzie cement już się zdarł. Była bardzo uważna, żeby zostawić po sobie tylko ślad. Trochę większą niespodziankę zostawiła pod wanną pomiędzy odchodami myszy i martwymi owadami – rozpryskała krew w kurzu. Z szafki w łazience wyciągnęła ręcznik i zatamowała nim krew. Na zmianę upuszczała trochę krwi i tamowała, upuszczała i tamowała. Wtedy wyjęła środek odkażający i bandaż i opatrzyła sobie rękę. Wytarła nóż ręcznikiem i zwinęła je razem w rulon, po czym położyła gdzieś na tyłach szafki w łazience. Podkradła się po schodach w dół i wyszła do ogrodu.

– Ogród – powtórzył Witem z pewnym ożywieniem. – Ogród, gdzie na świeżym powietrzu była szczęśliwa i z dala od wścibskich spojrzeń. To co ona tam zrobiła?

– Z dala od wścibskich spojrzeń – powtórzyła Magda – zaraz przy końcu grządki z truskawkami urządziła swojemu palcu godny pochówek w płytkim grobie.

– I ten palec. – Witek prawie zdążył o nim zapomnieć. – Ale to wszystko jest nienormalne. Po co ona to zrobiła? Ktoś się jej kiedyś spytał?

– Na pewno nie w Mińsku. Już nigdy nie pokazała się w Mińsku.

– Po prostu zniknęła. – Witek potrząsnął głową. – Ale czekaj. – Czegoś nie rozumiał. Robienie absurdalnych rzeczy, a potem znikanie wcale nie wydawało się idealną receptą na zyskanie reputacji.

– To jeszcze nie koniec historii – powiedziała Magda.

Zaraz następnego dnia rano w wielkim domu zaroiło się od policji. Alfons był trochę rozbawiony, a trochę zły. Już chciał ich opłacić, tak jak to zwykle robił, kiedy powiedzieli, o co chodzi: dostali cynk, że zabił jedną ze swoich dziewczyn. W odpowiedzi wyciągnął jedną ze swoich ksiąg rachunkowych i pokazał, ile jedna dziewczyna zarabiała tygodniowo – tylko idiota by taką zabił. Spytali, czy mogą przeszukać dom. „Zapraszam”, odpowiedział.

– I wiesz co? – odezwała się Magda. – To były ostatnie słowa, jakie wypowiedział z uśmiechem na twarzy.

Bo chociaż nie znaleziono ciała, policja miała informację na temat jej grupy krwi w kartotece i ta grupa zgadzała się z krwią, która była w łazience, na nożu i ręczniku. To nie wystarczyło, ale w aktach mieli też jej odciski palców. Kiedy znaleźli palec w ogrodzie, mieli do mężczyzny dużo pytań.

– Dali mu dziesięć lat – powiedziała. – Widocznie tyle jest warte życie kobiety. Ale jakoś po roku już był martwy, zadźgali go nożem podczas kłótni o tytoń czy coś tam.

– Boże… – powiedział Witek.

– I w taki sposób, mój przyjacielu, pewna dziewczyna zyskała reputację.

Witkowi podobało się, że nazwała go przyjacielem. Rozbawiła go ta myśl. Kiedy uniósł wzrok, ona już stała, mówiąc:

– Słyszysz to?

Stali, nasłuchując.

– Pociąg z Grodna – powiedziała. – Jest tak późno, że wcześnie. Słuchaj. – Położyła mu rękę na ramieniu. – Może przyjdziesz do mnie jeszcze?

– Chciałbym. – Mówił poważnie.

– Ja też. – Odprowadziła go do drzwi. – Niedokończone biznesy to takie… rozczarowanie.

– Dokończymy następnym razem – obiecał Witek. – Ale słuchaj. – Stanął w progu jej mieszkania i ściszył głos ze względu na sąsiadów. – Mówiłaś, że tej dziewczyny już nikt nigdy nie widział w Mińsku. Co się z nią stało, gdzie poszła? Wiesz coś?

– Nie. Inne miasto? – Pokazała rząd idealnych zębów w szerokim uśmiechu, którym już na początku przyciągnęła jego zainteresowanie. – Może uprawia kapustę gdzieś na wsi.

– Albo truskawki – odparł Witek.

Nachyliła się i pocałowała go w oba policzki. To był dla niego zaszczyt – pamiętał, że jest jej przyjacielem.

– Truskawki. – Z jakiegoś powodu twarz Magdy pojaśniała na ten pomysł. – Tak, nawet lepiej. Może uprawia truskawki.

Kilka godzin później tego samego poranka obudził się w swoim pokoju hotelowym i nie mógł się oprzeć wrażeniu, że czuje zapach truskawek. Trwało to tak krótko, że zdało mu się, że wyobraził sobie nawet tę halucynację i przez moment był podwójnie zdezorientowany. Wstał, poszedł do toalety. Na zewnątrz drzewa uwolniły się od masy śniegu, którego napadało tak dużo, że spadł na ziemię, a lekkie teraz gałęzie uderzały liśćmi w szybę, sprawiając za każdym razem, że podskakiwał ze strachu. Możliwe, że Magda wymyśliła niektóre rzeczy – na przykład miejsce pochówku, o tej grządce truskawkowej mogła przeczytać w jakiejś gazecie – ale na pewno nie to, co powiedziała o liściach na oknie w łazience.

Niedługo po tym Witek dostał awans, zakończył się etap życia w ciągłym ruchu, znalazł dziewczynę, ustatkował się. Nigdy więcej nie spotkał się z Magdą, ale czasem łapał się na tym, że próbuje wyobrazić sobie jej dłonie – nie jakie były delikatne czy eleganckie, zgrabne czy miękkie, ale – absurdalnie – to, że są kompletne. Nie potrafił przywołać ich widoku. Zapominał o nich, zawsze udawało mu się wyrzucić je z pamięci, aż przychodził taki moment, że stał samotnie w jakiejś ciemnej łazience i podskakiwał na dźwięk liści obijających się o szybę okna.

Cadillac – Carrie Clevenger (przeł. Antoni Kaja)

Był czwarty czerwca, kiedy cień kierowcy tego cadillaca przesłonił mój próg. Nosił idealnie przylegający do uszu melonik, nieco zmięty ponad brwiami. Miał ze sobą swego rodzaju niewielką metalową walizkę z połyskującym zamkiem, ale to nie jego osoba czy ubiór tak na mnie podziałały. Tylko jego samochód. Ten szary cadillac to było dopiero coś.

Przycupnięty na krawężniku niczym metaliczny ptak drapieżny na gałęzi, spoglądał na mnie gniewnie poprzez cienką siatkę w drzwiach. Chciałem się od niego odciąć. Zaciągnąć zasłony i zejść do piwnicy. Nie odbijało się od niego słońce. Nie rzucał też cienia. Po prostu przykucnął z nosem beztrosko wetkniętym w trawnik oraz zaczątki kolczastych chwastów, których jeszcze nie miałem okazji wyciąć. Zatraciłem się w tej jego szarości, barwie wypalonego starego betonu. Szarości głębszej niż jakakolwiek barwa; odcieniu włazu studzienki na zimę. Powstrzymałem dreszcze.

Przedstawił się jako John. John Wilson. Domyślałem się, że kłamie. Spojrzał ponad moim ramieniem, już pochylając się w drzwiach, a ten szalony samochód zdawał się popierać jego prośbę o użycie mojego telefonu. Zaoferował mi dwudziestopięciocentówkę za pomoc i wbrew sobie przystałem na to. Co innego mogłem zrobić? Wytarłem ręce w kuchenny ręcznik, poluźniłem krawat. Drzwi frontowe zostawiłem otwarte, żeby mieć oko na tego cadillaca, jakby w obawie, że może znienacka pożreć dzieciaki sąsiadów.

John Wilson podczepił jakiś dziwny przyrząd do podstawy mojego telefonu, wykręcił numer, mamrotał coś przez parę sekund do słuchawki, po czym rozłączył się, pozwalając jej od razu z trzaskiem opaść na widełki. Domyśliłem się, że wykręcił zamiejscową, w końcu tak długo obracał tarczą, w kółko i w kółko. Dałbym mu znać, że panują tutaj inne zasady, ale pewnie niewiele by go to obeszło. Nic a nic. Właściwie już miałem otworzyć usta, żeby powiedzieć co o tym myślę, kiedy spostrzegłem cadillaca. Nie był już szary.

O nie, okrył się ładnym, gładkim lakierem barwy szminkowej czerwieni. Zatoczyłem się do tyłu, obracając, żeby uzyskać wyjaśnienie całego tego absurdu, gotów pod byle pretekstem pozbyć się tego mężczyzny z domu, a wraz z nim jego paskudnego dużego auta.

John rozgościł się w kuchni, podziwiając garnki oraz patelnie o miedzianym spodzie, zapalając jednocześnie papierosa. W mojej kuchni. Ja nie paliłem. On też nie powinien, ale byłem już zbyt zahukany. Odszukałem wzrokiem wiszący w korytarzu krucyfiks, mamrocząc do Boga prośbę o to, żeby jeszcze ten jeden, jedyny raz czuwał nade mną, niech będą Mu dzięki, Amen. John Wilson dalej rozkoszował się dymem, tworząc z niego idealne kółka przy każdym wydechu.

– Hej – zacząłem, gdy coś mnie tknęło i spojrzałem znów na cadillaca. Wyszczerzył się do mnie trawiastą zielenią.

– Co do diaska… hej! Ten samochód! – wykrzyknąłem, zaczynając myśleć o tym, dlaczego General Motors miałoby nie reklamować swoich nowych modeli zmieniających barwy. Wtedy mi przygrzmocił. Zatoczyłem się, starając uniknąć ciosu, ale metal zetknął się z kością. Rozłożyło mnie.

Poczułem jak moja czaszka ustępuje pod naciskiem patelnii. Wywróciłem oczami, aby spojrzeć na mężczyznę, który wciąż ściskał ją w ręce; trochę włosów przywarło do powierzchni. Upuścił papierosa na podłogę tuż obok mojej twarzy i zadeptał obcasem. Aż zakręciło mnie w nosie od odoru siarki. To nie był jakiś tam zwyczajny pet. Zadzwonił telefon.

Odebrał go. Spojrzał na mnie z góry.

– Jeszcze raz skorzystam z twojego telefonu. A ty przestań się martwić moją bryką.

W tym momencie straciłem przytomność, a kiedy się ocknąłem, byłem w bagażniku jadącego pojazdu, najpewniej tego cadillaca-kameleona. Nie wiedziałem, gdzie zabiera mnie John Wilson, dlaczego mnie uprowadził albo czy naprawdę tak się nazywa. Nie ma to w sumie teraz większego znaczenia – powiedziałem sam do siebie. – bo ani chybi do ranka będę trupem. Samochód pędził przed siebie przez jakąś godzinę, potem wreszcie się zatrzymał.

Kierowca wysiadł, mogłem dosłyszeć jego kroki na luźnym żwirze. Klucz przekręcił się w zamku bagażnika, klapa poszła w górę i stanąłem oko w oko ze Śmiercią, a nie Johnem Wilsonem.

–  Po prostu musiałeś się wtrynić – Wyciągnął mnie z bagażnika, stawiając na równe nogi.

Śmierć może i świecił nagim czerepem jak na niego przystało, ale jakoś zapomniał zdjąć swój zgnieciony melonik. Wyglądał przez to dość komicznie.

– Tak wlepiałeś gały w moją brykę, że nie mogłem pozwolić żebyś potem kłapał dziobem – Przeszedł na drugą stronę auta.

Chciałem obrócić głowę, ale kiedy próbowałem, w skroń wbiły mi się igiełki bólu. Burknąłem, przenosząc ciężar ciała z potłuczonego biodra.

– Ja… ja nikomu nie pisnąłbym słówka – zapewniłem, chwytając gwałtownie powietrze. Chyba poza rozwaloną czachą miałem też parę złamanych żeber.

– Nie kituj! Widziałem jak główkujesz co z tymi kolorami. Łżesz żebym cię puścił!

Nie zdawałem sobie sprawy, jakim Śmierć jest prostakiem. Było to naprawdę dość żałosne, więc zacząłem się śmiać. Nie przestałem nawet kiedy mnie kopnął. Chyba byłem bliski załamania.

– Nie bój nic. Ten telefon oszczędził mi kolejnych czterech stuleci czynszu – Wzruszył ramionami.

Zamilkłem, zaciekawiony tak dziwnym wytłumaczeniem. A może on mi dziękował.

– Doliczyłem to do rachunku, ale…

Spojrzał w moim kierunku, w pustych oczodołach pełgał ogień.

– Tak, myślę, że wezmę cię do roboty – Sięgnął ku mnie i poczułem jak moje ciało ogarnia chłodny paraliż.

****

Zdjąłem melonik, wchodząc do środka i mijając przysadzistą staruszkę. Miło z jej strony, że pozwoliła mi skorzystać z telefonu, ale już widziałem jak przygląda się mojemu autu. Westchnąłem, wykręcając znany już sobie numer, zdając sobie sprawę, że zanim skończę, ten samochód sprowadzi zgubę na wielu ludzi.

Jakimś cudem Ten Na Górze uznał go za dobry sposób ukarania za nękanie jego chrześcijańskich dziatek. Nie dało się go zakryć. Nie dało się go ukryć. Cholerstwo jaśniało jak zorza polarna.

Stanowił przynętę, przyciągającą tylko dobre dusze. Smakowite dusze. Stałem się piechurem, zbieraczem duchowej esencji, całej tej mocy. Płaciłem w imieniu Belzebuba za wynajem tego cudeńka od Sami-Wiecie-Kogo. Cóż, mimo wszystko bycie uczniem samego Starego Rogacza miało swoje plusy.

Przynajmniej wiem, że gdzieś tam w piekle zarezerwowano dla mnie przytulny kąt.

 

Sporty Wodne – Katherine Tomlinson (przeł. Magda Kożyczkowska )

Zaczęło się dla żartu.

No, może nie tyle żartowaliśmy, co chcieliśmy spłatać małego psikusa.

Powiedzieliśmy Joshowi, że owinięte łańcuchami pustaki to prowizoryczne kotwice, na co zareagował jedynie pytaniem:

– Do czego wam to?

– Po jednej na każdy koniec kajaku – odparł Conor. Josh wzruszył ramionami i wyzerował kolejne piwo.

Dopiero, kiedy zauważył, jak z końców łańcuchów dyndają kajdanki, odjebało mu kompletnie.

Z Josha był chuderlawy skurwysynek, ale strach dał mu kopa. Obaj musieliśmy przygwoździć go do podłogi, żeby zakuć kajdankami – jedne na prawej dłoni, drugie wokół lewej kostki.

Wił się i wierzgał, wykręcał i wrzeszczał, miotając łańcuchami z takim impetem, że wpijały się w miękkie kostki, brużdżąc je. Pustaki były jednak szczelnie owinięte i choć się bujały, pozostawały bezpiecznie w swoich łańcuchowych klatkach.

Josh zeszczał się, kiedy wciągnęliśmy go do kajaku i zaczęliśmy wiosłować w kierunku wyspy wyrastającej ze środka jeziora.

Wypłynęliśmy zaledwie na odległość jakichś 40 metrów, kiedy zaczął błagać.

Zrozumieliśmy wówczas, że udało nam się go złamać i powinniśmy skończyć nasz żart, psikus czy cokolwiek to było.

Jednak Conor, który zajął miejsce na dziobie, odwrócił się, żeby spojrzeć na twarz Josha, przez co nie zauważył wystającej z wody skały.

Kajak przechylił się, a pustaki wypadły, ciągnąc za sobą Josha.

Nie zdążył nawet krzyknąć.

– O, kurwa! – wrzasnął Conor, kiedy siłą powstrzymywałem go przed rzuceniem się w jego ślady.

– Kurwa – powtórzył. – Ryan, co my teraz zrobimy?

– Zamknij się – odpowiedziałem. – Musze się zastanowić.

– Widzę bąbelki, Ryan – krzyknął. W jego głosie było słychać ślady histerii. Wychylił się i studiował wodę, omal nie wywracając kajaku.

– Ryan, on wciąż żyje!

– Nie ma żadnych bąbelków – stwierdziłem i taka była prawda. Do tego czasu powierzchnia jeziora zdążyła się idealnie wygładzić.

– Zawróć kajak – rozkazałem.

– Ale Ryan – zaprotestował, gotów się ze mną kłócić.

– Nawet nie próbuj się spierać, Conor – warknąłem. – Zawróć kajak.

Odwaliłem większość roboty, wiosłując do hangaru na łodzie. Conor nie pisnął nawet słowem, kiedy zabezpieczaliśmy kajak w hangarze.

Zmyłem siki i krew, a potem dokładnie przetarłem wszystko, czego mogliśmy dotknąć.

Uknuliśmy nasz plan w sekrecie, więc dopóki żaden z nas nie zacznie paplać, nikt nie powinien nas powiązać ze zniknięciem Josha.

Zakładając, że ktoś w ogóle zauważy jego zniknięcie.

Zakładając, że kogoś to w ogóle obchodzi.

Conor był przekonany, że lada moment spadnie na nas kara boska. Trochę wody upłynęło, zanim zdołałem mu wyjaśnić, co zrobimy.

– Po prostu nie puść pary z jadaczki – powiedziałem, –a nikt się nie dowie.

– Tylko się wygłupialiśmy – próbował przekonać samego siebie.

– To był wypadek – zapewniłem. – To nie twoja wina.

Oczywiście, że zawinił. Gdyby się skupił na swoim zadaniu, nie uderzylibyśmy w tamtą skałę. Dopłynęlibyśmy na wyspę, wywleklibyśmy Josha na brzeg i wyjaśnilibyśmy mu, że nieładnie jest podrywać cudze dziewczyny. Chociaż chodziło o dziewczynę Conora, oczywiście to ja musiałbym gadać, bo z Conora był zbytni mięczak.

A kiedy już skończyłbym z wyjaśnieniami, cyknęlibyśmy zdjęcia zasmarkanej twarzy Josha i jego zaszczanych spodni, a ja zagroziłbym, że jeśli jeszcze kiedykolwiek choćby spojrzy na Brianę Lyons, to wrzucimy je do Internetu.

Wiedzieliśmy, ile dla niego znaczy wizerunek.

W życiu by nie wygadał.

A teraz nie mógłby, nawet gdyby chciał.

W gruncie rzeczy skończyło się idealnie.

Po trzech dniach jego współlokator zgłosił zaginięcie, ale policja nie była w stanie niczego ustalić. Wywieszono plakaty. Otwarto gorącą linię. Jego brat utworzył stronę na Facebooku, na której ludzie mogli zamieszczać swoje przemyślenia i teorie.

Większość doszła do wniosku, że Josh załamał się pod presją zdobywania dobrych ocen w Ivy League, do której dostał się po ukończeniu szkoły publicznej.

Jego współlokator upierał się, że Josh nigdzie by nie poszedł bez laptopa, jednak policjanci byli zawaleni kiepsko płatną robotą i, szczerze mówiąc, mieli to w dupie.

Tak naprawdę wszyscy mieli to w dupie.

Poza Conorem. Gość nie potrafił odpuścić.

Jakiś miesiąc trzymał nerwy na wodzy, ale w końcu pewnej nocy wtoczył się do mojego mieszkania tak pijany, że ledwo chodził.

– Nie zniosę tego, stary – wybełkotał, ziejąc we mnie oparami chmielu. – Musimy pójść do glin. Musimy wyjaśnić co się stało.

– Masz rację – przyznałem. – Powinniśmy natychmiast udać się na komisariat.

Pod wpływem ulgi niemal załkał.

– Dzięki, stary.

– Zrozumieją, że to był wypadek – zapewniłem. – Na pewno tylko poślą nas do terapeuty, czy coś w tym stylu.

– Tak myślisz? – spytał. Jego różowa twarz błyszczała od pijackiego potu.

– Chcieliśmy udzielić mu lekcji, to wszystko – tłumaczyłem. – A potem zdarzył się straszny, okropny wypadek.

– To był wypadek – powtórzył.

– Nie możesz prowadzić w tym stanie. Daj mi kluczyki.

Nie zdążyłem jeszcze wyjechać z parkingu akademika, a już stracił przytomność na siedzeniu pasażera. Kiedy dotarliśmy do hangaru, wciąż spał.

Zostawiając kluczyki w stacyjce i samochód na zapłonie, dźwignąłem jego ciężkie, bezwładne ciało i po schodach na górę.

Przy drzwiach zaczął odzyskiwać przytomność, walnąłem więc jego twarzą o solidny pal, do którego przywiązany był kajak, i znowu zemdlał.

Gdy już byliśmy w hangarze, po prostu wepchnąłem go do wody, przytrzymując mu twarz pod powierzchnią i obserwowałem ostatnie bąbelki.

Kiedy ktoś go znajdzie, pomyśli że wtoczył się do hangaru i zwyczajnie wpadł do wody, zbyt pijany żeby się z niej wydostać. Bliźnie na czole nikt nie będzie się przyglądał. A nawet jeśli, to dojdzie do wniosku, że Conor uderzył się w słup między kajakami.

Zostawiłem jego samochód na zapłonie, z otwartymi drzwiami i kluczykiem w stacyjce. Pewnie będzie tam jeszcze rano, z pustym bakiem i rozładowanym akumulatorem – rekwizyt w sztuce, którą wyreżyserowałem. Nikogo nie zastanowią moje odciski palców na kierownicy. Wszyscy wiedzą, że Conor pozwalał mi prowadzić. A jeśli ktoś zdecyduje się ukraść samochód – cóż, to nawet lepiej.

Kiedy wracałem do akademika, dostałem wiadomość od Briany. Chciała wiedzieć, czy widziałem Conora.

Briana była bardzo atrakcyjnym kąskiem. I z pewnością potrzebowała pocieszenia.

Wszystko skończyło się idealnie.

MJ -David Malcolm ( przeł. Kamil Głośnicki)

****** Argus, 25 sierpnia 1883

Sąd Koronny hrabstwa ******. Rozprawę prowadzi sędzia Renwick.

Dzisiejszego dnia Roger Arneil został uznany za winnego publicznego podszywania się pod kobietę celem prowokowania u poddanych Jej Królewskiej Mości bezwstydnych i niemoralnych zachowań oraz podania fałszywego imienia policjantowi, za co został skazany na rok uwięzienia połączonego z ciężkimi robotami w Zakładzie Poprawczym w Searskin Flints. Arneil został pochwycony na początku miesiąca w domu publicznym Wschodzące Słońce na Llewleyn Lane. Arneil, którego rzekomy adres zamieszkania to Deepdale, 43 Broadmoor Crescent, został pojmany przez znanego z bezwzględności dla występku sierżanta Terence’a Bairda z miejskiego posterunku policji, który dłuższy czas obserwował podejrzanego. Sierżant Baird zeznał przed sądem, że aresztował Arneila, gdy ten zbliżał się do akwizytora, aby zaproponować mu usługi seksualne. Wydając wyrok, sędzia Renwick wyraził nadzieję, że surowość kary będzie przestrogą dla innych ludzi o podobnych skłonnościach i pomoże wyplenić moralną zarazę, która przyszła z metropolii i coraz bardziej się rozprzestrzeniała. Pogratulował także sierżantowi jego wytrwałości w nieprzerwanym pościgu za zwyrodnieniem.

Obudziłem się w parku, w krzakach tuż przy rzece. Moje gardło przypominało rynsztok przy pijalni dżinu po sobotniej nocy. Zachowując czujność, wyczołgałem się z zarośli. Nikogo nie było w pobliżu. Usiadłem na ławce i wróciłem myślami do wcześniejszych wydarzeń.

Po tym jak sąd skazał tego obrzydliwego zboczeńca Arneila, wróciłem zadowolony do domu. Dałem żonie porządnego całusa i zasugerowałem, że liczę na wieczorne igraszki w łóżku. Synowi Johnowi posłałem jedynie krótkie, karcące spojrzenie, widząc jak czyta jeden ze swoich przeklętych tomików poezji. Dostawał ode mnie w skórę za mniejsze przewinienia. Tej nocy, po wyśmienitej kolacji, wygrzmociłem mocno Elsę, chociaż twierdziła, że jest wykończona. Następnego dnia obudziłem się wesoły i pewny siebie, do tego stopnia, że nie zauważyłem spojrzenia sierżanta posterunkowego, kiedy powiedział, że komendant chce ze mną pomówić.

– Piekielnie dobra robota, Baird – powiedział inspektor Chisolm, kiwając głową. – W normalnych okolicznościach przekazałbym swoją rekomendację naczelnikowi policji. Teraz, cóż. Nie jestem w stanie.

Odchrząknąłem.

– Czy coś się stało, panie komendancie?

– Owszem – ten wstrętny dewiant zbiegł. Podejrzany został wysłany pociągiem do Searskin, gdzie prawdopodobnie musiał odurzyć posterunkowego, zabrać mu kluczyki i zdjąć kajdanki. Ostatnio widziano go, jak jechał w stronę Manchesteru. Wykręcił niezły numer. Ktoś musiał mu pomóc.

Numer jak cholera, pomyślałem. Mogłem się pożegnać z moją rekomendacją. Nie mówiąc o tym, że plugawy zboczeniec dał nogę. Byłem wściekły.

Poszedłem do księgarni Martina Deansa. Miałem zamiar przyszpilić go tej samej nocy, kiedy ująłem jego kumpla Arneila, ale jakimś trafem nie przyłączył się wtedy do zabawy.

Pomiędzy zakurzonymi, wysokimi regałami zastawionymi badziewiem nie było nikogo poza Deansem. Zabrałem go na zaplecze sklepu.

– Ty chodzący ekskremencie – warknąłem. – Gadaj, kto pomógł Arneilowi albo wyduszę to z ciebie siłą.

– Zabieraj łapy, ignorancki prostaku – syknął.

Jego twarz spotkała się z moją ręką. Upadł między swoje książki. Usłyszałem dzwonek przy drzwiach i odwróciłem się do wyjścia.

– Jeszcze tu wrócę – rzuciłem. – Niedługo będziesz żarł pakuły i biegał w kieracie.

– Gertrude. Akt trzeci, scena druga – wyszeptał, gdy wychodziłem.

Wróciłem na komisariat i przesiedziałem tam zamyślony bezczynnie całe popołudnie. Sierżant powiedział, że jakaś młoda osoba chce się ze mną zobaczyć.

Tym kimś okazała się ładniutka pokojówka, Jeanie Rea. Spostrzegłem, że mnie podziwia. Same moje wąsy dawały ku temu dobry powód. Czy mogę zobaczyć się z jej panią? Miała pewną sprawę, która wiązała się Arneilem. Zrobiła do mnie wielkie oczy. Podała adres dobrej ulicy w Arnswick. Pogładziłem wąsy i zgodziłem się.

Dom był jednym z tych dużych ceglanych, tuż przy lesie. Korytarz pachniał ledwie wyczuwalnie stęchlizną. Bardzo ciekawiło mnie, cóż pani domu ma mi do powiedzenia.

– Pani Washburton – przywitała mnie z uśmiechem.

– Proszę, niech pani mówi, w czym mogę pomóc.

Była kobietą niezwykłej urody – smukłą blondynką. Miała na sobie jasnoniebieski jedwab.

Historia, którą mi opowiedziała była z tych najsmutniejszych. Jej mąż zaczął gustować w okrutnych zachciankach. Sprowadzał do domu same bezwstydne osoby. W opowieści pojawiło się użycie chloroformu w celach erotycznych. Kobieta obawiała się, że mąż może być zamieszany w spisek mający na celu, jak mniemała, uwolnić degenerata Arneila.

– Jak dobrze jest wreszcie ujrzeć prawdziwego mężczyznę w tym domu – powiedziała zbliżając się. – Och, sierżancie. Od dawna pana obserwowałam, z daleka. Wiem, że występek jest dla pana tak obrzydliwy jak dla mnie. Niech mnie pan uwolni z tych kajdan.

Położyła ręce na mojej piersi. Spojrzała mi w oczy. Była bliska płaczu.

– Błagam pana.

Pocałowaliśmy się namiętnie. Poczułem jej dłoń na moim rozporku. Wyszeptała „proszę” i uklęknęła. Jęknąłem z rozkoszy. Za plecami usłyszałem śmiech. Pokojówka Jeanie pogładziła mnie po klatce piersiowej. „Och, sierżancie”. Sięgnąłem ręką do tyłu, między jej nogi. Wyczułem coś, czego się nie spodziewałem. Znalazłem się pomiędzy dwom kobietami (kobietami?). Odwróciłem się w stronę pani domu. Uniosła moją dłoń i skierowała ją pomiędzy swoje nogi. Wpatrywały się we mnie – długimi, chłodnymi, oceniającymi spojrzeniami.

Chciałbym móc powiedzieć, że czymś mnie odurzyły. Nie, to stało się później. Wtedy byłem po prostu rozochocony. Nie miałem nad sobą władzy, poruszałem się od jednej do drugiej i robiłem posłusznie, co mi kazały.

Byłem im posłuszny.

Wypiliśmy do dna jakiś rubinowy trunek. Widziałem tańce cieni i kształtów. Młodzi chłopcy stawali się dziewczynami. Chłopcy zabawiali się swawolnie ze sobą. Dziewczyny dosiadały ich i siebie nawzajem. Uprawiały trybadyzm. Czyżby była tam moja żona Eliza? Mój syn John?

Podniosłem się z ławki i pospiesznie udałem się do Arnswick. Był wczesny poranek. Nikt mnie nie widział. Dotarłem do ceglanego domu. Wyglądał na opuszczony. Zapukałem do drzwi. Przez mur wychylił się sąsiad.

– Nikogo tam nie ma. Wyjechali na południe rok temu.

– Ostatnia noc – wydukałem. – Słyszał pan straszną muzykę? Widział pan światła?

– Nie było mnie wczorajszej nocy – odparł, patrząc się na mnie podejrzliwie. – Czy to nie pan, panie sierżancie Baird? Pan wygląda strasznie. Czy wszystko w porządku?

Uciekłem.

Nie mogłem wrócić jeszcze do domu, nie w takim stanie. Znałem prostytutkę, która mieszkała w małym mieszkaniu w Fishergate. Martha pozwoliłaby mi się umyć i ogolić. Być może ma nawet czystą koszulę.

Przywitała mnie z nieszczerym uśmiechem. Rozebrałem się i umyłem ciepłą wodą z dzbanka. Narkotykowe odurzenie przestało działać. Zacząłem zdawać sobie sprawę z wszystkich dziwnych odczuć i bólów, które wcześniej tłumiło. Dopiero w lustrze u Marthy dostrzegłem, że wygolono mi włosy na całym ciele, a na pośladkach miałem wytatuowane czarnymi literami imię: „Mary Jane”.

Nekrolog. 12 stycznia 1910 roku.

Ze smutkiem zawiadamiamy o śmierci pana Terence’a Bairda, pracownika ****** w hrabstwie ******. Pan Baird, były posterunkowy, zostanie zapamiętany jako obrońca biednych, pokrzywdzonych i (trzeba o tym przypomnieć) potępianych w całym kraju. Był szanowaną osobistością, a jego pogrzeb z pewnością będzie powodem do szczerego smutku mężczyzn i kobiet z biedniejszych ulic naszego miasta. Pozostawił po sobie żonę Elizę i syna Johna Bairda, poetę.

Tatuaż na autostradzie – Richard Godwin (przeł. Magda Kożyczkowska)

Sycząca szrama autostrady oglądana zza brudnego okna zdawała się opustoszała. Patty miała wrażenie, że znalazła się w mieście, do którego nie powinna mieć wstępu. W przydrożnej knajpie było zupełnie pusto, nie licząc kolesia w rogu. Gapił się na nią przez całą noc.

– Masz ogień? – zapytał, podchodząc bliżej.

– Pewnie – odparła Patty, zamaszystym ruchem otwierając zapalniczkę, której płomień na ułamek sekundy przysłonił brud, po czym szybko ją zamknęła.  – Mogę fajkę?

– Jasne.

Kelnerka najeżyła się. Krótki świst wykrochmalonego stroju i plaśnięcie zbyt długo żutej gumy. Rzuciła na nich okiem, nieznacznie skrzywiła usta.

Patty wyszła na zewnątrz, w mieszankę mrozu i oparów diesla. Po chwili ciszy zaczęli stałą pogawędkę palaczy. Pogoda, podróże, kierunki, psioczenie na to i owo. I właśnie wtedy to powiedział. Bez interludium, bez budowania napięcia. Tak, jakby zamawiał pizzę.

– Zeszłej nocy zabiłem człowieka.

Zaciągnął się głęboko i wydmuchał dym w kierunku nieba, a potem dodał, patrząc jej prosto w oczy:

– Gość zaczął cwaniakować. Tak naprawdę był nikim. Strzeliłem do niego. Dwukrotnie.

– Ach tak?

Cisza. I dwa skrzące się koniuszki papierosów w zimnie i smogu. Obok ze świstem przejechała ciężarówka.

– Czemu mi to mówisz? – zapytała.

– Bo zawsze, gdy kogoś zabiję, mam straszną ochotę…

– Pieprzysz.

– Podobasz mi się.

– Nie prześpię się z tobą.

– Nie chcę z tobą spać, skarbie. Ile ty masz w ogóle lat?

– Dwadzieścia sześć.

– Ach tak? Na wypadek gdybyś nie słyszała, grasuje tu pewien zły koleś. Lubi ćwiartować kobiety. Znacznie gorszy od starego Jima. Ja nie zabijam panienek, tylko je rucham.

– Potrafię o siebie zadbać.

– Podobno jedna kobitka dorobiła się nowego otworu w szyi. Właśnie tu, samiuteńka, z wyciągniętym kciukiem i cipką zamiast portfela. Nazywają go Morderczym Tirowcem, chociaż słyszałem, że jeździ pickupem.

– Dzięki za fajkę – rzuciła i weszła do środka.

Kelnerka przyglądała jej się zza lady, opierając dłonie na biodrach. Kolejny anonimowy sędzia. Patty patrzyła, jak jej spojrzenie blednie. Kelnerka wyszła na zaplecze. Patty zrobiło się słabo. Próbowała sobie przypomnieć, kiedy ostatnio jadła. Jim wszedł do pomieszczenia, śmiejąc się, i niemal tanecznym krokiem podszedł do miejsca, w którym siedziała.

– No dalej, skarbie, możemy to zrobić w kiblu – powiedział.

W powietrzu unosił się zapach pizzy.

– Ile masz?

– Wiedziałem, że jesteś na sprzedaż. Założę się, że jesteś warta stówkę.

– Sto pięćdziesiąt.

– Stoi.

Wyłuskał z portfela stos dziesiątek i ułożył je na jej dłoni.

– Do zobaczenia w kiblu – powiedziała.

Jim ruszył tam po kilku minutach.

Stała na samym końcu pomieszczenia, za pisuarami, przed jedyną czystą kabiną.

Jim wszedł do środku i zablokował drzwi starą miotłą.

– Alleluja, kociaku.

– No, dalej – powiedziała, wchodząc do kabiny i ściągając dżinsy.

– Słodki z ciebie cukiereczek.

Gdy poczuła dotyk jego skóry, zobaczyła nieskończone kilometry drogi. Wydawało jej się, że ktoś próbuje otworzyć drzwi w chwili, gdy w nią wszedł. Spojrzała przez ramię Jima na muchę chodzącą po graffiti. Czuła na pośladkach chłód ściany, kiedy kończył.

Mrugnął do niej i pogładził ją po policzku.

– Mówiłem, że nie jestem Morderczym Tirowcem.

Potem zerknął na jej prawe przedramię i pokręcił głową. Przez wytatuowane słowo „Mama” przechodziła poszarpana blizna.

Wyszedł i po chwili usłyszała odjeżdżającego pickupa. Zerknęła w lustro.

Myślała o jedzeniu, kiedy drzwi otworzyły się z hukiem i do łazienki weszła kelnerka.

– Wiedziałam! – warknęła. – Widziałam, jak wychodzi. Dzwonię po gliny.

– Czemu z ciebie taka suka?

– Popełniłaś wielki błąd, dziwko.

– Nie będziesz mnie nazywać dziwką. Jesteś tylko jebaną kelnerką.

Kiedy próbowała odejść, Patty chwyciła ją za włosy. Kobieta odwróciła się i wymierzyła Patty silny policzek.

– Szkoda, że morderca nie wybrał ciebie – powiedziała kelnerka.

Patty uśmiechnęła się.

– Ach tak?

Zacisnęła jedną pięść na stroju kelnerki, gdy drugą sięgała po nóż sprężynowy, żeby poderżnąć jej gardło. Ostrze wciąż poruszało się w powietrzu, gdy krew trysnęła na ściany, a kelnerka chwiała się na nogach, wybałuszając oczy. Patty obserwowała, jak upada, sięgając dłonią po coś, czego nigdy nie odnalazła.

Przeszła nad ciałem, wyszła z knajpki i pomachała do przejeżdżającej ciężarówki.

Jim wrócił tam następnego dnia i usłyszał, że kelnerka zginęła z rąk Morderczego Tirowca.

Zawsze kiedy tam sikał, wspominał seksowne, wytatuowane stworzenie, które przeleciał, gdy nad pisuarem unosiła się para, niczym mgła.

Groteska – K. A. Laity (przeł. Filip Cieślak)

Tony donośnym głosem referował mi zażalenie, jakie złożył w związku z podwyżką cen wody.

– Absolutnie nie do przyjęcia, skandaliczne, zatrważające – recytował, żywo wymachując Carlsbergiem i zachlapując pianą brązową podłogę.

Spacer do pubu był niczym wędrówka po mieście duchów, jakby nagle każdy wybył z miasta, rzucił je niczym gównianą robotę i wyjechał w pizdu do Holandii, Monachium albo Rzymu.  Ale to był tylko finał mistrzostw. Takie problemy nie istniały u Tony`ego. Telewizor wciąż wiszący nad tarczą do darta nie działał od czasów Erica Bristowa. Wyposażony był teraz w rozczapierzoną perukę z pajęczyn, która ładnie komponowała się z całą resztą wystroju, od wykrzywionego blatu barowego do śmierdzącego klopa z tyłu. Jeśli jakaś pani zachciałaby przypudrować nosek, zaniepokoiłby ją brak drzwi z napisem „damski”, a potem urocze zdjęcie prostytutki ze skrzyżowanymi nogami. Dotychczas jednak żadna kobieta nie przekroczyła tutejszego progu. Być może winny temu jest wystrój wnętrza, którego głównym elementem jest brąz z odcieniami brązu. Może pewną rolę odgrywa tu też nastrój tworzony przez niedomytych mężczyzn w kwiecie wieku, świeżo po szychcie. Wszyscy młodzi faceci poszli do lśniących pubów sportowych, by pośród kakofonii ekranów wychylać jak soczek drinki o głupkowatych nazwach. Mieliśmy tu dwa rodzaje lagera, jeden ale i Guinnessa na boku dla starszych panów z wyspy. Latem mogłeś też dostać puszkę Budweisera, by raczyć się nią w „ogródku piwnym”, którego wyposażenie stanowił plastikowy stolik ustawiony na betonie – centralnie między śmietnikiem a szarą ścianą piętrowego parkingu. Główną atrakcją wydawało się pozwolenie na plucie. Tony doszedł właśnie do kulminacyjnego punktu swojej tyrady:

– Zdrajcy klasy robotniczej! Sześćdziesięciogodzinny tydzień pracy!

Gdy do pubu wszedł Huckleberry Bob, natychmiast zapadła cisza. Być może chodziło o opowieści o tym, jaki to z niego zabijaka: mając 15 lat pobił sąsiada, któremu nie spodobało się, że doberman Boba, Bękart, postawił kilka parujących, brązowych podarunków na azaliach. Biedny stary Gary wciąż kuśtykał. Wszyscy starali się trzymać od Boba z daleka. I to niekoniecznie z racji jego przyzwyczajenia do bełkotania jakiś niepokojących słów pod nosem, zazwyczaj skierowanych do sąsiadów, dentysty lub w niebiosa. Prawdopodobnie w całym pubie zapadła taka upiorna cisza, bo wyglądało na to, że Huckleberry Bob jest pokryty krwią. Deska dzierżona w lewej dłoni wcale nie łagodziła sytuacji. Nikt nie  patrzył na niego bezpośrednio. Zrobiło się więcej miejsca, albo tak co najmniej się zdawało, kiedy nasz oddech stał się płytszy. Niekończącą się chwilę przerwał jego brat Jack:

– Co tam słychać, Bob? – Nikt nie nazywał go Huckleberry prosto w twarz.

Bob nic nie odpowiedział, ale odwrócił głowę w stronę brata. Bez słowa wyciągnął pistolet i strzelił mu prosto w jego lśniącą glacę. Jack cofnął się plecami w lustro, które wytrzymało lata zaniedbań, a teraz również ciężar ćmy barowej, która to osunęła się po nim na lepką posadzkę.

Cisza pękła niczym szkło rozbitych kufli, które runęły na ziemię. Rozległy się krzyki i wszyscy zaczęli szukać wyjścia. Szkoda tylko, że Bob stał przy drzwiach, a drugie prowadziły do ogródka.  Większość wybrała właśnie tę drugą drogę, ale szybko utknęli w przejściu jak bracia Marx na imprezie. Kilku skitrało się w klopie, ale to był chyba gorszy pomysł niż ogródek. Stanąłem jak kretyn przy filarze. Zasłoną tego nazwać nie było można.

Huckleberry Bob ruszył za grupką desperatów wpychających się jeden na drugiego, oby tylko przebić się do ogródka i zaczął okładać ich po tyłkach deską, jeszcze bez strzelania do kogokolwiek. Wyglądało na to, że goście w kiblu brali co pod ręką i nieprzybite do ścian, by zablokować jakoś drzwi, ale zamarli w bezruchu, gdy wreszcie rozległ się huk.

Niektórym się udało, niektórzy leżeli na podłodze w kałużach krwi. Tony był jednym z nich. Nie wiem, czemu zamarzłem. Kiedy Bob odwrócił się od ogródka, każda część mojego ciała podpowiadała mi, bym uciekał, a ja stałem dalej.

Bob podszedł chwiejnym krokiem. Nie spieszył się, nie pocił. Tak prawdę mówiąc, to wydawał się odurzony; miał zaczerwienione oczy i zwiotczałą twarz. Niech chroni mnie święty ogień Brygidy! Powtarzałem modlitwę matki, którą słyszałem tysiące razy albo i więcej w rodzinnej wiosce, zanim przybyłem na ziemie wroga.  Niczym iskry wiecznego ognia, słowa same nasunęły mi się na język:

– Jak tam twój pies, Bob?

Bękart zdechł kilka lat wcześniej, ale został zastąpiony jednym ze swoich szczeniaków: obrzydliwa kopia wabiła się Junior.

Teraz przyszła kolej na to, by Bob zamarzł. Jego palce zadrżały i deska upadła na ziemię. Ku mojemu zaskoczeniu począł szlochać.

– Nie żyje!

– Co ty do diabła mówisz?! Co się stało?

Zaczał się kołysać i miałem wrażenie, że zaraz się przewróci. Szloch wstrząsnąłego potężną tuszą, a on wytarł przedramieniem twarz, biorąc nierówny oddech.

– Samochód. Jakiś pierdolony Torys w odpicowanej furze go przejechał – łkał.

Położyłem delikatnie dłoń na jego ramieniu, gotowy, by rzucić się do ucieczki.

– Szkoda go, Bob, naprawdę szkoda. – Postawić ci piwo?

Pokiwał głową, więc przeszedłem za bar nad ciałem Jacka i polałem mu kufel.

– To pewnie dlatego masz całe ciuchy we krwi – powiedziałem, by podtrzymać konwersację.

Bob spojrzał w dół, jakby dopiero zauważył czerniejące plamy na ubraniu. Przesunąłem kufel po blacie, a on wychlał go natychmiast, wycierając raz jeszcze zakrwawioną twarz. Zacząłem nalewać drugi, nie zważając na drżące dłonie.

Bobowi się trochę odbiło, ale chociaż przestał płakać. Złapał za utytłaną koszulkę.

– Niee, to tego toryskiego ścierwa. Myślę, że wracał pewnie z cash-n-carry z zapasem drewna w swoim Range Roverze.

– Przydało się – dodałem, kładąc napełniony kufel na barze.

– Masz rację – zgodził się i wziął się za picie, tym razem odrobinę wolniej. – Masz dużo racji.

– Dziwny jest ten świat, Bob – powiedziałem, nalewając sobie piwo.

Usłyszałem dźwięk syren w oddali.