Cadillac – Carrie Clevenger (przeł. Antoni Kaja)

Był czwarty czerwca, kiedy cień kierowcy tego cadillaca przesłonił mój próg. Nosił idealnie przylegający do uszu melonik, nieco zmięty ponad brwiami. Miał ze sobą swego rodzaju niewielką metalową walizkę z połyskującym zamkiem, ale to nie jego osoba czy ubiór tak na mnie podziałały. Tylko jego samochód. Ten szary cadillac to było dopiero coś.

Przycupnięty na krawężniku niczym metaliczny ptak drapieżny na gałęzi, spoglądał na mnie gniewnie poprzez cienką siatkę w drzwiach. Chciałem się od niego odciąć. Zaciągnąć zasłony i zejść do piwnicy. Nie odbijało się od niego słońce. Nie rzucał też cienia. Po prostu przykucnął z nosem beztrosko wetkniętym w trawnik oraz zaczątki kolczastych chwastów, których jeszcze nie miałem okazji wyciąć. Zatraciłem się w tej jego szarości, barwie wypalonego starego betonu. Szarości głębszej niż jakakolwiek barwa; odcieniu włazu studzienki na zimę. Powstrzymałem dreszcze.

Przedstawił się jako John. John Wilson. Domyślałem się, że kłamie. Spojrzał ponad moim ramieniem, już pochylając się w drzwiach, a ten szalony samochód zdawał się popierać jego prośbę o użycie mojego telefonu. Zaoferował mi dwudziestopięciocentówkę za pomoc i wbrew sobie przystałem na to. Co innego mogłem zrobić? Wytarłem ręce w kuchenny ręcznik, poluźniłem krawat. Drzwi frontowe zostawiłem otwarte, żeby mieć oko na tego cadillaca, jakby w obawie, że może znienacka pożreć dzieciaki sąsiadów.

John Wilson podczepił jakiś dziwny przyrząd do podstawy mojego telefonu, wykręcił numer, mamrotał coś przez parę sekund do słuchawki, po czym rozłączył się, pozwalając jej od razu z trzaskiem opaść na widełki. Domyśliłem się, że wykręcił zamiejscową, w końcu tak długo obracał tarczą, w kółko i w kółko. Dałbym mu znać, że panują tutaj inne zasady, ale pewnie niewiele by go to obeszło. Nic a nic. Właściwie już miałem otworzyć usta, żeby powiedzieć co o tym myślę, kiedy spostrzegłem cadillaca. Nie był już szary.

O nie, okrył się ładnym, gładkim lakierem barwy szminkowej czerwieni. Zatoczyłem się do tyłu, obracając, żeby uzyskać wyjaśnienie całego tego absurdu, gotów pod byle pretekstem pozbyć się tego mężczyzny z domu, a wraz z nim jego paskudnego dużego auta.

John rozgościł się w kuchni, podziwiając garnki oraz patelnie o miedzianym spodzie, zapalając jednocześnie papierosa. W mojej kuchni. Ja nie paliłem. On też nie powinien, ale byłem już zbyt zahukany. Odszukałem wzrokiem wiszący w korytarzu krucyfiks, mamrocząc do Boga prośbę o to, żeby jeszcze ten jeden, jedyny raz czuwał nade mną, niech będą Mu dzięki, Amen. John Wilson dalej rozkoszował się dymem, tworząc z niego idealne kółka przy każdym wydechu.

– Hej – zacząłem, gdy coś mnie tknęło i spojrzałem znów na cadillaca. Wyszczerzył się do mnie trawiastą zielenią.

– Co do diaska… hej! Ten samochód! – wykrzyknąłem, zaczynając myśleć o tym, dlaczego General Motors miałoby nie reklamować swoich nowych modeli zmieniających barwy. Wtedy mi przygrzmocił. Zatoczyłem się, starając uniknąć ciosu, ale metal zetknął się z kością. Rozłożyło mnie.

Poczułem jak moja czaszka ustępuje pod naciskiem patelnii. Wywróciłem oczami, aby spojrzeć na mężczyznę, który wciąż ściskał ją w ręce; trochę włosów przywarło do powierzchni. Upuścił papierosa na podłogę tuż obok mojej twarzy i zadeptał obcasem. Aż zakręciło mnie w nosie od odoru siarki. To nie był jakiś tam zwyczajny pet. Zadzwonił telefon.

Odebrał go. Spojrzał na mnie z góry.

– Jeszcze raz skorzystam z twojego telefonu. A ty przestań się martwić moją bryką.

W tym momencie straciłem przytomność, a kiedy się ocknąłem, byłem w bagażniku jadącego pojazdu, najpewniej tego cadillaca-kameleona. Nie wiedziałem, gdzie zabiera mnie John Wilson, dlaczego mnie uprowadził albo czy naprawdę tak się nazywa. Nie ma to w sumie teraz większego znaczenia – powiedziałem sam do siebie. – bo ani chybi do ranka będę trupem. Samochód pędził przed siebie przez jakąś godzinę, potem wreszcie się zatrzymał.

Kierowca wysiadł, mogłem dosłyszeć jego kroki na luźnym żwirze. Klucz przekręcił się w zamku bagażnika, klapa poszła w górę i stanąłem oko w oko ze Śmiercią, a nie Johnem Wilsonem.

–  Po prostu musiałeś się wtrynić – Wyciągnął mnie z bagażnika, stawiając na równe nogi.

Śmierć może i świecił nagim czerepem jak na niego przystało, ale jakoś zapomniał zdjąć swój zgnieciony melonik. Wyglądał przez to dość komicznie.

– Tak wlepiałeś gały w moją brykę, że nie mogłem pozwolić żebyś potem kłapał dziobem – Przeszedł na drugą stronę auta.

Chciałem obrócić głowę, ale kiedy próbowałem, w skroń wbiły mi się igiełki bólu. Burknąłem, przenosząc ciężar ciała z potłuczonego biodra.

– Ja… ja nikomu nie pisnąłbym słówka – zapewniłem, chwytając gwałtownie powietrze. Chyba poza rozwaloną czachą miałem też parę złamanych żeber.

– Nie kituj! Widziałem jak główkujesz co z tymi kolorami. Łżesz żebym cię puścił!

Nie zdawałem sobie sprawy, jakim Śmierć jest prostakiem. Było to naprawdę dość żałosne, więc zacząłem się śmiać. Nie przestałem nawet kiedy mnie kopnął. Chyba byłem bliski załamania.

– Nie bój nic. Ten telefon oszczędził mi kolejnych czterech stuleci czynszu – Wzruszył ramionami.

Zamilkłem, zaciekawiony tak dziwnym wytłumaczeniem. A może on mi dziękował.

– Doliczyłem to do rachunku, ale…

Spojrzał w moim kierunku, w pustych oczodołach pełgał ogień.

– Tak, myślę, że wezmę cię do roboty – Sięgnął ku mnie i poczułem jak moje ciało ogarnia chłodny paraliż.

****

Zdjąłem melonik, wchodząc do środka i mijając przysadzistą staruszkę. Miło z jej strony, że pozwoliła mi skorzystać z telefonu, ale już widziałem jak przygląda się mojemu autu. Westchnąłem, wykręcając znany już sobie numer, zdając sobie sprawę, że zanim skończę, ten samochód sprowadzi zgubę na wielu ludzi.

Jakimś cudem Ten Na Górze uznał go za dobry sposób ukarania za nękanie jego chrześcijańskich dziatek. Nie dało się go zakryć. Nie dało się go ukryć. Cholerstwo jaśniało jak zorza polarna.

Stanowił przynętę, przyciągającą tylko dobre dusze. Smakowite dusze. Stałem się piechurem, zbieraczem duchowej esencji, całej tej mocy. Płaciłem w imieniu Belzebuba za wynajem tego cudeńka od Sami-Wiecie-Kogo. Cóż, mimo wszystko bycie uczniem samego Starego Rogacza miało swoje plusy.

Przynajmniej wiem, że gdzieś tam w piekle zarezerwowano dla mnie przytulny kąt.

 

Advertisements

W najciemniejszym zaułku – Chris Rhatigan (przeł. Magda Kożyczkowska )

Właśnie brała prysznic – jak miała na imię? Sara? Melissa? Joan? – a ja siedziałem na jej obleczonym wysokogatunkową pościelą łóżku. Miała mnóstwo ładnego badziewia. Skórzaną sofę. Luksusowy zegarek. Telefon komórkowy, będący w stanie samodzielnie zabić człowieka, ale też przygotować omlet w stylu Denver.

Mnóstwo ładnego badziewia przy zupełnym braku stylu.

Tak czy inaczej, założyłem ciuchy, które miałem na sobie poprzedniej nocy i postanowiłem zostać kryminalistą. Nie była to prosta decyzja. Poważnie zastanawiałem się, czy nie dołączyć do niej w łazience – szczególnie, że zostawiła uchylone drzwi – i kochać się z nią pod prysznicem, ale potrzebowałem pieniędzy. Nie to co ona, umówmy się.

Wziąłem zegarek, laptop, jakiś tablet i wyszedłem. Chciałem wziąć też telefon, ale wymiana telefonu jest strasznie upierdliwa. Nie jestem przecież sadystą.

Minąłem ludzi na korytarzu, schodach i ulicy, ale nikt nic nie powiedział, nikt też nie rzucał mi podejrzliwych spojrzeń. Pewnie przez moją koszulę. Dopiętą na ostatni guzik, z kołnierzykiem, błękitną w prążki. Wzbudzała szacunek.

Samochód zaparkowałem za barem, w którym spotkałem Sarę-Melissę-Joan. Pojechałem do lombardu i sprzedałem łupy po znacznie zaniżonej ceny. Przynajmniej kolesia nie interesowało ich pochodzenie, a ja nagle miałem dość gotówki, żeby opłacić czynsz.

Przez dwa lata i osiem miesięcy byłem kasjerem w Bullseye. Zarząd uzasadnił moje nagłe zwolnienie kwestiami ekonomicznymi, ja jednak wiedziałem, że chodziło o kasy samoobsługowe, które zainstalowali dwa tygodnie wcześniej. Wyeliminowali interakcję międzyludzką na rzecz doświadczenia idealnych zakupów. Firmy uwielbiają maszyny, ponieważ nie wymagają towarzystwa pracowników i nie krzywią się, kiedy podchodzą do nich klienci.

Wróciłem do siebie i zacząłem żałować dokonanej kradzieży. Mogłem teraz jeść gorące placuszki jagodowe i udawać, że bawią mnie jej żarty albo posuwać ją pod prysznicem. Zamiast tego siedziałem na kratce po mleku w swoim obskurnym mieszkaniu, paliłem papierosa i gapiłem się na ślady palców na szybie.

Co by nie mówić, pieniądze były niezłe. Co dalej? Może powinienem obrabować bank? Wydawać by się mogło, że byle idiota potrafi tego dokonać, jeśli ma maskę narciarską i coś, co w jakimś stopniuprzypomina spluwę. Ale to już przestępstwo federalne, poważny skok.

Nie mogłem podjąć tej decyzji bez kawy. Już chciałem po raz trzeci przelać te same fusy wrzątkiem, kiedy przypomniałem sobie o przypływie gotówki. Poszedłem do Starbucksa, gdzie zamówiłem najdroższy napój w menu.

*

Mżawka zrosiła ciemne, błyszczące okna biurowców. O tej porze na zewnątrz spotykało się tylko meneli. Nie żeby to miasto o jakiejkolwiek porze było tętniącą życiem metropolią.

Po trzech godzinach rozmyślania, papierosów i kawy, postanowiłem na kogoś napaść. Nic skomplikowanego i łatwo uniknąć konsekwencji.

Krążyłem wokół pięciu tych samych bloków, szukając potencjalnej ofiary. Sieci restauracyjne już dawno się pozamykały, a i ruch w barach nie był imponujący. Trzymałem rękę w kieszeni, zaciskając palce na śrubokręcie. Żułem niezapalonego papierosa. Włosy przykleiły mi się do twarzy. Marzyłem o tym, żeby deszcz rozpadał się na dobre i w ciągu kilku minut zmoczył świat to suchej nitki. Nic takiego się nie stało.

Niski koleś w średnim wieku ubrany w trencz i melonik szedł z opuszczoną głową w moim kierunku, w ręku trzymając neseser. Zastanawiałem się, czy siedział w biurze do późna. A może jego stylówa była przykrywką dla ruchania sekretarki za plecami żony. Jednak sposób w jaki posępnie szurał nogami na to nie wskazywał.

Co mnie obchodziło, dlaczego nie był w domu? Dlaczego w ogóle się nad tym zastanawiałem?

– Masz ogień? – zapytałem.

Zwolnił odrobinę, ale nie uniósł głowy. Próbował mnie ominąć. Zagrodziłem mu drogę.

– Portfel. Oddawaj. Już

Pociągnął nosem, który wyglądał jak rzodkiewka.

– Idę do domu.

– Co? Nie obchodzi mnie, dokąd idziesz – docisnąłem tył śrubokrętu do kieszeni. – Nie chcę tego użyć, jasne?

Potarł nasadę nosa, tak jakby dostawał migreny, ilekroć ktoś go napadał.

– Posłuchaj, nie mogę…

 

Walnąłem go z całej siły w szczękę. Bolało jak diabli. Pomasowałem knykcie, które zdawały się przestać funkcjonować. Człowiek-Rzodkiewka zgiął się w pół. Rozważałem kopnięcie go w brzuch, żeby na pewno zrozumiał mój przekaz, ale zobaczyłem, że pluje krwią na chodnik i zrobiło mi się niedobrze. Przywarł do chodnika jak zużyta chusteczka.

Nie jestem pewien, dlaczego załatwiłem sprawę w ten sposób. Może chciałem położyć temu kres, zanim jakiś gliniarz wkroczy do akcji albo bohaterski przechodzień zainterweniuje, bohatersko kopiąc mi tyłek.

Uklęknąłem przy Rzodkiewce i położyłem dłoń na jego ramieniu. Miał miękki płaszcz. Prawdopodobnie z zamszu albo czegoś podobnego.

– To jak będzie z tym portfelem, co?

*

Jeśli chcecie znać moją opinię, to strasznie dużo zachodu o dwadzieścia siedem dolców. Musicie znaleźć odpowiednią osobę, upewnić się, że nie ma w pobliżu świadków, stworzyć zagrożenie. I nawet wtedy to loteria – może mieć pieniądze, może ich nie mieć.

Wróciłem do mieszkania, nałożyłem woreczek lodu na stłuczoną dłoń, zawinąłem się w koc i odpaliłem telewizor.

Chris Hansen stawiał zarzuty pedofilowi, który wydawał się zaskoczony swoim losem. Nienawidziłem Chrisa Hansena, jego plastikowych włosów i przekonania o swojej wyższości nad resztą świata.

Sięgnąłem do kieszeni po portfel Rzodkiewki. Rozważałem użycie jego karty kredytowej i kradzież tożsamości. Ale pewnie tak właśnie najłatwiej dać się złapać. Człowiek robi coś, o czym nie ma pojęcia i ani się obejrzy, a do jego drzwi wali policjant.

Rzodkiewka tak naprawdę nazywał się John Ballard. Spozierał posępnie ze zdjęcia w prawie jazdy. Tak, jakby żona właśnie od niego odeszła i zabrała ze sobą psa. Poza tym niewiele tam było. Kilka rachunków, karta rabatowa do punktu kanapkowego. Zdjęcie szkolne, prawdopodobnie jego córki, uśmiechniętej dziewczynki w za dużej niebieskiej koszulce.

Rzuciłem portfel na podłogę.

*

Następnego dnia wcześnie rano pojechałem do domu Johna Ballarda. Mieszkał w Port Chester. Najwyraźniej nie wyruszyłem dostatecznie wcześnie, bo droga 287 była tak zakorkowana, że samochody niemal się stykały. Zapełniłem popielniczkę kiepami. Wnętrze samochodu było zadymione jak speluna z lat 90.

Jadąca przede mną lexusem kobieta uderzyła pięściami w kierownicę; mięśnie szyi miała napięte jak struny fortepianu.

– JEDŹ KURRRWAAA – wrzeszczała.

Dobra rada. Szkoda, że nikt nie mógł się do niej dostosować.

Włożyłem jego portfel do uchwytu na kubek, tak że patrzył na mnie ze smutnego zdjęcia. Zabranie rzeczy Sary-Melissy-Joan było proste, ale John Ballard mnie prześladował. Nawet nazwisko miał smutne jak gówno.

Nie wydawał się skłonny wnieść oskarżenie. Zapewne będzie szczęśliwy z odzyskanego portfela i zrozumie, kiedy wyjaśnię mu, w jak podłej sytuacji się znajduję (strategicznie dodając kilka białych, dramatycznych kłamstewek). Wyglądał na kolesia, który daje ludziom drugą szansę. Nie wspominając już o tym, że miałem na sobie wzbudzającą szacunek koszulę w błękitne prążki.

Mieszkanie Ballarda mieściło się w połowie pagórka. Nędzny bliźniak o charakterze i uroku miski błyskawicznej owsianki. Trawnik i szpary w chodniku z taniej kostki przejęły chwasty.

Zapukałem do drzwi. Złożyłem dłonie. Światła były zapalone. Zajrzałem przez witrażowe okno.

Ballard osunął się na szklany stolik kawowy. Krew sączyła się na album Ansela Adamsa, tworząc kałużę na zdjęciu ośnieżonego szczytu. Pistolet leżał obok, na dywanie.

Zamknąłem na chwilę oczy, a potem znów spojrzałem. Nic się nie zmieniło, poza tym, że do pokoju wkroczył pręgowany kot, który ostrzył sobie pazurki na narzucie na sofie.

Kucnąłem przy drzwiach. Nos cholernie mnie swędział. Trwałem tak przez chwilę, wściekle się drapiąc, jak jakieś zwierzę.

Zastanawiałem się, co u diabła zrobię z tym portfelem.

Sporty Wodne – Katherine Tomlinson (przeł. Magda Kożyczkowska )

Zaczęło się dla żartu.

No, może nie tyle żartowaliśmy, co chcieliśmy spłatać małego psikusa.

Powiedzieliśmy Joshowi, że owinięte łańcuchami pustaki to prowizoryczne kotwice, na co zareagował jedynie pytaniem:

– Do czego wam to?

– Po jednej na każdy koniec kajaku – odparł Conor. Josh wzruszył ramionami i wyzerował kolejne piwo.

Dopiero, kiedy zauważył, jak z końców łańcuchów dyndają kajdanki, odjebało mu kompletnie.

Z Josha był chuderlawy skurwysynek, ale strach dał mu kopa. Obaj musieliśmy przygwoździć go do podłogi, żeby zakuć kajdankami – jedne na prawej dłoni, drugie wokół lewej kostki.

Wił się i wierzgał, wykręcał i wrzeszczał, miotając łańcuchami z takim impetem, że wpijały się w miękkie kostki, brużdżąc je. Pustaki były jednak szczelnie owinięte i choć się bujały, pozostawały bezpiecznie w swoich łańcuchowych klatkach.

Josh zeszczał się, kiedy wciągnęliśmy go do kajaku i zaczęliśmy wiosłować w kierunku wyspy wyrastającej ze środka jeziora.

Wypłynęliśmy zaledwie na odległość jakichś 40 metrów, kiedy zaczął błagać.

Zrozumieliśmy wówczas, że udało nam się go złamać i powinniśmy skończyć nasz żart, psikus czy cokolwiek to było.

Jednak Conor, który zajął miejsce na dziobie, odwrócił się, żeby spojrzeć na twarz Josha, przez co nie zauważył wystającej z wody skały.

Kajak przechylił się, a pustaki wypadły, ciągnąc za sobą Josha.

Nie zdążył nawet krzyknąć.

– O, kurwa! – wrzasnął Conor, kiedy siłą powstrzymywałem go przed rzuceniem się w jego ślady.

– Kurwa – powtórzył. – Ryan, co my teraz zrobimy?

– Zamknij się – odpowiedziałem. – Musze się zastanowić.

– Widzę bąbelki, Ryan – krzyknął. W jego głosie było słychać ślady histerii. Wychylił się i studiował wodę, omal nie wywracając kajaku.

– Ryan, on wciąż żyje!

– Nie ma żadnych bąbelków – stwierdziłem i taka była prawda. Do tego czasu powierzchnia jeziora zdążyła się idealnie wygładzić.

– Zawróć kajak – rozkazałem.

– Ale Ryan – zaprotestował, gotów się ze mną kłócić.

– Nawet nie próbuj się spierać, Conor – warknąłem. – Zawróć kajak.

Odwaliłem większość roboty, wiosłując do hangaru na łodzie. Conor nie pisnął nawet słowem, kiedy zabezpieczaliśmy kajak w hangarze.

Zmyłem siki i krew, a potem dokładnie przetarłem wszystko, czego mogliśmy dotknąć.

Uknuliśmy nasz plan w sekrecie, więc dopóki żaden z nas nie zacznie paplać, nikt nie powinien nas powiązać ze zniknięciem Josha.

Zakładając, że ktoś w ogóle zauważy jego zniknięcie.

Zakładając, że kogoś to w ogóle obchodzi.

Conor był przekonany, że lada moment spadnie na nas kara boska. Trochę wody upłynęło, zanim zdołałem mu wyjaśnić, co zrobimy.

– Po prostu nie puść pary z jadaczki – powiedziałem, –a nikt się nie dowie.

– Tylko się wygłupialiśmy – próbował przekonać samego siebie.

– To był wypadek – zapewniłem. – To nie twoja wina.

Oczywiście, że zawinił. Gdyby się skupił na swoim zadaniu, nie uderzylibyśmy w tamtą skałę. Dopłynęlibyśmy na wyspę, wywleklibyśmy Josha na brzeg i wyjaśnilibyśmy mu, że nieładnie jest podrywać cudze dziewczyny. Chociaż chodziło o dziewczynę Conora, oczywiście to ja musiałbym gadać, bo z Conora był zbytni mięczak.

A kiedy już skończyłbym z wyjaśnieniami, cyknęlibyśmy zdjęcia zasmarkanej twarzy Josha i jego zaszczanych spodni, a ja zagroziłbym, że jeśli jeszcze kiedykolwiek choćby spojrzy na Brianę Lyons, to wrzucimy je do Internetu.

Wiedzieliśmy, ile dla niego znaczy wizerunek.

W życiu by nie wygadał.

A teraz nie mógłby, nawet gdyby chciał.

W gruncie rzeczy skończyło się idealnie.

Po trzech dniach jego współlokator zgłosił zaginięcie, ale policja nie była w stanie niczego ustalić. Wywieszono plakaty. Otwarto gorącą linię. Jego brat utworzył stronę na Facebooku, na której ludzie mogli zamieszczać swoje przemyślenia i teorie.

Większość doszła do wniosku, że Josh załamał się pod presją zdobywania dobrych ocen w Ivy League, do której dostał się po ukończeniu szkoły publicznej.

Jego współlokator upierał się, że Josh nigdzie by nie poszedł bez laptopa, jednak policjanci byli zawaleni kiepsko płatną robotą i, szczerze mówiąc, mieli to w dupie.

Tak naprawdę wszyscy mieli to w dupie.

Poza Conorem. Gość nie potrafił odpuścić.

Jakiś miesiąc trzymał nerwy na wodzy, ale w końcu pewnej nocy wtoczył się do mojego mieszkania tak pijany, że ledwo chodził.

– Nie zniosę tego, stary – wybełkotał, ziejąc we mnie oparami chmielu. – Musimy pójść do glin. Musimy wyjaśnić co się stało.

– Masz rację – przyznałem. – Powinniśmy natychmiast udać się na komisariat.

Pod wpływem ulgi niemal załkał.

– Dzięki, stary.

– Zrozumieją, że to był wypadek – zapewniłem. – Na pewno tylko poślą nas do terapeuty, czy coś w tym stylu.

– Tak myślisz? – spytał. Jego różowa twarz błyszczała od pijackiego potu.

– Chcieliśmy udzielić mu lekcji, to wszystko – tłumaczyłem. – A potem zdarzył się straszny, okropny wypadek.

– To był wypadek – powtórzył.

– Nie możesz prowadzić w tym stanie. Daj mi kluczyki.

Nie zdążyłem jeszcze wyjechać z parkingu akademika, a już stracił przytomność na siedzeniu pasażera. Kiedy dotarliśmy do hangaru, wciąż spał.

Zostawiając kluczyki w stacyjce i samochód na zapłonie, dźwignąłem jego ciężkie, bezwładne ciało i po schodach na górę.

Przy drzwiach zaczął odzyskiwać przytomność, walnąłem więc jego twarzą o solidny pal, do którego przywiązany był kajak, i znowu zemdlał.

Gdy już byliśmy w hangarze, po prostu wepchnąłem go do wody, przytrzymując mu twarz pod powierzchnią i obserwowałem ostatnie bąbelki.

Kiedy ktoś go znajdzie, pomyśli że wtoczył się do hangaru i zwyczajnie wpadł do wody, zbyt pijany żeby się z niej wydostać. Bliźnie na czole nikt nie będzie się przyglądał. A nawet jeśli, to dojdzie do wniosku, że Conor uderzył się w słup między kajakami.

Zostawiłem jego samochód na zapłonie, z otwartymi drzwiami i kluczykiem w stacyjce. Pewnie będzie tam jeszcze rano, z pustym bakiem i rozładowanym akumulatorem – rekwizyt w sztuce, którą wyreżyserowałem. Nikogo nie zastanowią moje odciski palców na kierownicy. Wszyscy wiedzą, że Conor pozwalał mi prowadzić. A jeśli ktoś zdecyduje się ukraść samochód – cóż, to nawet lepiej.

Kiedy wracałem do akademika, dostałem wiadomość od Briany. Chciała wiedzieć, czy widziałem Conora.

Briana była bardzo atrakcyjnym kąskiem. I z pewnością potrzebowała pocieszenia.

Wszystko skończyło się idealnie.

Niżej ziemi nie upadniesz – Tess Makovesky (przeł. Sonja Block)

Kiedy ta suka weszła, Johnny siedział właśnie przy laptopie. Ślęczał z opuszczoną głową nad jedną ze swych ukochanych stron, na których dziewczyny robiły dla niego wszystko, czego zechciał. Oczywiście kosztowały fortunę, ale to nie miało znaczenia, gdy widział, jak ochoczo starały się go zadowolić. A potrafiły to zrobić jak mało kto. Siedział z ręką w spodniach, już prawie dochodził. Nie potrzebował by w takiej chwili ta suka zawracała mu głowę.

– Czego, kurwa, chcesz?

Skrzywiła się. W ustach trzymała nieodłącznego papierosa.

– Znowu ten syf? Myślałam, że zgodziłeś się więcej nie odwiedzać tych stron.

– Pieprz się. Dopóki ja płacę rachunki, w swoim domu mogę robić, co mi się podoba.

– To lepiej je zapłać, bo ja już więcej tego nie zrobię. Nie po to urabiam sobie ręce po łokcie, żebyś ty mógł sobie trzepać przed bandą psycholek.

– Działają na mnie znacznie lepiej, niż ty kiedykolwiek.

Znów wykrzywiła usta.

– Mnie to wygląda na zwykły występ popaprańców. I tak samo pachnie. Śmierdzi tutaj, nie możesz otworzyć okna i wpuścić trochę świeżego powietrza?

Nie chciał otwierać okien, chciał tylko zostać sam, oglądać, wydawać rozkazy i znowu oglądać. Spróbował złapać ją za ramię, ale chybił. Kołysząc się, podeszła do okna, odsunęła zasłony i otworzyła okno na oścież.

Słońce zakłuło go w oczy. Zbyt długo siedział w ciemności i nagła jasność była bolesna.

– Kurwa, próbujesz mnie oślepić?

– Przynajmniej nie oglądałbyś tego gówna – uśmiechnęła się, a on zapragnął pozbawić ją tego głupiego uśmieszku razem z zębami.

Ale nie mógł. Już raz próbował, a wtedy przyprowadziła swojego brata–psychola. Bał się jej brata jak ognia, bo ten już odsiedział swoje za pobicie jakiegoś starego dziada niemal na śmierć. Suka mówiła, że to on jest złym człowiekiem, ale jej brat był jeszcze gorszy.

Oczy przywykły mu już do paskudnego światła, które ujawniło kurz i odpadki po setce samotnych nocy. Kartony po pizzy, puszki po piwie, butelki whisky na nowo napełnione sikami… Przypuszczał, że można było nazwać to bałaganem. Wraz ze światłem do pokoju wpuszczona została paskudna substancja zwana świeżym powietrzem i napełniła pomieszczenie zapachem świeżo skoszonej trawy. Kichnął.

– Na litość boską, zamkniesz ty to okno? Wiesz, że o tej porze roku mam katar sienny.

– Masz katar sienny, bo nie wychodzisz z domu. Spójrz na siebie. Dopust boży po prostu.

Jej uśmiech stał się złośliwy, a widok otwartego okna zaczął podsuwać mu nowe pomysły. Świeże i obrzydliwe pomysły, których do tej pory jeszcze nie rozważał. Jego wizje wiązały się z długim, bardzo długim upadkiem i uderzeniem w beton podwórka daleko w dole. Jak będzie martwa, to nie zadzwoni po brata. Z wysiłkiem podniósł się na nogi i zapiął rozporek. Wyglądało to niemal na wyrok przeznaczenia. Stała tuż przy oknie, z łokciami na parapecie i strącała popiół z papierosa za okno. Musiał tylko podejść ją ukradkiem i użyć swej wagi, by wypchnąć sukę na zewnątrz. Walczyła, ale nie mogła dorównać jego sile. Przesadził ją przez parapet. Przez ułamek sekundy balansowała jak delfin na drążku, a potem wrzasnęła i spadła.

– Ty draniu… – usłyszał krzyk, który zdawał się trwać wieki, aż w końcu ucichł.

Uśmiechnął się lekko i poczłapał do swojego biurka. Teraz mógł się wreszcie skupić, a ona już nie dyszała mu w kark. Teraz mógł dokończyć niezałatwione sprawy. Usiadł i rozpiął rozporek.

 

***

Już niemal kończył, gdy weszła ta suka. Ręka zamarła mu na przyrodzeniu i omal się nie posikał.

– C–co jest, kurwa?

Otarła krew z twarzy i uśmiechnęła się.

– Cześć, Johnny, nie spodziewałeś się mnie?

– Ale przecież… ty nie żyjesz. Wypadłaś z okna. Słyszałem uderzenie.

– Tak, słyszałeś uderzenie. To ja odłupałam kamień od muru w ogrodzie. – Podniosła zielonkawy kawałek kamienia, dość mały, by mieścił się w jej dłoni, ale dość duży, by móc nim robić krzywdę.

– Tak, ale… nie rozumiem. Jak można spaść z tak wysoka i nie umrzeć?

Wyszczerzyła zęby w gadzim uśmiechu.

– Z wysoka, Johnny? Zapomniałeś? Zamieniłeś się pokojami w zeszłym miesiącu. Jesteśmy na parterze.

Rzeczywiście, zapomniał. Świadomość błędu zabolała jak porządny kopniak. Dużo potężniejszy ból nastąpił jednak, gdy od strony drzwi nadleciał kamień. Trafił go prosto w głowę. Poczuł rozdzierający ból, a potem wszystko poszarzało.

– Powinno wystarczyć – usłyszał poprzez fale bólu zalewające mu czaszkę – żeby cię powstrzymać, aż zjawi się tutaj mój brat.

 

***

Tess, dziewczyna z Liverpoolu, obecnie mieszka na stałe na dalekiej północy Anglii, gdzie przechadza się po wzgórzach z parasolką, wymyślając nowe historie i zaskakując przypadkowe owce. Jej odważne opowiadania zwykle odzwierciedlają jednak ciemne i obskurne zaułki jej poprzedniego domu – Birmingham. Jej pisaninę można śledzić na stronie http://tessmakovesky.wordpress.com

 

 

MJ -David Malcolm ( przeł. Kamil Głośnicki)

****** Argus, 25 sierpnia 1883

Sąd Koronny hrabstwa ******. Rozprawę prowadzi sędzia Renwick.

Dzisiejszego dnia Roger Arneil został uznany za winnego publicznego podszywania się pod kobietę celem prowokowania u poddanych Jej Królewskiej Mości bezwstydnych i niemoralnych zachowań oraz podania fałszywego imienia policjantowi, za co został skazany na rok uwięzienia połączonego z ciężkimi robotami w Zakładzie Poprawczym w Searskin Flints. Arneil został pochwycony na początku miesiąca w domu publicznym Wschodzące Słońce na Llewleyn Lane. Arneil, którego rzekomy adres zamieszkania to Deepdale, 43 Broadmoor Crescent, został pojmany przez znanego z bezwzględności dla występku sierżanta Terence’a Bairda z miejskiego posterunku policji, który dłuższy czas obserwował podejrzanego. Sierżant Baird zeznał przed sądem, że aresztował Arneila, gdy ten zbliżał się do akwizytora, aby zaproponować mu usługi seksualne. Wydając wyrok, sędzia Renwick wyraził nadzieję, że surowość kary będzie przestrogą dla innych ludzi o podobnych skłonnościach i pomoże wyplenić moralną zarazę, która przyszła z metropolii i coraz bardziej się rozprzestrzeniała. Pogratulował także sierżantowi jego wytrwałości w nieprzerwanym pościgu za zwyrodnieniem.

Obudziłem się w parku, w krzakach tuż przy rzece. Moje gardło przypominało rynsztok przy pijalni dżinu po sobotniej nocy. Zachowując czujność, wyczołgałem się z zarośli. Nikogo nie było w pobliżu. Usiadłem na ławce i wróciłem myślami do wcześniejszych wydarzeń.

Po tym jak sąd skazał tego obrzydliwego zboczeńca Arneila, wróciłem zadowolony do domu. Dałem żonie porządnego całusa i zasugerowałem, że liczę na wieczorne igraszki w łóżku. Synowi Johnowi posłałem jedynie krótkie, karcące spojrzenie, widząc jak czyta jeden ze swoich przeklętych tomików poezji. Dostawał ode mnie w skórę za mniejsze przewinienia. Tej nocy, po wyśmienitej kolacji, wygrzmociłem mocno Elsę, chociaż twierdziła, że jest wykończona. Następnego dnia obudziłem się wesoły i pewny siebie, do tego stopnia, że nie zauważyłem spojrzenia sierżanta posterunkowego, kiedy powiedział, że komendant chce ze mną pomówić.

– Piekielnie dobra robota, Baird – powiedział inspektor Chisolm, kiwając głową. – W normalnych okolicznościach przekazałbym swoją rekomendację naczelnikowi policji. Teraz, cóż. Nie jestem w stanie.

Odchrząknąłem.

– Czy coś się stało, panie komendancie?

– Owszem – ten wstrętny dewiant zbiegł. Podejrzany został wysłany pociągiem do Searskin, gdzie prawdopodobnie musiał odurzyć posterunkowego, zabrać mu kluczyki i zdjąć kajdanki. Ostatnio widziano go, jak jechał w stronę Manchesteru. Wykręcił niezły numer. Ktoś musiał mu pomóc.

Numer jak cholera, pomyślałem. Mogłem się pożegnać z moją rekomendacją. Nie mówiąc o tym, że plugawy zboczeniec dał nogę. Byłem wściekły.

Poszedłem do księgarni Martina Deansa. Miałem zamiar przyszpilić go tej samej nocy, kiedy ująłem jego kumpla Arneila, ale jakimś trafem nie przyłączył się wtedy do zabawy.

Pomiędzy zakurzonymi, wysokimi regałami zastawionymi badziewiem nie było nikogo poza Deansem. Zabrałem go na zaplecze sklepu.

– Ty chodzący ekskremencie – warknąłem. – Gadaj, kto pomógł Arneilowi albo wyduszę to z ciebie siłą.

– Zabieraj łapy, ignorancki prostaku – syknął.

Jego twarz spotkała się z moją ręką. Upadł między swoje książki. Usłyszałem dzwonek przy drzwiach i odwróciłem się do wyjścia.

– Jeszcze tu wrócę – rzuciłem. – Niedługo będziesz żarł pakuły i biegał w kieracie.

– Gertrude. Akt trzeci, scena druga – wyszeptał, gdy wychodziłem.

Wróciłem na komisariat i przesiedziałem tam zamyślony bezczynnie całe popołudnie. Sierżant powiedział, że jakaś młoda osoba chce się ze mną zobaczyć.

Tym kimś okazała się ładniutka pokojówka, Jeanie Rea. Spostrzegłem, że mnie podziwia. Same moje wąsy dawały ku temu dobry powód. Czy mogę zobaczyć się z jej panią? Miała pewną sprawę, która wiązała się Arneilem. Zrobiła do mnie wielkie oczy. Podała adres dobrej ulicy w Arnswick. Pogładziłem wąsy i zgodziłem się.

Dom był jednym z tych dużych ceglanych, tuż przy lesie. Korytarz pachniał ledwie wyczuwalnie stęchlizną. Bardzo ciekawiło mnie, cóż pani domu ma mi do powiedzenia.

– Pani Washburton – przywitała mnie z uśmiechem.

– Proszę, niech pani mówi, w czym mogę pomóc.

Była kobietą niezwykłej urody – smukłą blondynką. Miała na sobie jasnoniebieski jedwab.

Historia, którą mi opowiedziała była z tych najsmutniejszych. Jej mąż zaczął gustować w okrutnych zachciankach. Sprowadzał do domu same bezwstydne osoby. W opowieści pojawiło się użycie chloroformu w celach erotycznych. Kobieta obawiała się, że mąż może być zamieszany w spisek mający na celu, jak mniemała, uwolnić degenerata Arneila.

– Jak dobrze jest wreszcie ujrzeć prawdziwego mężczyznę w tym domu – powiedziała zbliżając się. – Och, sierżancie. Od dawna pana obserwowałam, z daleka. Wiem, że występek jest dla pana tak obrzydliwy jak dla mnie. Niech mnie pan uwolni z tych kajdan.

Położyła ręce na mojej piersi. Spojrzała mi w oczy. Była bliska płaczu.

– Błagam pana.

Pocałowaliśmy się namiętnie. Poczułem jej dłoń na moim rozporku. Wyszeptała „proszę” i uklęknęła. Jęknąłem z rozkoszy. Za plecami usłyszałem śmiech. Pokojówka Jeanie pogładziła mnie po klatce piersiowej. „Och, sierżancie”. Sięgnąłem ręką do tyłu, między jej nogi. Wyczułem coś, czego się nie spodziewałem. Znalazłem się pomiędzy dwom kobietami (kobietami?). Odwróciłem się w stronę pani domu. Uniosła moją dłoń i skierowała ją pomiędzy swoje nogi. Wpatrywały się we mnie – długimi, chłodnymi, oceniającymi spojrzeniami.

Chciałbym móc powiedzieć, że czymś mnie odurzyły. Nie, to stało się później. Wtedy byłem po prostu rozochocony. Nie miałem nad sobą władzy, poruszałem się od jednej do drugiej i robiłem posłusznie, co mi kazały.

Byłem im posłuszny.

Wypiliśmy do dna jakiś rubinowy trunek. Widziałem tańce cieni i kształtów. Młodzi chłopcy stawali się dziewczynami. Chłopcy zabawiali się swawolnie ze sobą. Dziewczyny dosiadały ich i siebie nawzajem. Uprawiały trybadyzm. Czyżby była tam moja żona Eliza? Mój syn John?

Podniosłem się z ławki i pospiesznie udałem się do Arnswick. Był wczesny poranek. Nikt mnie nie widział. Dotarłem do ceglanego domu. Wyglądał na opuszczony. Zapukałem do drzwi. Przez mur wychylił się sąsiad.

– Nikogo tam nie ma. Wyjechali na południe rok temu.

– Ostatnia noc – wydukałem. – Słyszał pan straszną muzykę? Widział pan światła?

– Nie było mnie wczorajszej nocy – odparł, patrząc się na mnie podejrzliwie. – Czy to nie pan, panie sierżancie Baird? Pan wygląda strasznie. Czy wszystko w porządku?

Uciekłem.

Nie mogłem wrócić jeszcze do domu, nie w takim stanie. Znałem prostytutkę, która mieszkała w małym mieszkaniu w Fishergate. Martha pozwoliłaby mi się umyć i ogolić. Być może ma nawet czystą koszulę.

Przywitała mnie z nieszczerym uśmiechem. Rozebrałem się i umyłem ciepłą wodą z dzbanka. Narkotykowe odurzenie przestało działać. Zacząłem zdawać sobie sprawę z wszystkich dziwnych odczuć i bólów, które wcześniej tłumiło. Dopiero w lustrze u Marthy dostrzegłem, że wygolono mi włosy na całym ciele, a na pośladkach miałem wytatuowane czarnymi literami imię: „Mary Jane”.

Nekrolog. 12 stycznia 1910 roku.

Ze smutkiem zawiadamiamy o śmierci pana Terence’a Bairda, pracownika ****** w hrabstwie ******. Pan Baird, były posterunkowy, zostanie zapamiętany jako obrońca biednych, pokrzywdzonych i (trzeba o tym przypomnieć) potępianych w całym kraju. Był szanowaną osobistością, a jego pogrzeb z pewnością będzie powodem do szczerego smutku mężczyzn i kobiet z biedniejszych ulic naszego miasta. Pozostawił po sobie żonę Elizę i syna Johna Bairda, poetę.

Tatuaż na autostradzie – Richard Godwin (przeł. Magda Kożyczkowska)

Sycząca szrama autostrady oglądana zza brudnego okna zdawała się opustoszała. Patty miała wrażenie, że znalazła się w mieście, do którego nie powinna mieć wstępu. W przydrożnej knajpie było zupełnie pusto, nie licząc kolesia w rogu. Gapił się na nią przez całą noc.

– Masz ogień? – zapytał, podchodząc bliżej.

– Pewnie – odparła Patty, zamaszystym ruchem otwierając zapalniczkę, której płomień na ułamek sekundy przysłonił brud, po czym szybko ją zamknęła.  – Mogę fajkę?

– Jasne.

Kelnerka najeżyła się. Krótki świst wykrochmalonego stroju i plaśnięcie zbyt długo żutej gumy. Rzuciła na nich okiem, nieznacznie skrzywiła usta.

Patty wyszła na zewnątrz, w mieszankę mrozu i oparów diesla. Po chwili ciszy zaczęli stałą pogawędkę palaczy. Pogoda, podróże, kierunki, psioczenie na to i owo. I właśnie wtedy to powiedział. Bez interludium, bez budowania napięcia. Tak, jakby zamawiał pizzę.

– Zeszłej nocy zabiłem człowieka.

Zaciągnął się głęboko i wydmuchał dym w kierunku nieba, a potem dodał, patrząc jej prosto w oczy:

– Gość zaczął cwaniakować. Tak naprawdę był nikim. Strzeliłem do niego. Dwukrotnie.

– Ach tak?

Cisza. I dwa skrzące się koniuszki papierosów w zimnie i smogu. Obok ze świstem przejechała ciężarówka.

– Czemu mi to mówisz? – zapytała.

– Bo zawsze, gdy kogoś zabiję, mam straszną ochotę…

– Pieprzysz.

– Podobasz mi się.

– Nie prześpię się z tobą.

– Nie chcę z tobą spać, skarbie. Ile ty masz w ogóle lat?

– Dwadzieścia sześć.

– Ach tak? Na wypadek gdybyś nie słyszała, grasuje tu pewien zły koleś. Lubi ćwiartować kobiety. Znacznie gorszy od starego Jima. Ja nie zabijam panienek, tylko je rucham.

– Potrafię o siebie zadbać.

– Podobno jedna kobitka dorobiła się nowego otworu w szyi. Właśnie tu, samiuteńka, z wyciągniętym kciukiem i cipką zamiast portfela. Nazywają go Morderczym Tirowcem, chociaż słyszałem, że jeździ pickupem.

– Dzięki za fajkę – rzuciła i weszła do środka.

Kelnerka przyglądała jej się zza lady, opierając dłonie na biodrach. Kolejny anonimowy sędzia. Patty patrzyła, jak jej spojrzenie blednie. Kelnerka wyszła na zaplecze. Patty zrobiło się słabo. Próbowała sobie przypomnieć, kiedy ostatnio jadła. Jim wszedł do pomieszczenia, śmiejąc się, i niemal tanecznym krokiem podszedł do miejsca, w którym siedziała.

– No dalej, skarbie, możemy to zrobić w kiblu – powiedział.

W powietrzu unosił się zapach pizzy.

– Ile masz?

– Wiedziałem, że jesteś na sprzedaż. Założę się, że jesteś warta stówkę.

– Sto pięćdziesiąt.

– Stoi.

Wyłuskał z portfela stos dziesiątek i ułożył je na jej dłoni.

– Do zobaczenia w kiblu – powiedziała.

Jim ruszył tam po kilku minutach.

Stała na samym końcu pomieszczenia, za pisuarami, przed jedyną czystą kabiną.

Jim wszedł do środku i zablokował drzwi starą miotłą.

– Alleluja, kociaku.

– No, dalej – powiedziała, wchodząc do kabiny i ściągając dżinsy.

– Słodki z ciebie cukiereczek.

Gdy poczuła dotyk jego skóry, zobaczyła nieskończone kilometry drogi. Wydawało jej się, że ktoś próbuje otworzyć drzwi w chwili, gdy w nią wszedł. Spojrzała przez ramię Jima na muchę chodzącą po graffiti. Czuła na pośladkach chłód ściany, kiedy kończył.

Mrugnął do niej i pogładził ją po policzku.

– Mówiłem, że nie jestem Morderczym Tirowcem.

Potem zerknął na jej prawe przedramię i pokręcił głową. Przez wytatuowane słowo „Mama” przechodziła poszarpana blizna.

Wyszedł i po chwili usłyszała odjeżdżającego pickupa. Zerknęła w lustro.

Myślała o jedzeniu, kiedy drzwi otworzyły się z hukiem i do łazienki weszła kelnerka.

– Wiedziałam! – warknęła. – Widziałam, jak wychodzi. Dzwonię po gliny.

– Czemu z ciebie taka suka?

– Popełniłaś wielki błąd, dziwko.

– Nie będziesz mnie nazywać dziwką. Jesteś tylko jebaną kelnerką.

Kiedy próbowała odejść, Patty chwyciła ją za włosy. Kobieta odwróciła się i wymierzyła Patty silny policzek.

– Szkoda, że morderca nie wybrał ciebie – powiedziała kelnerka.

Patty uśmiechnęła się.

– Ach tak?

Zacisnęła jedną pięść na stroju kelnerki, gdy drugą sięgała po nóż sprężynowy, żeby poderżnąć jej gardło. Ostrze wciąż poruszało się w powietrzu, gdy krew trysnęła na ściany, a kelnerka chwiała się na nogach, wybałuszając oczy. Patty obserwowała, jak upada, sięgając dłonią po coś, czego nigdy nie odnalazła.

Przeszła nad ciałem, wyszła z knajpki i pomachała do przejeżdżającej ciężarówki.

Jim wrócił tam następnego dnia i usłyszał, że kelnerka zginęła z rąk Morderczego Tirowca.

Zawsze kiedy tam sikał, wspominał seksowne, wytatuowane stworzenie, które przeleciał, gdy nad pisuarem unosiła się para, niczym mgła.

Groteska – K. A. Laity (przeł. Filip Cieślak)

Tony donośnym głosem referował mi zażalenie, jakie złożył w związku z podwyżką cen wody.

– Absolutnie nie do przyjęcia, skandaliczne, zatrważające – recytował, żywo wymachując Carlsbergiem i zachlapując pianą brązową podłogę.

Spacer do pubu był niczym wędrówka po mieście duchów, jakby nagle każdy wybył z miasta, rzucił je niczym gównianą robotę i wyjechał w pizdu do Holandii, Monachium albo Rzymu.  Ale to był tylko finał mistrzostw. Takie problemy nie istniały u Tony`ego. Telewizor wciąż wiszący nad tarczą do darta nie działał od czasów Erica Bristowa. Wyposażony był teraz w rozczapierzoną perukę z pajęczyn, która ładnie komponowała się z całą resztą wystroju, od wykrzywionego blatu barowego do śmierdzącego klopa z tyłu. Jeśli jakaś pani zachciałaby przypudrować nosek, zaniepokoiłby ją brak drzwi z napisem „damski”, a potem urocze zdjęcie prostytutki ze skrzyżowanymi nogami. Dotychczas jednak żadna kobieta nie przekroczyła tutejszego progu. Być może winny temu jest wystrój wnętrza, którego głównym elementem jest brąz z odcieniami brązu. Może pewną rolę odgrywa tu też nastrój tworzony przez niedomytych mężczyzn w kwiecie wieku, świeżo po szychcie. Wszyscy młodzi faceci poszli do lśniących pubów sportowych, by pośród kakofonii ekranów wychylać jak soczek drinki o głupkowatych nazwach. Mieliśmy tu dwa rodzaje lagera, jeden ale i Guinnessa na boku dla starszych panów z wyspy. Latem mogłeś też dostać puszkę Budweisera, by raczyć się nią w „ogródku piwnym”, którego wyposażenie stanowił plastikowy stolik ustawiony na betonie – centralnie między śmietnikiem a szarą ścianą piętrowego parkingu. Główną atrakcją wydawało się pozwolenie na plucie. Tony doszedł właśnie do kulminacyjnego punktu swojej tyrady:

– Zdrajcy klasy robotniczej! Sześćdziesięciogodzinny tydzień pracy!

Gdy do pubu wszedł Huckleberry Bob, natychmiast zapadła cisza. Być może chodziło o opowieści o tym, jaki to z niego zabijaka: mając 15 lat pobił sąsiada, któremu nie spodobało się, że doberman Boba, Bękart, postawił kilka parujących, brązowych podarunków na azaliach. Biedny stary Gary wciąż kuśtykał. Wszyscy starali się trzymać od Boba z daleka. I to niekoniecznie z racji jego przyzwyczajenia do bełkotania jakiś niepokojących słów pod nosem, zazwyczaj skierowanych do sąsiadów, dentysty lub w niebiosa. Prawdopodobnie w całym pubie zapadła taka upiorna cisza, bo wyglądało na to, że Huckleberry Bob jest pokryty krwią. Deska dzierżona w lewej dłoni wcale nie łagodziła sytuacji. Nikt nie  patrzył na niego bezpośrednio. Zrobiło się więcej miejsca, albo tak co najmniej się zdawało, kiedy nasz oddech stał się płytszy. Niekończącą się chwilę przerwał jego brat Jack:

– Co tam słychać, Bob? – Nikt nie nazywał go Huckleberry prosto w twarz.

Bob nic nie odpowiedział, ale odwrócił głowę w stronę brata. Bez słowa wyciągnął pistolet i strzelił mu prosto w jego lśniącą glacę. Jack cofnął się plecami w lustro, które wytrzymało lata zaniedbań, a teraz również ciężar ćmy barowej, która to osunęła się po nim na lepką posadzkę.

Cisza pękła niczym szkło rozbitych kufli, które runęły na ziemię. Rozległy się krzyki i wszyscy zaczęli szukać wyjścia. Szkoda tylko, że Bob stał przy drzwiach, a drugie prowadziły do ogródka.  Większość wybrała właśnie tę drugą drogę, ale szybko utknęli w przejściu jak bracia Marx na imprezie. Kilku skitrało się w klopie, ale to był chyba gorszy pomysł niż ogródek. Stanąłem jak kretyn przy filarze. Zasłoną tego nazwać nie było można.

Huckleberry Bob ruszył za grupką desperatów wpychających się jeden na drugiego, oby tylko przebić się do ogródka i zaczął okładać ich po tyłkach deską, jeszcze bez strzelania do kogokolwiek. Wyglądało na to, że goście w kiblu brali co pod ręką i nieprzybite do ścian, by zablokować jakoś drzwi, ale zamarli w bezruchu, gdy wreszcie rozległ się huk.

Niektórym się udało, niektórzy leżeli na podłodze w kałużach krwi. Tony był jednym z nich. Nie wiem, czemu zamarzłem. Kiedy Bob odwrócił się od ogródka, każda część mojego ciała podpowiadała mi, bym uciekał, a ja stałem dalej.

Bob podszedł chwiejnym krokiem. Nie spieszył się, nie pocił. Tak prawdę mówiąc, to wydawał się odurzony; miał zaczerwienione oczy i zwiotczałą twarz. Niech chroni mnie święty ogień Brygidy! Powtarzałem modlitwę matki, którą słyszałem tysiące razy albo i więcej w rodzinnej wiosce, zanim przybyłem na ziemie wroga.  Niczym iskry wiecznego ognia, słowa same nasunęły mi się na język:

– Jak tam twój pies, Bob?

Bękart zdechł kilka lat wcześniej, ale został zastąpiony jednym ze swoich szczeniaków: obrzydliwa kopia wabiła się Junior.

Teraz przyszła kolej na to, by Bob zamarzł. Jego palce zadrżały i deska upadła na ziemię. Ku mojemu zaskoczeniu począł szlochać.

– Nie żyje!

– Co ty do diabła mówisz?! Co się stało?

Zaczał się kołysać i miałem wrażenie, że zaraz się przewróci. Szloch wstrząsnąłego potężną tuszą, a on wytarł przedramieniem twarz, biorąc nierówny oddech.

– Samochód. Jakiś pierdolony Torys w odpicowanej furze go przejechał – łkał.

Położyłem delikatnie dłoń na jego ramieniu, gotowy, by rzucić się do ucieczki.

– Szkoda go, Bob, naprawdę szkoda. – Postawić ci piwo?

Pokiwał głową, więc przeszedłem za bar nad ciałem Jacka i polałem mu kufel.

– To pewnie dlatego masz całe ciuchy we krwi – powiedziałem, by podtrzymać konwersację.

Bob spojrzał w dół, jakby dopiero zauważył czerniejące plamy na ubraniu. Przesunąłem kufel po blacie, a on wychlał go natychmiast, wycierając raz jeszcze zakrwawioną twarz. Zacząłem nalewać drugi, nie zważając na drżące dłonie.

Bobowi się trochę odbiło, ale chociaż przestał płakać. Złapał za utytłaną koszulkę.

– Niee, to tego toryskiego ścierwa. Myślę, że wracał pewnie z cash-n-carry z zapasem drewna w swoim Range Roverze.

– Przydało się – dodałem, kładąc napełniony kufel na barze.

– Masz rację – zgodził się i wziął się za picie, tym razem odrobinę wolniej. – Masz dużo racji.

– Dziwny jest ten świat, Bob – powiedziałem, nalewając sobie piwo.

Usłyszałem dźwięk syren w oddali.