Niżej ziemi nie upadniesz – Tess Makovesky (przeł. Sonja Block)

Kiedy ta suka weszła, Johnny siedział właśnie przy laptopie. Ślęczał z opuszczoną głową nad jedną ze swych ukochanych stron, na których dziewczyny robiły dla niego wszystko, czego zechciał. Oczywiście kosztowały fortunę, ale to nie miało znaczenia, gdy widział, jak ochoczo starały się go zadowolić. A potrafiły to zrobić jak mało kto. Siedział z ręką w spodniach, już prawie dochodził. Nie potrzebował by w takiej chwili ta suka zawracała mu głowę.

– Czego, kurwa, chcesz?

Skrzywiła się. W ustach trzymała nieodłącznego papierosa.

– Znowu ten syf? Myślałam, że zgodziłeś się więcej nie odwiedzać tych stron.

– Pieprz się. Dopóki ja płacę rachunki, w swoim domu mogę robić, co mi się podoba.

– To lepiej je zapłać, bo ja już więcej tego nie zrobię. Nie po to urabiam sobie ręce po łokcie, żebyś ty mógł sobie trzepać przed bandą psycholek.

– Działają na mnie znacznie lepiej, niż ty kiedykolwiek.

Znów wykrzywiła usta.

– Mnie to wygląda na zwykły występ popaprańców. I tak samo pachnie. Śmierdzi tutaj, nie możesz otworzyć okna i wpuścić trochę świeżego powietrza?

Nie chciał otwierać okien, chciał tylko zostać sam, oglądać, wydawać rozkazy i znowu oglądać. Spróbował złapać ją za ramię, ale chybił. Kołysząc się, podeszła do okna, odsunęła zasłony i otworzyła okno na oścież.

Słońce zakłuło go w oczy. Zbyt długo siedział w ciemności i nagła jasność była bolesna.

– Kurwa, próbujesz mnie oślepić?

– Przynajmniej nie oglądałbyś tego gówna – uśmiechnęła się, a on zapragnął pozbawić ją tego głupiego uśmieszku razem z zębami.

Ale nie mógł. Już raz próbował, a wtedy przyprowadziła swojego brata–psychola. Bał się jej brata jak ognia, bo ten już odsiedział swoje za pobicie jakiegoś starego dziada niemal na śmierć. Suka mówiła, że to on jest złym człowiekiem, ale jej brat był jeszcze gorszy.

Oczy przywykły mu już do paskudnego światła, które ujawniło kurz i odpadki po setce samotnych nocy. Kartony po pizzy, puszki po piwie, butelki whisky na nowo napełnione sikami… Przypuszczał, że można było nazwać to bałaganem. Wraz ze światłem do pokoju wpuszczona została paskudna substancja zwana świeżym powietrzem i napełniła pomieszczenie zapachem świeżo skoszonej trawy. Kichnął.

– Na litość boską, zamkniesz ty to okno? Wiesz, że o tej porze roku mam katar sienny.

– Masz katar sienny, bo nie wychodzisz z domu. Spójrz na siebie. Dopust boży po prostu.

Jej uśmiech stał się złośliwy, a widok otwartego okna zaczął podsuwać mu nowe pomysły. Świeże i obrzydliwe pomysły, których do tej pory jeszcze nie rozważał. Jego wizje wiązały się z długim, bardzo długim upadkiem i uderzeniem w beton podwórka daleko w dole. Jak będzie martwa, to nie zadzwoni po brata. Z wysiłkiem podniósł się na nogi i zapiął rozporek. Wyglądało to niemal na wyrok przeznaczenia. Stała tuż przy oknie, z łokciami na parapecie i strącała popiół z papierosa za okno. Musiał tylko podejść ją ukradkiem i użyć swej wagi, by wypchnąć sukę na zewnątrz. Walczyła, ale nie mogła dorównać jego sile. Przesadził ją przez parapet. Przez ułamek sekundy balansowała jak delfin na drążku, a potem wrzasnęła i spadła.

– Ty draniu… – usłyszał krzyk, który zdawał się trwać wieki, aż w końcu ucichł.

Uśmiechnął się lekko i poczłapał do swojego biurka. Teraz mógł się wreszcie skupić, a ona już nie dyszała mu w kark. Teraz mógł dokończyć niezałatwione sprawy. Usiadł i rozpiął rozporek.

 

***

Już niemal kończył, gdy weszła ta suka. Ręka zamarła mu na przyrodzeniu i omal się nie posikał.

– C–co jest, kurwa?

Otarła krew z twarzy i uśmiechnęła się.

– Cześć, Johnny, nie spodziewałeś się mnie?

– Ale przecież… ty nie żyjesz. Wypadłaś z okna. Słyszałem uderzenie.

– Tak, słyszałeś uderzenie. To ja odłupałam kamień od muru w ogrodzie. – Podniosła zielonkawy kawałek kamienia, dość mały, by mieścił się w jej dłoni, ale dość duży, by móc nim robić krzywdę.

– Tak, ale… nie rozumiem. Jak można spaść z tak wysoka i nie umrzeć?

Wyszczerzyła zęby w gadzim uśmiechu.

– Z wysoka, Johnny? Zapomniałeś? Zamieniłeś się pokojami w zeszłym miesiącu. Jesteśmy na parterze.

Rzeczywiście, zapomniał. Świadomość błędu zabolała jak porządny kopniak. Dużo potężniejszy ból nastąpił jednak, gdy od strony drzwi nadleciał kamień. Trafił go prosto w głowę. Poczuł rozdzierający ból, a potem wszystko poszarzało.

– Powinno wystarczyć – usłyszał poprzez fale bólu zalewające mu czaszkę – żeby cię powstrzymać, aż zjawi się tutaj mój brat.

 

***

Tess, dziewczyna z Liverpoolu, obecnie mieszka na stałe na dalekiej północy Anglii, gdzie przechadza się po wzgórzach z parasolką, wymyślając nowe historie i zaskakując przypadkowe owce. Jej odważne opowiadania zwykle odzwierciedlają jednak ciemne i obskurne zaułki jej poprzedniego domu – Birmingham. Jej pisaninę można śledzić na stronie http://tessmakovesky.wordpress.com

 

 

MJ -David Malcolm ( przeł. Kamil Głośnicki)

****** Argus, 25 sierpnia 1883

Sąd Koronny hrabstwa ******. Rozprawę prowadzi sędzia Renwick.

Dzisiejszego dnia Roger Arneil został uznany za winnego publicznego podszywania się pod kobietę celem prowokowania u poddanych Jej Królewskiej Mości bezwstydnych i niemoralnych zachowań oraz podania fałszywego imienia policjantowi, za co został skazany na rok uwięzienia połączonego z ciężkimi robotami w Zakładzie Poprawczym w Searskin Flints. Arneil został pochwycony na początku miesiąca w domu publicznym Wschodzące Słońce na Llewleyn Lane. Arneil, którego rzekomy adres zamieszkania to Deepdale, 43 Broadmoor Crescent, został pojmany przez znanego z bezwzględności dla występku sierżanta Terence’a Bairda z miejskiego posterunku policji, który dłuższy czas obserwował podejrzanego. Sierżant Baird zeznał przed sądem, że aresztował Arneila, gdy ten zbliżał się do akwizytora, aby zaproponować mu usługi seksualne. Wydając wyrok, sędzia Renwick wyraził nadzieję, że surowość kary będzie przestrogą dla innych ludzi o podobnych skłonnościach i pomoże wyplenić moralną zarazę, która przyszła z metropolii i coraz bardziej się rozprzestrzeniała. Pogratulował także sierżantowi jego wytrwałości w nieprzerwanym pościgu za zwyrodnieniem.

Obudziłem się w parku, w krzakach tuż przy rzece. Moje gardło przypominało rynsztok przy pijalni dżinu po sobotniej nocy. Zachowując czujność, wyczołgałem się z zarośli. Nikogo nie było w pobliżu. Usiadłem na ławce i wróciłem myślami do wcześniejszych wydarzeń.

Po tym jak sąd skazał tego obrzydliwego zboczeńca Arneila, wróciłem zadowolony do domu. Dałem żonie porządnego całusa i zasugerowałem, że liczę na wieczorne igraszki w łóżku. Synowi Johnowi posłałem jedynie krótkie, karcące spojrzenie, widząc jak czyta jeden ze swoich przeklętych tomików poezji. Dostawał ode mnie w skórę za mniejsze przewinienia. Tej nocy, po wyśmienitej kolacji, wygrzmociłem mocno Elsę, chociaż twierdziła, że jest wykończona. Następnego dnia obudziłem się wesoły i pewny siebie, do tego stopnia, że nie zauważyłem spojrzenia sierżanta posterunkowego, kiedy powiedział, że komendant chce ze mną pomówić.

– Piekielnie dobra robota, Baird – powiedział inspektor Chisolm, kiwając głową. – W normalnych okolicznościach przekazałbym swoją rekomendację naczelnikowi policji. Teraz, cóż. Nie jestem w stanie.

Odchrząknąłem.

– Czy coś się stało, panie komendancie?

– Owszem – ten wstrętny dewiant zbiegł. Podejrzany został wysłany pociągiem do Searskin, gdzie prawdopodobnie musiał odurzyć posterunkowego, zabrać mu kluczyki i zdjąć kajdanki. Ostatnio widziano go, jak jechał w stronę Manchesteru. Wykręcił niezły numer. Ktoś musiał mu pomóc.

Numer jak cholera, pomyślałem. Mogłem się pożegnać z moją rekomendacją. Nie mówiąc o tym, że plugawy zboczeniec dał nogę. Byłem wściekły.

Poszedłem do księgarni Martina Deansa. Miałem zamiar przyszpilić go tej samej nocy, kiedy ująłem jego kumpla Arneila, ale jakimś trafem nie przyłączył się wtedy do zabawy.

Pomiędzy zakurzonymi, wysokimi regałami zastawionymi badziewiem nie było nikogo poza Deansem. Zabrałem go na zaplecze sklepu.

– Ty chodzący ekskremencie – warknąłem. – Gadaj, kto pomógł Arneilowi albo wyduszę to z ciebie siłą.

– Zabieraj łapy, ignorancki prostaku – syknął.

Jego twarz spotkała się z moją ręką. Upadł między swoje książki. Usłyszałem dzwonek przy drzwiach i odwróciłem się do wyjścia.

– Jeszcze tu wrócę – rzuciłem. – Niedługo będziesz żarł pakuły i biegał w kieracie.

– Gertrude. Akt trzeci, scena druga – wyszeptał, gdy wychodziłem.

Wróciłem na komisariat i przesiedziałem tam zamyślony bezczynnie całe popołudnie. Sierżant powiedział, że jakaś młoda osoba chce się ze mną zobaczyć.

Tym kimś okazała się ładniutka pokojówka, Jeanie Rea. Spostrzegłem, że mnie podziwia. Same moje wąsy dawały ku temu dobry powód. Czy mogę zobaczyć się z jej panią? Miała pewną sprawę, która wiązała się Arneilem. Zrobiła do mnie wielkie oczy. Podała adres dobrej ulicy w Arnswick. Pogładziłem wąsy i zgodziłem się.

Dom był jednym z tych dużych ceglanych, tuż przy lesie. Korytarz pachniał ledwie wyczuwalnie stęchlizną. Bardzo ciekawiło mnie, cóż pani domu ma mi do powiedzenia.

– Pani Washburton – przywitała mnie z uśmiechem.

– Proszę, niech pani mówi, w czym mogę pomóc.

Była kobietą niezwykłej urody – smukłą blondynką. Miała na sobie jasnoniebieski jedwab.

Historia, którą mi opowiedziała była z tych najsmutniejszych. Jej mąż zaczął gustować w okrutnych zachciankach. Sprowadzał do domu same bezwstydne osoby. W opowieści pojawiło się użycie chloroformu w celach erotycznych. Kobieta obawiała się, że mąż może być zamieszany w spisek mający na celu, jak mniemała, uwolnić degenerata Arneila.

– Jak dobrze jest wreszcie ujrzeć prawdziwego mężczyznę w tym domu – powiedziała zbliżając się. – Och, sierżancie. Od dawna pana obserwowałam, z daleka. Wiem, że występek jest dla pana tak obrzydliwy jak dla mnie. Niech mnie pan uwolni z tych kajdan.

Położyła ręce na mojej piersi. Spojrzała mi w oczy. Była bliska płaczu.

– Błagam pana.

Pocałowaliśmy się namiętnie. Poczułem jej dłoń na moim rozporku. Wyszeptała „proszę” i uklęknęła. Jęknąłem z rozkoszy. Za plecami usłyszałem śmiech. Pokojówka Jeanie pogładziła mnie po klatce piersiowej. „Och, sierżancie”. Sięgnąłem ręką do tyłu, między jej nogi. Wyczułem coś, czego się nie spodziewałem. Znalazłem się pomiędzy dwom kobietami (kobietami?). Odwróciłem się w stronę pani domu. Uniosła moją dłoń i skierowała ją pomiędzy swoje nogi. Wpatrywały się we mnie – długimi, chłodnymi, oceniającymi spojrzeniami.

Chciałbym móc powiedzieć, że czymś mnie odurzyły. Nie, to stało się później. Wtedy byłem po prostu rozochocony. Nie miałem nad sobą władzy, poruszałem się od jednej do drugiej i robiłem posłusznie, co mi kazały.

Byłem im posłuszny.

Wypiliśmy do dna jakiś rubinowy trunek. Widziałem tańce cieni i kształtów. Młodzi chłopcy stawali się dziewczynami. Chłopcy zabawiali się swawolnie ze sobą. Dziewczyny dosiadały ich i siebie nawzajem. Uprawiały trybadyzm. Czyżby była tam moja żona Eliza? Mój syn John?

Podniosłem się z ławki i pospiesznie udałem się do Arnswick. Był wczesny poranek. Nikt mnie nie widział. Dotarłem do ceglanego domu. Wyglądał na opuszczony. Zapukałem do drzwi. Przez mur wychylił się sąsiad.

– Nikogo tam nie ma. Wyjechali na południe rok temu.

– Ostatnia noc – wydukałem. – Słyszał pan straszną muzykę? Widział pan światła?

– Nie było mnie wczorajszej nocy – odparł, patrząc się na mnie podejrzliwie. – Czy to nie pan, panie sierżancie Baird? Pan wygląda strasznie. Czy wszystko w porządku?

Uciekłem.

Nie mogłem wrócić jeszcze do domu, nie w takim stanie. Znałem prostytutkę, która mieszkała w małym mieszkaniu w Fishergate. Martha pozwoliłaby mi się umyć i ogolić. Być może ma nawet czystą koszulę.

Przywitała mnie z nieszczerym uśmiechem. Rozebrałem się i umyłem ciepłą wodą z dzbanka. Narkotykowe odurzenie przestało działać. Zacząłem zdawać sobie sprawę z wszystkich dziwnych odczuć i bólów, które wcześniej tłumiło. Dopiero w lustrze u Marthy dostrzegłem, że wygolono mi włosy na całym ciele, a na pośladkach miałem wytatuowane czarnymi literami imię: „Mary Jane”.

Nekrolog. 12 stycznia 1910 roku.

Ze smutkiem zawiadamiamy o śmierci pana Terence’a Bairda, pracownika ****** w hrabstwie ******. Pan Baird, były posterunkowy, zostanie zapamiętany jako obrońca biednych, pokrzywdzonych i (trzeba o tym przypomnieć) potępianych w całym kraju. Był szanowaną osobistością, a jego pogrzeb z pewnością będzie powodem do szczerego smutku mężczyzn i kobiet z biedniejszych ulic naszego miasta. Pozostawił po sobie żonę Elizę i syna Johna Bairda, poetę.

Tatuaż na autostradzie – Richard Godwin (przeł. Magda Kożyczkowska)

Sycząca szrama autostrady oglądana zza brudnego okna zdawała się opustoszała. Patty miała wrażenie, że znalazła się w mieście, do którego nie powinna mieć wstępu. W przydrożnej knajpie było zupełnie pusto, nie licząc kolesia w rogu. Gapił się na nią przez całą noc.

– Masz ogień? – zapytał, podchodząc bliżej.

– Pewnie – odparła Patty, zamaszystym ruchem otwierając zapalniczkę, której płomień na ułamek sekundy przysłonił brud, po czym szybko ją zamknęła.  – Mogę fajkę?

– Jasne.

Kelnerka najeżyła się. Krótki świst wykrochmalonego stroju i plaśnięcie zbyt długo żutej gumy. Rzuciła na nich okiem, nieznacznie skrzywiła usta.

Patty wyszła na zewnątrz, w mieszankę mrozu i oparów diesla. Po chwili ciszy zaczęli stałą pogawędkę palaczy. Pogoda, podróże, kierunki, psioczenie na to i owo. I właśnie wtedy to powiedział. Bez interludium, bez budowania napięcia. Tak, jakby zamawiał pizzę.

– Zeszłej nocy zabiłem człowieka.

Zaciągnął się głęboko i wydmuchał dym w kierunku nieba, a potem dodał, patrząc jej prosto w oczy:

– Gość zaczął cwaniakować. Tak naprawdę był nikim. Strzeliłem do niego. Dwukrotnie.

– Ach tak?

Cisza. I dwa skrzące się koniuszki papierosów w zimnie i smogu. Obok ze świstem przejechała ciężarówka.

– Czemu mi to mówisz? – zapytała.

– Bo zawsze, gdy kogoś zabiję, mam straszną ochotę…

– Pieprzysz.

– Podobasz mi się.

– Nie prześpię się z tobą.

– Nie chcę z tobą spać, skarbie. Ile ty masz w ogóle lat?

– Dwadzieścia sześć.

– Ach tak? Na wypadek gdybyś nie słyszała, grasuje tu pewien zły koleś. Lubi ćwiartować kobiety. Znacznie gorszy od starego Jima. Ja nie zabijam panienek, tylko je rucham.

– Potrafię o siebie zadbać.

– Podobno jedna kobitka dorobiła się nowego otworu w szyi. Właśnie tu, samiuteńka, z wyciągniętym kciukiem i cipką zamiast portfela. Nazywają go Morderczym Tirowcem, chociaż słyszałem, że jeździ pickupem.

– Dzięki za fajkę – rzuciła i weszła do środka.

Kelnerka przyglądała jej się zza lady, opierając dłonie na biodrach. Kolejny anonimowy sędzia. Patty patrzyła, jak jej spojrzenie blednie. Kelnerka wyszła na zaplecze. Patty zrobiło się słabo. Próbowała sobie przypomnieć, kiedy ostatnio jadła. Jim wszedł do pomieszczenia, śmiejąc się, i niemal tanecznym krokiem podszedł do miejsca, w którym siedziała.

– No dalej, skarbie, możemy to zrobić w kiblu – powiedział.

W powietrzu unosił się zapach pizzy.

– Ile masz?

– Wiedziałem, że jesteś na sprzedaż. Założę się, że jesteś warta stówkę.

– Sto pięćdziesiąt.

– Stoi.

Wyłuskał z portfela stos dziesiątek i ułożył je na jej dłoni.

– Do zobaczenia w kiblu – powiedziała.

Jim ruszył tam po kilku minutach.

Stała na samym końcu pomieszczenia, za pisuarami, przed jedyną czystą kabiną.

Jim wszedł do środku i zablokował drzwi starą miotłą.

– Alleluja, kociaku.

– No, dalej – powiedziała, wchodząc do kabiny i ściągając dżinsy.

– Słodki z ciebie cukiereczek.

Gdy poczuła dotyk jego skóry, zobaczyła nieskończone kilometry drogi. Wydawało jej się, że ktoś próbuje otworzyć drzwi w chwili, gdy w nią wszedł. Spojrzała przez ramię Jima na muchę chodzącą po graffiti. Czuła na pośladkach chłód ściany, kiedy kończył.

Mrugnął do niej i pogładził ją po policzku.

– Mówiłem, że nie jestem Morderczym Tirowcem.

Potem zerknął na jej prawe przedramię i pokręcił głową. Przez wytatuowane słowo „Mama” przechodziła poszarpana blizna.

Wyszedł i po chwili usłyszała odjeżdżającego pickupa. Zerknęła w lustro.

Myślała o jedzeniu, kiedy drzwi otworzyły się z hukiem i do łazienki weszła kelnerka.

– Wiedziałam! – warknęła. – Widziałam, jak wychodzi. Dzwonię po gliny.

– Czemu z ciebie taka suka?

– Popełniłaś wielki błąd, dziwko.

– Nie będziesz mnie nazywać dziwką. Jesteś tylko jebaną kelnerką.

Kiedy próbowała odejść, Patty chwyciła ją za włosy. Kobieta odwróciła się i wymierzyła Patty silny policzek.

– Szkoda, że morderca nie wybrał ciebie – powiedziała kelnerka.

Patty uśmiechnęła się.

– Ach tak?

Zacisnęła jedną pięść na stroju kelnerki, gdy drugą sięgała po nóż sprężynowy, żeby poderżnąć jej gardło. Ostrze wciąż poruszało się w powietrzu, gdy krew trysnęła na ściany, a kelnerka chwiała się na nogach, wybałuszając oczy. Patty obserwowała, jak upada, sięgając dłonią po coś, czego nigdy nie odnalazła.

Przeszła nad ciałem, wyszła z knajpki i pomachała do przejeżdżającej ciężarówki.

Jim wrócił tam następnego dnia i usłyszał, że kelnerka zginęła z rąk Morderczego Tirowca.

Zawsze kiedy tam sikał, wspominał seksowne, wytatuowane stworzenie, które przeleciał, gdy nad pisuarem unosiła się para, niczym mgła.

Groteska – K. A. Laity (przeł. Filip Cieślak)

Tony donośnym głosem referował mi zażalenie, jakie złożył w związku z podwyżką cen wody.

– Absolutnie nie do przyjęcia, skandaliczne, zatrważające – recytował, żywo wymachując Carlsbergiem i zachlapując pianą brązową podłogę.

Spacer do pubu był niczym wędrówka po mieście duchów, jakby nagle każdy wybył z miasta, rzucił je niczym gównianą robotę i wyjechał w pizdu do Holandii, Monachium albo Rzymu.  Ale to był tylko finał mistrzostw. Takie problemy nie istniały u Tony`ego. Telewizor wciąż wiszący nad tarczą do darta nie działał od czasów Erica Bristowa. Wyposażony był teraz w rozczapierzoną perukę z pajęczyn, która ładnie komponowała się z całą resztą wystroju, od wykrzywionego blatu barowego do śmierdzącego klopa z tyłu. Jeśli jakaś pani zachciałaby przypudrować nosek, zaniepokoiłby ją brak drzwi z napisem „damski”, a potem urocze zdjęcie prostytutki ze skrzyżowanymi nogami. Dotychczas jednak żadna kobieta nie przekroczyła tutejszego progu. Być może winny temu jest wystrój wnętrza, którego głównym elementem jest brąz z odcieniami brązu. Może pewną rolę odgrywa tu też nastrój tworzony przez niedomytych mężczyzn w kwiecie wieku, świeżo po szychcie. Wszyscy młodzi faceci poszli do lśniących pubów sportowych, by pośród kakofonii ekranów wychylać jak soczek drinki o głupkowatych nazwach. Mieliśmy tu dwa rodzaje lagera, jeden ale i Guinnessa na boku dla starszych panów z wyspy. Latem mogłeś też dostać puszkę Budweisera, by raczyć się nią w „ogródku piwnym”, którego wyposażenie stanowił plastikowy stolik ustawiony na betonie – centralnie między śmietnikiem a szarą ścianą piętrowego parkingu. Główną atrakcją wydawało się pozwolenie na plucie. Tony doszedł właśnie do kulminacyjnego punktu swojej tyrady:

– Zdrajcy klasy robotniczej! Sześćdziesięciogodzinny tydzień pracy!

Gdy do pubu wszedł Huckleberry Bob, natychmiast zapadła cisza. Być może chodziło o opowieści o tym, jaki to z niego zabijaka: mając 15 lat pobił sąsiada, któremu nie spodobało się, że doberman Boba, Bękart, postawił kilka parujących, brązowych podarunków na azaliach. Biedny stary Gary wciąż kuśtykał. Wszyscy starali się trzymać od Boba z daleka. I to niekoniecznie z racji jego przyzwyczajenia do bełkotania jakiś niepokojących słów pod nosem, zazwyczaj skierowanych do sąsiadów, dentysty lub w niebiosa. Prawdopodobnie w całym pubie zapadła taka upiorna cisza, bo wyglądało na to, że Huckleberry Bob jest pokryty krwią. Deska dzierżona w lewej dłoni wcale nie łagodziła sytuacji. Nikt nie  patrzył na niego bezpośrednio. Zrobiło się więcej miejsca, albo tak co najmniej się zdawało, kiedy nasz oddech stał się płytszy. Niekończącą się chwilę przerwał jego brat Jack:

– Co tam słychać, Bob? – Nikt nie nazywał go Huckleberry prosto w twarz.

Bob nic nie odpowiedział, ale odwrócił głowę w stronę brata. Bez słowa wyciągnął pistolet i strzelił mu prosto w jego lśniącą glacę. Jack cofnął się plecami w lustro, które wytrzymało lata zaniedbań, a teraz również ciężar ćmy barowej, która to osunęła się po nim na lepką posadzkę.

Cisza pękła niczym szkło rozbitych kufli, które runęły na ziemię. Rozległy się krzyki i wszyscy zaczęli szukać wyjścia. Szkoda tylko, że Bob stał przy drzwiach, a drugie prowadziły do ogródka.  Większość wybrała właśnie tę drugą drogę, ale szybko utknęli w przejściu jak bracia Marx na imprezie. Kilku skitrało się w klopie, ale to był chyba gorszy pomysł niż ogródek. Stanąłem jak kretyn przy filarze. Zasłoną tego nazwać nie było można.

Huckleberry Bob ruszył za grupką desperatów wpychających się jeden na drugiego, oby tylko przebić się do ogródka i zaczął okładać ich po tyłkach deską, jeszcze bez strzelania do kogokolwiek. Wyglądało na to, że goście w kiblu brali co pod ręką i nieprzybite do ścian, by zablokować jakoś drzwi, ale zamarli w bezruchu, gdy wreszcie rozległ się huk.

Niektórym się udało, niektórzy leżeli na podłodze w kałużach krwi. Tony był jednym z nich. Nie wiem, czemu zamarzłem. Kiedy Bob odwrócił się od ogródka, każda część mojego ciała podpowiadała mi, bym uciekał, a ja stałem dalej.

Bob podszedł chwiejnym krokiem. Nie spieszył się, nie pocił. Tak prawdę mówiąc, to wydawał się odurzony; miał zaczerwienione oczy i zwiotczałą twarz. Niech chroni mnie święty ogień Brygidy! Powtarzałem modlitwę matki, którą słyszałem tysiące razy albo i więcej w rodzinnej wiosce, zanim przybyłem na ziemie wroga.  Niczym iskry wiecznego ognia, słowa same nasunęły mi się na język:

– Jak tam twój pies, Bob?

Bękart zdechł kilka lat wcześniej, ale został zastąpiony jednym ze swoich szczeniaków: obrzydliwa kopia wabiła się Junior.

Teraz przyszła kolej na to, by Bob zamarzł. Jego palce zadrżały i deska upadła na ziemię. Ku mojemu zaskoczeniu począł szlochać.

– Nie żyje!

– Co ty do diabła mówisz?! Co się stało?

Zaczał się kołysać i miałem wrażenie, że zaraz się przewróci. Szloch wstrząsnąłego potężną tuszą, a on wytarł przedramieniem twarz, biorąc nierówny oddech.

– Samochód. Jakiś pierdolony Torys w odpicowanej furze go przejechał – łkał.

Położyłem delikatnie dłoń na jego ramieniu, gotowy, by rzucić się do ucieczki.

– Szkoda go, Bob, naprawdę szkoda. – Postawić ci piwo?

Pokiwał głową, więc przeszedłem za bar nad ciałem Jacka i polałem mu kufel.

– To pewnie dlatego masz całe ciuchy we krwi – powiedziałem, by podtrzymać konwersację.

Bob spojrzał w dół, jakby dopiero zauważył czerniejące plamy na ubraniu. Przesunąłem kufel po blacie, a on wychlał go natychmiast, wycierając raz jeszcze zakrwawioną twarz. Zacząłem nalewać drugi, nie zważając na drżące dłonie.

Bobowi się trochę odbiło, ale chociaż przestał płakać. Złapał za utytłaną koszulkę.

– Niee, to tego toryskiego ścierwa. Myślę, że wracał pewnie z cash-n-carry z zapasem drewna w swoim Range Roverze.

– Przydało się – dodałem, kładąc napełniony kufel na barze.

– Masz rację – zgodził się i wziął się za picie, tym razem odrobinę wolniej. – Masz dużo racji.

– Dziwny jest ten świat, Bob – powiedziałem, nalewając sobie piwo.

Usłyszałem dźwięk syren w oddali.

 

 

Czego nie robimy dla miłości – Patricia Abbott (przeł. Antoni Kaja)

Całą noc planowałaś, jak go zabić. Ciężko o inne zajęcie, kiedy siedzi się na krześle z prostym oparciem ze związanymi z tyłu rękami, skutymi nogami, kneblem w ustach oraz zaklejonymi taśmą oczami. Zostawił cię tu, nie oglądając się choćby na chwilę. Słuchałaś, jak trzaskają drzwi, jak samochód zapala, dostrzegając zupełny brak wahania w jego ucieczce… tylko pożegnalne chrzęszczenie żwiru, kiedy ruszył w drogę. Niebawem się ściemni; wiesz o tym nawet bez pomocy zegarka na nadgarstku czy pozycji słońca, czujesz to w kościach. Znów jesteś zupełnie sama. Jedynym dźwiękiem, który ci towarzyszy jest trzaskanie gałązek, gdy na zewnątrz przemykają dzikie zwierzęta. I bicie twojego własnego serca.

W ciągu pierwszej godziny wykonujesz standardowe czynności – podskakujesz, starając się przewrócić krzesło, pocierasz barkiem o knebel, wiercisz się. Nic nie przynosi skutku; więzy jedynie się zacieśniają. Lata praktyki uczyniły z niego eksperta. Zaklinował to cholerne krzesło w kącie, żeby się nie przewróciło. Bark zaczyna boleć długo przed tym, zanim udaje ci się poluźnić knebel, a wiercenie się tylko zacieśnia pęta. W obrębie wielu mil ani żywej duszy. Nawet nie potrzebował knebla; sprawiało mu to radochę: użycie twojej bladobłękitnej kaszmirowej chusty, aby cię zagłuszyć, zaciskanie jej mocniej niż musiał, niszczenie jej – prezentu od twojej siostry. Nigdy nie powinnaś używać szminki, kiedy planujesz spędzić z nim noc.

Między drugą a piątą godziną analizujesz fakty swojego życia. Nie należało do najlepszych, więc istnieje szansa, że od razu po śmierci trafiłabyś do piekła. A i to dla ciebie zbyt dobry los. Skoro niektórzy trafiają tam za zdradzanie męża albo kłamanie ojcu, co dopiero mówić o tobie? Zdradziłaś męża z własnym ojcem, nawet nie starając się kłamać na ten temat. Zero bezinteresownych decyzji, działań w dobrej sprawie, dobrych uczynków, które wyrównałby szalę. Chryste! Dochodzisz do wniosku, że lepiej żebyś tego dnia nie umierała.

Zaczynasz się nad tym zastanawiać w szóstej albo siódmej godzinie. Jak zacałować kogoś w tej pozycji. Zaraz, zacałować? Miałaś chyba na myśli zamordować, prawda? Jak kogoś zamordować. Nie możesz chcieć całować kogoś takiego jak on. Pętanie to nie jest żadna miłosna uwertura. Zapamiętaj to sobie. ZAPAMIĘTAJ. Lekarze z Houston i Dallas starali się ci to uświadomić. Uświadomić, że kajdanki, sznury, liny do bangee czy jedwabne chusty nie stanowią właściwych narzędzi miłości. Zasługujesz na więcej, nawet jeśli dobrze wiesz, że to nieprawda.

No chyba że ci, których kochasz, pętali cię całe życie, trzymali w kącie, gasząc światła. Chyba że ci, których pragniesz całować starają się ciebie zabić. Odczytujesz sygnały właściwie… albo błędnie. Czy tak to działa? Wszystko nabierze sensu, jeśli dokonasz dalszej analizy. Wreszcie zrozumiesz. Zresztą co innego masz do roboty? Starasz się recytować biblijne wersety, imiona dzieci siostry, nazwy stolic poszczególnych stanów.

Wraca w dziewiątej godzinie. Wpierw uwalnia twoje ręce, a ty wplatasz je w jego włosy i dotykasz jego policzka. Zdejmuje kajdanki z twoich stóp, a ty, zakołysawszy się, wpadasz mu prosto w ramiona. Zdejmuje taśmę i wyciąga ci z ust knebel, a ty przyciskasz je do jego ust – poszukujesz niezwykle chłodnego języka. Odgryzasz go gwałtownie. Jesteś zaskoczona. Nie pomyślałaś o zrobieniu czegoś takiego ani razu w ciągu tych długich godzin.

Teraz płacze – właściwie to łka. Ale na litość Boską, tym razem czekałaś aż dziewięć godzin. Teraz, tak jak ty wcześniej, znajduje się całe mile od innych ludzi… Zabrawszy mu z kieszeni pistolet, zamykasz drzwi i odchodzisz.

Żwir chrzęszczy tym razem pod twoim stopami, gdy robisz to, co poradził ci lekarz z Austin: zostawiasz go.

 

Cyk – Paul D. Brazill (przeł. Martyna Bohdanowicz)

 

Po czterdziestu pięciu latach małżeńskiej katorgi, która w najlepszych momentach przypominała brodzenie po pas w melasie, Oliver Robinson osiągnął granice wytrzymałości i udusił żonę poduszką z beżowego sztruksu, którą przypadkowo nadpalił papierosem dwa pełne napięcia dni wcześniej.

Przez większość życia Oliver był człowiekiem spokojnym. Swoje seksualnie jałowe małżeństwo – mdłe posiłki i męczące wakacje – przyjmował stoicko, niemal obojętnie. Było jednak coś, co podkopywało jego cierpliwość i ostatecznie skruszyło jej fundament – nieustanna dezaprobata Glorii wobec wszystkich jego działań.

To i cykanie.

Cykanie nieodzownie towarzyszyło grymasowi, który na twarzy Glorii wywoływał każdy wieczorny drink czy zapalony papieros. Nabierało mocy, gdy Oliver niechcący rozsypał sól. Albo zaklął. Albo do późna w nocy czekał na transmisję snookera. Nieprzerwane cyk, cyk, cyk przypominało odgłos karabinu maszynowego, który od rana do wieczora rozbrzmiewał w ich londyńskim mieszkaniu do chwili, gdy przelała się czara goryczy.

Zawijając ciało żony w biały, puchaty dywan łazienkowy, Oliver doszedł do wniosku, że choć powinien odczuwać wyrzuty sumienia, przygnębienie czy strach, nie potrafił się na to zdobyć. A wręcz przeciwnie. Właściwie czuł się tak lekki i wolny jak napełniony helem kolorowy balon, który zerwał się z uwięzi i unosił nad jaskrawo oświetlonym wesołym miasteczkiem.

Zabezpieczył dywan szarą taśmą i zwlókł ciało po schodach do piwnicy. Obijając się o kolejne stopnie, głowa Glorii wydawała dźwięk przypominający cykanie, tak że Oliver musiał powstrzymywać się przed wymamrotaniem „przepraszam”.

Już dość się naprzepraszał.

***

Nalał sobie whisky (o ósmej rano!) – smakowała lepiej niż wszystkie, których do tej pory próbował. Omiótł wzrokiem swój sterylny dom z kanapą wciąż zawiniętą w folię, w której przyjechała, a na jego twarzy zagościł uśmiech.

Rozkoszując się ciszą, stłumił w sobie potrzebę usunięcia wymiocin Glorii z poduszki, która przyczyniła się do jej zgonu. Ze skrytki wydrążonej w twardookładkowym wydaniu Szczęk – Gloria nie aprobowała fikcji, więc nigdy nie przyszłoby jej do głowy, by tam szukać – wyciągnął Marlboro bez filtra i zaczął wypalać dziury we wszystkich poduszkach w całym domu.

A później w kanapie.

Krótki napad piromanii Olivera przerwało dobiegające z korytarza cyk, cyk, cyk. Serce podeszło mu do gardła – ale szybko wyszło na jaw, że to tylko poruszana wiatrem klapka na listy. Oliver zaśmiał się z ulgą.

***

Usunięcie ciała Glorii okazało się łatwiejsze niż przypuszczał. W pogodny kwietniowy poranek załadował trupa do bagażnika samochodu – cały czas mając oko na wścibskich sąsiadów – i ruszył w kierunku wioski Innersmouth i zaniedbanej farmy Jeda Bramble’a.

Jed był starym kolegą ze szkolnej ławy i, podobnie jak sam Oliver, członkiem Ochotniczej Armii Rezerwowej. Co jakiś czas spotykali się, by w zaciszu obskurnej, zadymionej gospody Innersmouth Arms dyskretnie obalić drinka – a Jed za kołnierz nie wylewał. Według planu należało spić go do nieprzytomności, a ciało Glorii rzucić na pożarcie świniom. Oliver wiedział, że farma ledwo trzymała się na nogach, podobnie jak większość żywego inwentarza, dlatego miał pewność, że wygłodniałe świnki z radością wrzucą Glorię na ruszt.

Siedzenie pasażera w samochodzie zajmowała torba z hipermarketu, a w niej sześć butelek whisky Grant’s. Na wszelki wypadek Oliver zabrał też w kieszeni butelkę diazepamu, tego samego, którym wcześniej otumanił Glorię.

Przed samym Innersmouth zaczęło padać. Deszcz dzwonił o szyby: cyk, cyk, cyk. Rzadki kapuśniaczek przeszedł następnie w rzęsistą ulewę. Cyk, cyk, cyk, cyk, cyk.

Oliver włączył wycieraczki, ale każde ich skrzypnięcie przypominało raczej cykanie. Otworzył butelkę whisky i pił, dopóki odgłosy deszczu nie zaczęły brzmieć tak, jak powinny.

Jed stał przed stodołą ze strzelbą na ramieniu i sam wyglądał niewiele lepiej od rozpadającego się budynku. Jego zmierzwione włosy były długie i tłuste, a przekrwione oczy zalśniły jak lampki na choince, gdy dostrzegł zawartość torby Olivera.

***

Chłodne powietrze poniedziałkowego poranka miało aluminiowy posmak. Dręczony kacem i zadyszką Oliver wytargał zwłoki Glorii z samochodu i wrzucił je do chlewa. Wygłodniałe bestyjki ochoczo zabrały się do uczty. Widząc to, Oliver zwymiotował, ale w żaden sposób nie przerwał im konsumpcji.

Na farmie Jed nadal spał przy kuchennym stole, donośnie pochrapując. Spocony i roztrzęsiony Oliver zapadł się w zdezelowany fotel. Postanowił zostać z Jedem przez kilka dni, na wszelki wypadek podtrzymując jego stan upojenia do momentu, aż doczesne szczątki Glorii nie zostaną w pełni skonsumowane. Ale w miarę jak dni stawały się ciemniejsze, cykanie powróciło.

Tykanie wahadłowego zegara przemieniło się w natarczywe cyk, cyk, cyk. Kap, kap, kap cieknącego kranu, które spędzało Oliverowi sen z powiek, brzmiało jak cyk, cyk, cyk. Pogodne i energiczne stuk–puk listonosza o drzwi wejściowe sprawiało mu ból gorszy od wypadającej plomby. Włączył radio, ale nawet tam Bob Dylan cyk, cyk, cykał do nieba bram.

***

Zwykle tętniąca życiem główna ulica Innersmouth niemal całkiem opustoszała. Miejscowi z przerażeniem chowali się wewnątrz budynków – w sklepach, pubach, knajpach z fast foodem. Oliver kroczył przed siebie ze strzelbą Jeda na ramieniu. Niezależnie od tego, ilu ludzi położył trupem, nie mógł uciec od dezaprobaty Glorii.

Cyk, zastrzelił listonosza.

Cyk, cyk, pociągnął za spust i rozkwasił głowę mleczarzowi Harry’emu.

Cyk, cyk, cyk, przerobił na tatar grubego posterunkowego Thompsona, który w panice usiłował przeleźć przez ogrodzenie żłobka.

Gdy do jego uszu dobiegł odgłos nadciągających wozów policyjnych, zrozumiał, że istnieje tylko jedno wyjście.

Wepchnął lufę do ust i wystrzelił.

Ostatnim odgłosem, jaki usłyszał, było donośne CYK!

KONIEC